Blogi

Tryb wyświetlania: Filtruj listę:

tytuł tymczasowy

2012-02-21 przez Ludwik Skurzak

Hierarchia zbiera owoce

Wskazywany na następcę Jarosława Kaczyńskiego Mariusz Kamiński skacze po głowie abpa Józefa Michalika i o. Tadeusza Rydzyka. Raczej nie ma w tym przypadku. Mamy tu wyraz faktycznej linii partyjnej.

Trudno się prezesom PiS, obecnemu i in spe, dziwić. Wiedzą, na co mogą sobie pozwolić. Mniej więcej od 2007 roku Radio Maryja przyjęło kierunek pełnej wasalizacji do PiS. Zdecydowana większość hierarchii dołączyła po 10 kwietnia 2010 roku.

Tak o. Tadeusz Rydzyk, jak i biskupi, doskonale wiedzieli, co robią. Politycy PiS zadeklarowali swój stosunek do Kościoła przy sprawie abpa Stanisława Wielgusa. Znali także metody postępowania Jarosława Kaczyńskiego odnośnie do kwestii moralnych - ze sprawy ochrony życia w 2007 roku, czy z nie tak dawnych działań odnośnie do sztucznego zapłodnienia. PiS-owski model stosunków państwo-Kościół to partyjna kontrola tego, kto może zostać biskupem, a w sprawach moralnych działanie na rzecz utrącania stanowisk zgodnych z nauczaniem Kościoła, ale by samemu wyglądać na prawowiernego. Ulubiony sposób - namnażanie projektów ustaw tak, by rozbić obóz katolicko-prawicowy.

Nie mam pojęcia, co kierowało hierarchami i o. Tadeuszem Rydzykiem, gdy mimo tego wszystkiego podporządkowywali się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dziś z niepowtarzalną finezją prezes PiS rękoma swojego najbliższego współpracownika pokazuje ludziom Kościoła, gdzie jest ich miejsce. Znając wewnętrzne praktyki PiS nie można nawet powiedzieć, że zostali przez Prezesa źle potraktowani. Zostali potraktowani tak jak wszyscy. Morda w kubeł i nie bulgotać.  

Adaś na konserwatyzmie

2012-02-17 przez adamwielomski

Koniec lenistwa, do pracy marsz!


Przyznaję, że Donald Tusk ostatnio mnie zszokował. Oto po 4 latach zupełnie gnuśnych rządów, czy raczej administrowania krajem, zdecydował się podjąć jakąś niepopularną decyzję i to wbrew wszystkim sondażom opinii publicznej. Mam tu na myśli reformę emerytalną, polegającą na wydłużeniu czasu pracy dla kobiet i mężczyzn do 67 lat.


Zanim wypowiem się w tej sprawie, najpierw muszę zgłosić dwie uwagi. Po pierwsze, tekst, który Państwo czytacie jest napisany przez osobę, która w swoim zawodzie pracuje nie do 65, 67 lecz do 70 roku życia: w Polsce profesorowie uniwersyteccy pracują do 70 lat. Potem, z powodu przepisów o szkolnictwie wyższym, jesteśmy (prawie przemocą) zmuszani do pójścia na emeryturę. To jednak powoduje, że być może jest mi ciężko zrozumieć płacze tych, którzy mają pracować do 67 roku życia, gdyż sam będę pracował trzy lata dłużej.


Po drugie, warto zaznaczyć, że z punktu widzenia teorii konserwatywno-liberalnej dyskusja jest bezprzedmiotowa. Każdy powinien ubezpieczać się dobrowolnie i pracować tyle, ile ma ochotę. Dobrowolnie wpłacane do funduszy emerytalnych pieniądze winny być wypłacane na żądanie płatnika w wieku 65, 67, 70 czy 45 lat. Wiedząc ile żyje statystyczny płatnik łatwo można policzyć wypłaty należne po przejściu na emeryturę, czy to w 45 czy 67 roku życia. Wystarczy zgromadzony przezeń kapitał podzielić na statystyczny czas jaki mu został do przeżycia i wypłacać emeryturę po podzieleniu zebranej kwoty przez liczbę miesięcy. W systemie konserwatywno-liberalnym nie powinno w ogóle być takiego pojęcia jak "wiek emerytalny". Przechodzę na emeryturę, gdy uznaję, że zebrane przeze mnie składki wystarczają mi do godnego życia. I tyle. 


Niestety, zaprezentowane powyżej rozwiązanie nie ma żadnych szans na realizację, a to z dwóch powodów: 1/ patrzę na posłów i nie widzę ani jednego, który nie tylko wspierałby ten model, ale nawet takiego, który by rozumiał o co w nim chodzi (wszak działa bez państwa, a to nie do pomyślenia dla posła); 2/ przejście na ten model nie jest szybkie, ponieważ mamy miliony emerytów i miliony tych, którzy ileś tam lat płacili składki do ZUS. Wspomniany przeze mnie system można wprowadzić tylko dla pracujących i to mających do emerytury jeszcze wiele lat. Pozostałych musi utrzymać ZUS czy inna instytucja, która utrzymywana będzie z naszych podatków. Czyli system liberalny można wprowadzić w pełni dopiero za kilkadziesiąt lat. Tak długiego trwania nie prorokuję ani dla III RP, ani Unii Europejskiej, ani całego tego socjalistycznego bajzlu. Dlatego, niestety, system liberalny - aczkolwiek racjonalny i sprawiedliwy - jest w sumie wyłącznie utopią o świecie bez socjalizmu. Nie będzie go dopóki, dopóty w Polsce mamy demoliberalizm.


W rzeczywistości możemy się teraz i przez kolejne lata spierać wyłącznie o model emerytur w systemie realnego demokratycznego socjalizmu, czyli spierać się o model pojmowany nie jako wypłacanie emerytowi wypracowanych przez niego kwot, ale jako o "świadczenie socjalne". Nie łudźmy się: obowiązujący w Polsce system emerytalny ma taki właśnie charakter, a od klasycznych świadczeń dla bezrobotnych czy samotnych matek różni go tylko to, że państwo próbuje ten fundusz jakoś oddzielić od budżetu państwa i zbilansować go, zresztą bez większego powodzenia. Pomysł Donalda Tuska na wydłużenie wieku emerytalnego jest klasyczną próbą mieszczącą się w tej logice i nic na to nie poradzimy.


Jestem przeciwnikiem poglądu, że winno nam być wszystko jedno jak wygląda socjalizm i jakimi rządzi się uregulowaniami. Socjalizm w Korei Północnej jest o niebo gorszy niźli klasyczny model szwedzki. Tak też system emerytalny może być albo tragiczny, albo tylko zły i niewydolny. Realnie oglądający rzeczywistość konserwatysta winien chcieć ulepszać status quo, a nie kontemplować z zachwytem bankructwo Państwa Polskiego. Jakkolwiek jest to państwo socjalistyczne, to jest to jednak nasze państwo. Dlatego, mimo wszystkich zastrzeżeń, nie życzę mu plajty. Ta zaś grozi nam, jeśli nie zostanie przeprowadzona reforma emerytalna. 


Reforma ta jest konieczna, gdyż istniejący system jest nie do utrzymania. Nie tylko ze względu na żałosny styl zarządzania urzędników z partyjnego nadania państwowym ZUS-em, ale także z przyczyn obiektywnych: 1/ mamy znaczący niż demograficzny, od przeszło 20 lat Polaków rodzi się coraz mniej, a więc jest coraz mniej płatników na ZUS; 2/ równocześnie ustawicznie rośnie długość życia, która wydłuża się tak samo szybko jak spada liczba rodzących się dzieci. System w którym coraz mniej ludzi płaci, a coraz więcej jest tych na których się płaci, po prostu musi zbankrutować. Koniec i kropka! Skoro Polacy nie chcą mieć dzieci - a nie chcą - to muszą albo więcej wpłacać na ZUS, albo dłużej pracować przy utrzymaniu istniejącego poziomu płac, albo pogodzić się ze spadkiem wysokości emerytur, które często i tak bywają głodowe.


Dlatego właśnie martwi kompletna sterylność opozycji w sprawie reformy zaproponowanej przez rząd Donalda Tuska. Ze strony PiS, SLD i Solidarnej Polski słyszymy wyłącznie głośne "NIE"! No dobrze, nie chcecie Państwo, aby Polacy dłużej pracowali. Więc co proponujecie w zamian? Możecie albo zażądać podwyżek podatków aby zatkać dziurę w ZUS, albo obniżki emerytur. Niestety, opozycja domaga się aby Premier wyciągnął cudowną różdżkę i w sposób ekstraordynaryjny znalazł pieniądze w niebiańskiej czarnej dziurze, oczywiście nie pożyczając ich i nie drukując. Jakkolwiek wysoko oceniam pijarowskie zdolności Donalda Tuska, to jednak nie dostrzegam u niego umiejętności czarnoksięskich czy Boskich. Czy bowiem innym jest żądanie stworzenia dodatkowych pieniędzy ex nihilo? 


Jeśli opozycja z lewa i z prawa nie odpowie nam na to pytanie, to trudno jej postawę oceniać inaczej jak tylko socjalną demagogię, której celem jest walenie w rząd dosłownie na oślep. Mądrze, głupio - nieważne, byle uderzać. Właśnie dlatego, przy takiej opozycji, uznaję Donalda Tuska za katechona.


Adam Wielomski

zakaz przedruków

Adaś na konserwatyzmie

2012-02-10 przez adamwielomski

Rodzaj miękkiego totalitaryzmu


Jeszcze w XIX wieku Alexis de Tocqueville przewidywał, że egalitarna demokracja krok po kroku będzie zmierzała ku rodzajowi miękkiego despotyzmu. Przewidywał, że będzie on charakteryzował się połączeniem demokratycznego (co 4 czy 5 lat) sposobu obioru władzy, połączonego z permanentnie rozszerzającą swoje kompetencje administracją. Będziemy więc "wolni" mogąc wybierać rządzących nami w sferze politycznej, lecz zarazem zostaniemy zniewoleni przez biurokrację, która stopniowo będzie regulować coraz szersze obszary naszego codziennego życia. 


Jakby nie patrzeć, ten proroczy sen Tocqueville'a ziścił się na naszych oczach. Jeszcze większym paradoksem jest to, że od kilku lat ten "miękki totalitaryzm" aplikuje nam partia, która sama określa się (może trafniej: nie tak dawno jeszcze określała się) mianem liberalnej. Zmieniłem na czas przeszły, ponieważ gdy nie tak dawno spytano Grzegorza Schetynę czy PO jest partią liberalną, to wyraźnie widać było zakłopotanie, a odpowiedź była mocno wymijająca. Czyli nawet ten cyniczny makiawelista uznał, że przyznawania się przez jego partię do liberalizmu nie da się utrzymać i należy się chyłkiem wycofać z tej etykiety, aby nie budzić śmiechu telewidzów. I słusznie!


Mając kiedyś okazję siedzieć przy jednym stole z Romanem Kluską, usłyszałem od tego wybitnego, a zniszczonego przez demokratyczny socjalizm, biznesmena bardzo ciekawą teorię: jeśli w Polsce partia dochodząca do władzy nie przeprowadzi w ciągu pierwszych 3 miesięcy zasadniczych reform gospodarczych, to nie przeprowadzi ich już w ogóle. Zdaniem Romana Kluski, dzieje się tak dlatego, że nawet jeśli w partii są skłonności reformatorskie i jej członkowie szczerze w nie wierzą, to dostawszy się do władzy wpadają w pułapkę: partia jest liberalna i chce skasować 1/2 ministerstw i 1/2 urzędów, ale gdy tylko obejmuje władzę, to pierwsze co robi, to "przejmuje" (jak to się mawia w politycznym żargonie) wszystkie ministerstwa i urzędy. Oczywiście, Urząd do Spraw Regulacji Rynku Sprzedaży Kapsli od Butelek jest socjalistycznym absurdem i zdrowy rozsądek podpowiada, że należy go natychmiast znieść z powierzchni ziemi. Problem pojawia się wtedy, gdy Krzysiek czy Zdzisiek - z nadania naszej partii - właśnie został dyrektorem tegoż urzędu, w ciągu miesiąca zatrudnił już w nim rodziny siedemnastu posłów i trzech członków Zarządu Głównego, nie wspominając o ciotce prezesa, który akurat jest premierem... Oto bowiem premier, 17 posłów i cały tłum innych zainteresowanych nagle zaczynają przebąkiwać, że Urząd do Spraw Regulacji Rynku Sprzedaży Kapsli od Butelek to wcale nie jest taki zbędny i niepotrzebny i w ogóle, to tak nie można przecież handlu kapslami puścić na żywioł, tylko państwo powinno go regulować. 


Pierwszym liberałem w historii, który wpadł w taką pułapkę był znany przeciwnik cenzury prasy i książek oraz wojownik o wolność słowa w Prusach Wilhelm von Humboldt, który został ministrem oświecenia publicznego, a tym samym stał się szefem cenzury (1809). I minęło zaledwie kilka tygodni, gdy zaczął głosić, że cenzura w Prusach jest zdecydowanie za mało rozbudowana i trzeba koniecznie zwiększyć liczbę etatów! To ludzki odruch. Najpierw był Humboldt przeciwnikiem cenzury, ale gdy przejął nad nią kontrolę i obsadził na stołkach cenzorów 30 kumpli, to otworzyły mu się oczy i zrozumiał, że dobrze ukonstytuowane państwo musi mieć rozbudowaną i dobrze opłacaną sieć cenzorską!


Od ok. 150 lat w Europie dzień za dniem narasta socjalizm. To nie jest rewolucja, gdzie na barykadach "proletariusze" walczą z burżuazją - jak mawiał Georges Sorel - jako "klasa przeciwko klasie". Nie, socjaliści najgroźniejsi i najskuteczniejsi najpierw chodzili w melonikach, a dziś zakładają garniturki i mają błyszczące czystością buciki. Rzeczywisty socjalizm narasta stopniowo. Pierwsze podatki dochodowe były naprawdę minimalne, wynosząc po 2,3,7 procent od dochodu. Co rok, dwa lub trzy były zwiększane o jeden punkt. VAT-y i podatki innego typu także rosły bardzo powoli. Efekt widzimy dopiero po 150 latach ich ustawicznego, acz powolnego wzrostu. Urzędy puchły odpowiednio do ilości ściąganych podatków. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w czasach Napoleona zatrudniało 250 urzędników, słynna carska Ochrana miała zaledwie 6 tysięcy funkcjonariuszy. Prawdziwa eksplozja nastąpiła dopiero w wieku XX, czyli od czasu gdy u władzy pojawili się socjaliści i gdy gabinety centrowe i prawicowe nie decydowały się na wycofanie się ze zmian wprowadzonych przez lewactwo. Lewica budowała socjalizm i etatyzm, a prawica wyłącznie hamowała jego rozwój. Dziś zresztą "prawica" właściwie i z tego się wycofała, co widać po rządach PiS czy PO. Cytowany wcześniej Roman Kluska uważa, że eksplozja ingerencji państwa zaczęła się w Polsce w epoce rządów Jana Olszewskiego, uchodzącego za gabinet "prawicowy", choć ja bym go raczej określił jako "prawicopodobny". Starsi Czytelnicy, pamiętający jeszcze PRL pewnie przypominają sobie termin "wyrób czekoladopodobny"...


Piszę to wszystko i mam problem: mianowicie nie znajduję recepty nie tylko na cofnięcie, ale wręcz na zahamowanie tego procesu. Problem bowiem tkwi w tym, że przez całe stulecia poddani królów mieli jedno żądanie: mniej podatków i mniej państwa. Tymczasem od 150 lat lud - stawszy się nominalnym suwerenem - chce coraz większych podatków. Nie, nie po to aby wydać je na nowe zaciężne oddziały (jak czynili "tyrani"), ale po to, aby wydać je na nowe świadczenia socjalne i rozbudowę urzędów przeznaczonych do czynienia tegoż rozdawnictwa. Lud widzi, że socjalizm funkcjonuje coraz gorzej, ale wyciąga z tego wniosek, że trzeba przyśpieszyć procesy "socjalistycznego budownictwa" i zwiększyć liczbę urzędów i urzędasów, a państwo "powinno coś z tym wszystkim zrobić", czyli zwiększyć swoją aktywność. Czyli lekarstwem na socjalizm jest zwiększenie socjalizmu. To tak jakby alkoholika leczyć podając mu półlitrową butelkę. Kto nie wierzy, niech popatrzy na Grecję...


Adam Wielomski

Zakaz przedruków

tytuł tymczasowy

2012-02-08 przez Ludwik Skurzak

Teorie mainstreamu drugiego obiegu

Rząd Donalda Tuska zalicza wpadkę za wpadką, a i tak w żaden sposób nie wpływa to na wzrost poparcia dla PiS-owskiej opozycji. Usłużni dziennikarze z drugoobiegowego mainstreamu /tak to chyba trzeba nazwać, skoro mają siebie za wielką i gnębioną alternatywę, a w istocie są jedynie sługusami PiS-owskiej części symbiotycznego duopolu tworzącego władze publiczne PO-PiS-u/ starają się za wszelką cenę dorobić do tego jakąś mądrą teorię.

Analiza na podstawie bieżących uwarunkowań jest ryzykowna. Zbyt trudno byłoby ominąć konieczność ustosunkowania się do metody politycznej Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze ciężej wpierać wyborcom, że dobre dla Polski byłoby przejęcie władzy przez ludzi z jego najbliższego otoczenia. Przyczyn niepowodzeń trzeba więc szukać w mechanizmach bardziej wzniosłych, historycznych i wręcz systemowych.

Jedną z ulubionych opowieści, którą serwuje się pseudoprawicowej gawiedzi w tym miejscu, jest ta o lemingach, kierowanych przez media, jak w czasach PRL-u. Kolejną edycję tej egzegezy serwuje nam jeden z mistrzów gatunku, Rafał Ziemkiewicz w ostatnim numerze Uważam Rze. Lemingi nie chcą głosować na PiS, bo oglądają telewizję. Tak, jak w czasach PRL Polacy kochali generała Wojciecha Jaruzelskiego, bo manipulował nimi zły Jerzy Urban. „Twierdzić, że PiS ponosi jakąś część odpowiedzialności za bajzel w przychodniach i aptekach bo 'też był przy uchwalaniu tej ustawy', to cynizm i perfidia tej miary, jak gdyby Gierek oskarżał, że za jego bankructwo współodpowiadają Kuroń i Geremek, bo przecież KOR też był przy zaciąganiu tych długów i nie udowodnił, żeby miał jakikolwiek alternatywny projekt rozwoju gospodarczego” - oburza się Rafał Ziemkiewicz.

Frustracja wyziera z tego tekstu Ziemkiewicza i wielu podobnych spisanych przez pokrewne mu PiS-owskie dusze. Ciekawe jednak, czy efekty ich działalności nie będą dla nich jeszcze bardziej zaskakujące. Mechanizm porównywania obecnej sytuacji z PRL-em ma na celu imputowanie odbiorcom, że PO jest tym samym co władze PRL-u. Co będzie jednak, jak czytelnicy zaczną wyciągać inny wniosek - że nie lubiany PiS jest tym samym, co ówczesna opozycja? Stąd już tylko krok do wniosku, że jeżeli PiS jest ówczesną „Solidarnością”, to może ta komuna nie była taka zła... Bardzo jestem ciekaw, czy Rafał Ziemkiewicz naprawdę tego nie rozumie?

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak co innego. Rafał Ziemkiewicz i jemu podobni gotowi są tworzyć takie bardzo ryzykowne propagandowe teorie, by tłumaczyć nieudolność swoich ulubieńców z PiS. Ci sami ludzie bardzo się jednak oburzą, gdy ktoś im powie, że są jedynie PiS-owskimi paputczikami. Tak samo dobrymi, jak ich koledzy, którzy obsługują PO, która przecież bez politycznego alibi w postaci PiS nie mogłaby się cieszyć poparciem Polaków ani dnia dłużej.  

tytuł tymczasowy

2012-02-06 przez Ludwik Skurzak

Relatywizm RM

Ojciec Tadeusz Rydzyk wypłakuje się w rękawy braci Karnowskich, jak to ciężko jest znosić ataki, zwłaszcza ze strony katolików. Ciekawe, że samo Radio Maryja nie ma żadnych oporów, by atakować nieuczciwie innych katolików czy podporządkowywać się PiS-owi w zajmowaniu niezgodnych z nauczaniem Kościoła stanowisk odnośnie do kwestii moralnych.
tytuł tymczasowy

2012-02-03 przez Ludwik Skurzak

O neokonach realnie - w odpowiedzi A. Wielomskiemu

Jest w pewien sposób zabawnym, że w kraju, gdzie usiłuje się z każdego zrobić agenta rosyjskiego, jednocześnie praktycznie jawnie działają ekspozytury jednej z dwóch sił politycznych USA - republikanów. Można zrozumieć irytację Adama Wielomskiego z tego powodu. Jednak jeżeli chcemy pozostać realistami, nie należy się skłaniać do poglądu propagandowo przerysowanego jak Gazeta Polska, tylko że w drugą stronę. Nie należy z tego powodu np. faworyzować Baracka Obamy.

Wszystko to jest w praktyce dużo bardziej skomplikowane. Np. taka Solidarna Polska przechodzi w Parlamencie Europejskim do frakcji Europa Wolności i Demokracji Nigel'a Farage'a. Wydawałoby się - jawne obstawienie linii neokońskiej. W tym samym czasie Tadeusz Cymański propaguje progresję podatkową, dokładnie ten sam postulat, który ostatnio lansuje właśnie Barack Obama.

Rzecz nie jest w tym, żeby być za, czy przeciw neokonom. Błąd powstaje dopiero wtedy, gdy tradycje „konserwatywne” w znaczeniu amerykańskim, np. z ich „religią obywatelską” w miejsce przywiązania do Kościoła, utożsamia się z naszą tradycją cywilizacyjną - łacińską.

Polska może mieć różne interesy. Gdy w USA rządzili republikanie G. W. Buscha, granie do nich było jedną z możliwych opcji. Gdy do władzy doszedł B. Obama, takiej linii już nie było. Prowadzenie polityki proamerykańskiej przez PiS a wcześniej SLD mieściło się w obszarze działań realnych. Problemem jest, dopiero gdy różni ludzie chcą prowadzić taką politykę niezależnie od tego, co się dzieje w USA. Tak np. jak obecnie, gdy obstawia się opcję republikańską nie tylko w momencie, gdy nie wiadomo, czy Republikanie wygrają wybory, ale nawet, kto będzie ich kandydatem. Dopiero to jest szkodliwym hazardowaniem się Polską. No, chyba że w praktyce chodzi o inne, tzw. niskie motywacje...

Adaś na konserwatyzmie

2012-02-03 przez adamwielomski

Dlaczego boję się neokonserwatystów?


Złapałem się ostatnio na czymś strasznym, poczułem się jakbym popełnił orwellowską "myślo-zbrodnię", a mianowicie złapałem się na sympatii dla Baracka Obamy i na tym, że życzyłem mu sukcesu w rozpoczynającej się w Stanach Zjednoczonych kampanii prezydenckiej. Bardzo przepraszam Czytelników, że zacząłem ten tekst od takiej intelektualnej pornografii, z elementami "sado-maso", ale po głębszej analizie wspomnianej "myślo-zbrodni" doszedłem do wniosku, że moje niezdrowe podszepty mają pewne uzasadnienie polityczne. 


Nie będę ukrywał, że czuję się zagrożony kierunkiem w jakim zmierza większość polskiej prawej strony sceny politycznej, a mianowicie neokonserwatyzmem. W niektórych polskich prawicowych pismach zaczęto już publikować nekrologi oficerów CIA, na niektórych - rzekomo katolickich - portalach już jawnie mówi się o jakiejś "judeochrześcijańskiej" syntezie, jako wzorzec pokazując właśnie amerykański neokonserwatyzm. Dlatego czuję się zagrożony, ponieważ wyczuwam wyraźnie pewnego rodzaju infiltrację polskiej prawicy przez amerykański i judeochrześcijański neokonserwatyzm. Nie przestudiowałem dokładnie mechanizmów tej infiltracji, ale jeden z byłych parlamentarzystów Ligi Polskich Rodzin rzekł mi kiedyś, że gdy tylko partia ta dostała się do Sejmu, wtenczas od razu posypały się zaproszenia do ambasady amerykańskiej, a na oficjalnych rautach zaczęły się mnożyć sugestie co do możliwych stypendiów i wycieczek do Waszyngtonu. Wiadomo: brać pieniądze z Moskwy lub Berlina to jawna "zdrada", ale brać pieniądze z Waszyngtonu to "prestiżowe stypendium", którego nikt w Polsce się nie wstydzi.


Dlaczego z niepokojem obserwuję infiltrację polskiej prawicy akurat przez amerykański neokonserwatyzm? Po pierwsze, dlatego, że z niepokojem należy patrzeć na wszelkie pozakulisowe naciski na polską scenę polityczną, czynione przez wielkie mocarstwa. To zaczyna przypominać osławione Czasy Saskie, gdy ościenni agenci niemal jawnie kupowali polityków i stronnictwa sejmowe.


Po drugie, uważam geopolitykę neokońską za wielce niekorzystną dla Polski. Neokonserwatywna wizja stosunków międzynarodowych charakteryzuje się totalną konfrontacją Stanów Zjednoczonych z praktycznie całym światem, arbitralnie wrzuconym do worka z napisem "wrogowie demokracji i praw człowieka", czyli z Rosją, Chinami i światem islamskim. Pomijając problem permanentnych "operacji pokojowych" amerykańskich armii na całym świecie - sam w sobie stwarzający więcej problemów niż rozwiązań - dla naszego kraju w projekcie tym przewidziano poczesne miejsce. Jesteśmy tu bowiem zaplanowani jako jedno z głównych miejsc ataku na Rosję i rosyjskie wpływy w krajach postradzieckich, czego skrajnym wyrazem była polityka ś.p. Lecha Kaczyńskiego, na czele z pamiętnym "występem" w Gruzji, gdy dosłownie wstydziłem się, że jestem Polakiem i mam Prezydenta, która ośmiesza nasz kraj na oczach całego świata. Realizacja polityki neokonserwatywnej oznacza, że Polska na powrót stanie się krajem frontowym w demokratycznej krucjacie przeciwko Rosji Putina i Miedwiediewa. Widzę w tym poważne zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa i absolutnie żadnych możliwych korzyści.


Po trzecie, nie zgadzam się z tezą, że neokonserwatyzm to tylko pewna koncepcja stosunków międzynarodowych, której nie towarzyszy szersza myśl polityczna czy wizja kulturowa. Są dwie podstawowe koncepcje polityczno-kulturowe, które towarzyszą neokoństwu: 1/ Zmuszanie całego świata do przyjęcia "demokracji" i "praw człowieka" w wersji amerykańskiej i pod amerykańskim nadzorem, co w praktyce oznacza rodzaj hegemonii państwa które wyznacza, wprowadza, nadzoruje standardy i karze za ich niestosowanie (w postaci "interwencji pokojowych"). 2/ Mam również nieodparte wrażenie, że mamy do czynienia z rodzajem synkretycznej herezji religijnej. U neokonów nie ma czegoś takiego jak cnoty czy wartości chrześcijańskie (o katolickich nie wspominając). Jak pisze jeden z portali niewolniczo naśladujących publicystów neokońskich, istnieje rzekomo jakaś judeochrześcijańska "matryca antropologiczna", która powoduje, że chrześcijanie i żydzi wierzą w jednego Boga, mają identyczny system etyczny, przyświecają im te same wartości. Następnie tenże rzekomo katolicki portal poucza, że także i my - chrześcijanie czekamy na nadejście mesjasza, zapominając, że to tylko żydzi nań czekają, gdyż nasz Mesjasz narodził się 2000 lat temu i został ukrzyżowany właśnie przez żydów, krzyczących "a krew Jego na nas i na dzieci nasze" (Mt 27, 25). Neokonserwatyzm jest projektem zlania w jedno chrześcijaństwa i judaizmu, a więc projektem rejudaizacji chrześcijaństwa, czyli herezją religijną.


Właśnie dlatego z pewnym niepokojem patrzę na możliwość zwycięstwa w wyborach amerykańskich neokońskiego "judeochrześcijanina" czy nawet "judeokonserwatysty". Widzę w tym zagrożenie dla istniejących relacji międzynarodowych, a przede wszystkim wciągnięcie Polski w jakąś antyrosyjską awanturę w której - niestety - naturalnym polem bitwy nie będą prerie nad Missisipi, ale równiny Mazowsza. 


Ktoś powie, że Barack Obama to katastrofalny prezydent Stanów Zjednoczonych, może nawet powie - jak to uczynił jeden z naszych posłów z sejmowej mównicy - że to "koniec cywilizacji białego człowieka". Tak, to jest prezydent fatalny, który doprowadził Stany Zjednoczone na skraj finansowej ruiny, zadłużając to państwo na skalę nieznaną w historii i gwarantując, że spłaty długu publicznego na dziesięciolecia spowolnią tempo rozwoju gospodarczego Ameryki. To wszystko prawda, ale to problem amerykański, a nie polski. Nas interesować winna przede wszystkim polityka zagraniczna Baracka Obamy i winniśmy go oceniać z tej perspektywy, gdyż tu rozgrywają się nasze narodowe interesy. W tej dziedzinie jest ona - jak na amerykańskie standardy - dosyć spokojna i mało awanturnicza. Stoi ona na stanowisku uznania brutalnej prawdy, że Polska leży pomiędzy Rosją a Niemcami i żadnych alternatyw dla tego faktu nie ma. Kiedy zrozumie to polska tzw. prawica?


Adam Wielomski

Zakaz przedruków

Adaś na konserwatyzmie

2012-01-27 przez adamwielomski

Popychanie Donalda Tuska


Właśnie w Polsce wybuchła "fejsbukowa" rewolucja, prawie jak w krajach arabskich. Ku swojemu zaskoczeniu nie wywołał jej Jarosław Kaczyński rozgrzewając do czerwoności swoich wyborców każdego 10 kwietnia, nawet w rocznicę domniemanego "zamachu" na samolot prezydencki; nie wywołał jej też kryzys gospodarczy. Rewolucję "fejsbukową" wywołał samemu sobie Donald Tusk podpisując ACTA.


O rządzie Donalda Tuska trudno powiedzieć, że "rządzi" Polską. Lepsze i trafniejsze byłoby określenie "administruje", a to z tego powodu, że rządzenie kojarzy się z podejmowaniem decyzji, czasami popularnych, częściej niepopularnych. Tymczasem rząd ten cechuje skrajna nie-decyzyjność, przejawiająca się w uleganiu rozmaitym zewnętrznym i wewnętrznym grupom nacisku. Gen. Wojciech Jaruzelski mawia, że w polityce najważniejsze jest aby "płynąć z głównym nurtem" - oto i motto Donalda Tuska. Skoro Merkel-Sarkozy domagają się podpisania paktu fiskalnego i zainwestowania w to wątpliwe przedsięwzięcie pieniędzy polskich podatników, to Tusk natychmiast ulega; gdy Waszyngton domaga się podpisania ACTA, to rząd posłusznie podpisuje. Podobnie jest w polityce wewnętrznej: rząd PO-PSL natychmiast ustępuje, gdy tylko poczuje opór, nacisk społeczny, który może przełożyć się na spadek poparcia w sondażach od studiowania których - jak głosi powszechna opinia - Donald Tusk zaczyna codzienne urzędowanie.


Wydaje się, że rząd mija się z prawdą twierdząc, że ACTA nie wymusza zmian w polskim prawie, ponieważ nasze ustawodawstwo nie zna takich instytucji jak podawanie numerów IP bez zgody sądu czy przynajmniej wezwania prokuratora, czy też zamykania portalu do czasu zbadania czy nie publikuje on treści stanowiących cudzą własność intelektualną. Już ja znam metodykę Donalda Tuska: 1/ najpierw ogłosić, że ACTA trzeba podpisać, gdyż wszyscy podpisują; 2/ potem powiedzieć, że dokument przecież niczego nie zmienia w polskim prawie; 3/ po jakimś czasie po cichu wprowadzić zmiany w prawie i stwierdzić, że wcale tego nie chcemy, ale nie mamy innego wyjścia, gdyż wymuszają to na nas umowy międzynarodowe. Oto metodyka władzy Donalda Tuska w pigułce.


Amerykańskie koncerny były przekonane, że za pomocą nacisków amerykańskiego rządu bez żadnego kłopotu wymuszą na krajach pół-kolonialnych podpisanie ACTA. Co ciekawe, media donoszą, że same Stany Zjednoczone nie mają zamiaru tego dokumentu ratyfikować, czyli prześladowani mieli być tylko internauci z krajów pół-kolonialnych. I słusznie, to stara monarchiczna maksyma, że król nie podlega prawu przez siebie stanowionemu! Ale Polska i inne, pomniejsze kraje, to co innego. Dlatego też amerykańskie koncerny wymogły stworzenie porozumienia ACTA i za pomocą amerykańskiego rządu zaczęły wymuszać na mniejszych krajach przystąpienie do tego porozumienia. Jak to się działo media powoli zaczynają nam objaśniać, szczególnie to w jaki sposób "negocjowaliśmy" umowę, czyli jak dostaliśmy do podpisu gotowy tekst, sygnowany przez wielkich tego świata. Zresztą jak wygląda procedowanie umowy najlepiej pokazuje słynny już telefon z ambasady amerykańskiej do polskiego Sejmu z pytaniem jak głosowali posłowie poszczególnych partii w komisji sejmowej, która sprzeciwiła się podpisaniu ACTA? Jak ta rozmowa mogła wyglądać? Puśćmy wodze fantazji:


- No, witajcie towarzysze! Dotarły do nas pogłoski, że w waszym parlamencie zagnieździły się wywrotowe elementy nastające na amerykańskie prawa autorskie?!
- Ależ towarzyszu z Waszyngtonu - odpowiedział głos w słuchawce - staramy się, ale przydarzyły się nieprzewidziane okoliczności. Część towarzyszy nie dostała instrukcji i źle zagłosowali.
- Dobrze, to podajcie mi tu szybko nazwiska tych towarzyszy, co się rzekomo pomylili. Już my sobie z nimi porozmawiamy i obetniemy im comiesięczne premie. Nazwiska poproszę!


I zapewne wszystko by rozeszło się po kościach, ku wielkiej uciesze "amerykańskich towarzyszy", gdyby nie wybuchła "fejsbukowa" rewolucja. Rząd wyraźnie przespał sprawę i nie docenił wzburzenia ludu, gdyż gdy zaczęły się pierwsze demonstracje, to rząd udawał, że to tylko grupka frustratów i kiboli, która nie jest w stanie odmienić stanowiska Polski w sprawie ratyfikacji ACTA. Dzielnie pomagał w tym dziele rządowi TVN, który skupił się na grupkach warchołów, pomijając w swoich relacjach istotę problemu. Ale, niestety, nic to nie pomogło i bunt zaczął rozlewać się na wszystkie polskie miasta, a portale rządowe zaczęły padać jak muchy. Przy okazji okazało się, że do zablokowania portali rządowych wystarczy prymitywny sprzęt odświeżający portal raz za razem po ileś tysięcy razy na sekundę. Nie ukrywam, że byłem w szoku. Prowadzony przeze mnie portal konserwatyzm.pl od dawna stoi na serwerze, który AUTOMATYCZNIE blokuje takie ataki. Jakie państwo, jaki rząd, takie serwery...


Manifestanci znają dobrze mentalność Donalda Tuska i wiedzą, że rząd ten zawsze ustępuje, gdy tylko zobaczy siłę i zdecydowanie. Wiedzieli, że trzeba wywrzeć nacisk silniejszy niż ambasada amerykańska i koncerny zza oceanu, które - przy całej swojej sile - nie mają prawa głosu w wyborach. Rząd po awanturze z lekami nie mógł sobie pozwolić na kolejną medialną katastrofę i utratę przekonania młodego pokolenia, że Platforma Obywatelska jest "cool". Gdy więc okazało się, że "fejsbukowa" rewolucja tak łatwo nie wygaśnie, rząd zachował się w sposób typowy dla liberalnych reżimów, w sposób znany już od czasu ekipy Kiereńskiego: cofnął się przed siłą. Oto dziś rano portal wp przyniósł takie oto słowa Pana Premiera: "jeśli będzie naprawdę uzasadniona opinia, że umowa ACTA jest zagrożeniem dla wolności - to rząd nie przedłoży jej do ratyfikacji. - Jeśli naprawdę będzie uzasadniona opinia, że umowa ACTA to zagrożenie dla wolności, to nie wniesiemy tej umowy pod ratyfikację". Teraz tylko trzeba wzmóc nacisk, aby Donald Tusk nie uległ telefonowi z ambasady amerykańskiej.


Adam Wielomski
Zakaz przedruków

Adaś na konserwatyzmie

2012-01-13 przez adamwielomski

Gen. Kiszczak (prawie) w więzieniu


Mój pogląd na temat wprowadzenia w XII 1981 roku Stanu Wojennego jest znany. Uważam, że najprawdopodobniej było to rzeczywiście "mniejsze zło". Pogląd ten opieram na przypuszczeniu, że Związek Radziecki nie zgodziłby się na utratę władzy w Polsce przez PZPR, ponieważ jednym z postulatów "Solidarności" było wyjście z Układu Warszawskiego. Dla Rosjan oznaczałoby to utratę jedynego łatwo dostępnego szlaku komunikacyjnego do NRD, do stacjonującej tam kilkusettysięcznej armii uderzeniowej. Wypadnięcie z UW Polski oznaczało załamanie się całej doktryny militarnej ZSRR i rezygnację z ataku pancernego na Europę Zachodnią. Kwestią było tylko czy gen. Jaruzelski ma "poradzić sobie sam" (jak donoszą dokumenty) w tłumieniu kontrrewolucji, czy zostanie w tym wsparty przez radzieckie dywizje pancerne?


Ale ja nie o tym. Właśnie zapadł wyrok na realizatorów Stanu Wojennego, a konkretnie na gen. Kiszczaka, który dostał 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat. Skłania mnie to do kilku refleksji:


1/ Odnoszę wrażenie, że osądzając Stan Wojenny ze zbyt wielką powagą podchodzi się dzisiaj do tzw. konstytucji PRL z 22 VII 1952 roku, badając czy akt z nocy 12/13 XII 1981 roku był czy nie był z nią zgodny. Podchodźmy do tej konstytucji z powagą, której nie wykazywał jej twórca, czyli Josef Wissarionowicz Stalin. Na studiach uczono mnie, że konstytucje komunistyczne nie były z założenia "ustawami zasadniczymi", lecz pełniły tzw. rolę deklaratywną, będąc zapisem ideologicznych formuł komunistycznych. Nie były ani źródłami prawa, ani nie przestrzegano ich procedur, ani zapisanej tam hierarchii prawa. To manifesty ideologiczne i nic więcej. To, że dokument ten zdeptano nic nie znaczy, ponieważ on sam nie miał znaczenia.
2/ Każdy wyrok sądowy wydany przez jeden reżim na oficjelach poprzedniego reżimu zwykle jest parodią sprawiedliwości. Tyle, że dyktatorzy sądzą zwykle poprzednich rządzących i podejmują w tej sprawie klasyczną decyzję polityczną niezgodnie z prawem - jak uczy Carl Schmitt, "decyzja polityczna rodzi się z niczego". Dlatego dyktatorzy osądzają swoich poprzedników surowo, szafując wyrokami śmierci. Z kolei demokracje, a więc państwa ex definitione słabe, niezdecydowane i niezdolne do podjęcia decyzji, powierzają takie procesy niezależnym sądom, które wydają wyroki oceniane powszechnie jako niepoważne. Wyrok na gen. Kiszczaku to klasyczny przypadek. Podsądny, w oczach opinii publicznej, uchodzi za "komunistycznego zbrodniarza", który odpowiada za masakrę w kopalni "Wujek", śmierć kilkudziesięciu osób z rąk SB, za przedłużenie socjalizmu w Polsce o co najmniej 8 lat. Za przestępstwa tego rodzaju można oskarżonego skazać na śmierć, dożywocie, minimum 25 lat więzienia. Jeśli sąd ma go skazać na 2 lata w zawieszeniu, to lepiej nie sądzić go wcale. Decyzja o rozpoczęciu procesu była błędem.
3/ W dniu 12 I 2012 roku doszło do historycznego wydarzenia, ponieważ, po raz pierwszy w historii III RP, ktoś pójdzie siedzieć za Stan Wojenny. Tą osobą jest... Adam Słomka skazany na 2 tygodnie aresztu za infantylny wybryk w postaci próby przejęcia fotela sędziny. Jakkolwiek karę porządkową - samą w sobie - uważam za zupełnie uzasadnioną i adekwatną, to czyż nie jest chichotem historii, że jedynym kto pójdzie do więzienia za Stan Wojenny jest zasłużony opozycjonista? Kiszczak wyszedł wolny, Słomka trafił za kraty.
4/ Wreszcie największy pozytyw tego groteskowego postępowania i równie groteskowego wyroku: sam wyrok. 2 lata w zawieszeniu na 5 lat! Za co w demokratycznej Rzeczypospolitej można otrzymać taki wyrok? Za jazdę po pijanemu, za niezapłacone alimenty, za kradzież 200 złotych. Wiemy już, że taki sam wyrok można otrzymać za kierowanie mafijną "grupą zbrojną", która - wedle sądu - dokonała zbrojnego zamachu stanu, przejęła bezprawnie kierowanie państwem, podporządkowała sobie siły zbrojne i za pomocą czołgów i tajnej policji stłumiła wszelkie przejawy oporu!


Ostatni punkt może mieć kluczowe znaczenie dla przyszłości kontrrewolucji w Polsce. Właśnie dowiedzieliśmy się, że udana próba obalenia obowiązującej konstytucji, złamanie prawa, przejęcie kontroli nad armią i przeprowadzanie udanego zamachu stanu zagrożone jest w demokratycznej III Rzeczypospolitej karą 2 lat w zawieszeniu na lat 5! Nic tylko przygotowywać zbrojną kontrrewolucję, infiltrować korpus oficerski, gromadzić ludzi i broń. Potem wyprowadzimy czołgi na ulicę, siłą zajmiemy gmaszysko na ulicy Wiejskiej w Warszawie, internujemy 560 opozycyjnych polityków zasiadających w tymże gmachu. Wreszcie przy użyciu czołgów rozgonimy ewentualny (zapewne nie większy niż stuosobowy...) tłumek "obrońców demokracji". Jeśli dobrze rozumiem, to w III Rzeczypospolitej za przeprowadzenie takiej operacji grozi wyrok... 2 lat więzienia w zawieszeniu na lat 5!


Zwracam uwagę, że jeśli za przeprowadzenie zbrojnej prawicowej kontrrewolucji zabiorą się osoby, które nie mają na koncie żadnego wyroku w zawieszeniu, to praktycznie są one bezkarne. Jedyne co nam wszak grozi to 2 lata w zawieszeniu na lat 5! To znakomita wiadomość i znak, że dla bezpieczeństwa samych spiskowców nie należy do całego przedsięwzięcia zapraszać osób mających już wyroki w zawieszeniu, ponieważ ewentualny proces groziłby im odwieszeniem i wykonaniem kary. Do kontrrewolucyjnego spisku bierzemy więc wyłącznie osoby niekarane (odpowiednie świadectwo mile widzialne).


A tak zupełnie poważnie: wyrok sądu na członkach Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego jak nic innego pokazał nieprawdopodobną słabość demoliberalnego państwa i jego elit, które nie są w stanie osądzić swoich niegdysiejszych śmiertelnych wrogów politycznych. Czy można mieć do takiego państwa i takich elit szacunek? Znany zamachowiec Józef Piłsudski, który przeprowadził udany zamach stanu w V 1926 roku, mawiał o swoich przeciwnikach: "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić". Piłsudski i Jaruzelski mieli całkowitą rację pogardzając tzw. demokratyczną opozycją i nie traktując jej poważnie. 


Adam Wielomski

Zakaz przedruków

Adaś na konserwatyzmie

2012-01-06 przez adamwielomski

Hitleryzm na szosie


Działalność regulacyjna rządów odnośnie ruchu drogowego to wyraźnie "zaniedbany" przez prawicę segment "budownictwa socjalistycznego" w Polsce, wyłączywszy może znane protesty JKM odnośnie obowiązku zapinania pasów w samochodzie. Myślę. że trzeba obserwować panujące w Polsce i w Europie tendencje, ponieważ faszyzm jest u drzwi, a być może nawet jest już w środku.


Zacznę od refleksji osobistej. Z racji zawodowych raz w tygodniu pokonuję samochodem trasę między moim domem, położonym pod Warszawą, a Siedlcami. Jeżdżę tydzień w tydzień już o 6 lat. I tu ciekawa tendencja dotycząca długości podróży. Na samym początku czas podróży wynosił średnio 1,40-2 godziny (100-120 minut), w zależności od dnia i czasu podróży: w dni wolne i w godzinach wieczornych szybciej, w dni powszednie i w godzinach szczytu nieco dłużej. W ciągu tych 6 lat czas podróży ustawicznie rósł. Obecnie 2 godziny (120 minut) jadę w dni wolne. W dni powszednie czas ten zaczyna wynosić 2,20-2,30 (140-150 minut). Nie obserwuję przy tym specjalnie rosnącego natężenia ruchu; samochodów specjalnie nie przybyło. Ale przybyło po drodze przeszkód, a mianowicie rond i świateł (o znakach ograniczających szybkość nawet nie wspomnę). Droga pomiędzy Warszawą a Mińskiem Mazowieckim była ostatnimi czasy intensywnie remontowana. Paradoksalnie, po remoncie jedzie się nią znacznie wolniej niż przed remontem, a to z tej racji, że co kilometr podbudowano rondo, a co dwa kolejne przejście dla pieszych z obowiązkowymi światłami. Na szosie porobiono masę wysepek tak, aby utrudnić wyprzedzanie jadących tu dziesiątkami tirów. Droga międzynarodowa - łącząca Terespol z granicą niemiecką - w praktyce została przebudowana na drogę lokalną. I nie byłoby może w tym nic strasznego, gdyby obok biegła autostrada lub droga szybkiego ruchu. Tej jednak - przecież to Polska właśnie - oczywiście nie ma. Jest w jakiś dalekosiężnych planach rządowych, jednak je te opowieści między bajki włożę, podobnie jak wszystkie szumne zapowiedzi rządu Donalda Tuska...


Teraz, dla odmiany, włączyłem sobie TVN24. Obejrzałem program publicystyczny na temat planowanych nowych egzaminów na prawo jazdy i bajania jakiegoś dziennikarzyny dotyczące tego jak w Polsce nie przestrzega się ograniczeń szybkości. Zaraz porównano mandaty za przekroczenie prędkości w Polsce i w krajach unijnych, a przede wszystkim skonfrontowano je z wyidealizowanym wzorcem demokratycznego socjalizmu, czyli ze Szwecją, gdzie za przekroczenie prędkości o 10 km kierowcy dostają drakońskie kary, a za przekroczenie prędkości o 30 km zabierane jest im prawo jazdy. Słuchając rozmarzonego dziennikarza, opowiadającego o tym "szwedzkim ideale", oczyma wyobraźni widziałem te oddziały Gestapo, które z popularnymi "suszarkami" stałyby przy polskich drogach i wyłapywały wszystkich jadących szybciej niż o 10 km od nakazanego maksimum w rozmaitych "terenach zabudowanych", gdzie nie widać na horyzoncie żadnego domu. Pisząc w poprzednim zdaniu "wyłapywały wszystkich" rozumiem to jak najbardziej dosłownie: przecież dotyczyłoby to 100% kierowców. Tak z ręką na sumieniu: kto z nas, widząc znaczek "teren zabudowany" i nie widząc domów, zwalnia do 50 km na godzinę? No kto?

Nie tak dawno Parlament Europejski uchwalił apel do rządów, aby maksymalną prędkość w terenie zabudowanym obniżyć do 40 km na godzinę, argumentując, że liczba wypadków zmalałaby, a dochody z mandatów poważnie zasiliłyby budżety bankrutujących państw socjalistycznych. Zwracam jednakże uwagę, że gdyby maksymalną prędkość w terenie zabudowanym obniżyć do 30, a poza terenem zabudowanym do 50 km na godzinę, to liczba wypadków ofiar zmalałaby jeszcze bardziej. Gdyby obniżyć te wartości do 20 i 40 km to zmalałaby jeszcze bardziej. A gdyby w ogóle zakazać ruchu drogowego, to liczba wypadków i ofiar komunikacyjnych wyniosłaby ZERO!


Także pośród naszych ukochanych posłów 2 czy 3 lata temu pojawił się pomysł, aby drakońsko karać wszystkich przekraczających prędkość, nawet o... 1 km na godzinę. Posłom to łatwo takie rzeczy uchwalać, przecież oni mają immunitet i jakichkolwiek mandatów nie płacą. Jeden z polskich parlamentarzystów powiedział mi, że gdy zatrzyma go policja, to natychmiast wyciąga immunitet. Gdy zaś dostanie zdjęcie z fotoradaru, to nawet nie czyta takich pism, nie patrzy jakiej wysokości jest mandat. Pismo ze zdjęciem natychmiast ląduje w niszczarce, wszak "mam immunitet"! Patrząc z takiej perspektywy, łatwo jest uchwalać najbzdurniejsze przepisy drogowe, gdy ma się świadomość, że nie dotyczą one tych, którzy je uchwalają.


Wszystkie te dziwolągi, które zachwycają się modelem szwedzkiego faszyzmu drogowego, powinny poza tym pamiętać o pewnym drobiazgu, zasadniczo różniącym komunikację samochodową w Polsce, od podobnej w krajach zachodnich czy ich ukochanej demo-totalitarnej Szwecji. Otóż, w krajach zachodniego socjalizmu na szosach panuje autentyczny faszyzm, jezdnie podobne są do orwellowskiego Wielkiego Brata, bowiem monitorowane przez setki radarów, samochodów policyjnych z kamerami wycelowanymi na wszystkie strony i lotnymi posterunkami à la Gestapo ukrytymi w zaroślach. Mimo to, obok tych totalitarnych szlaków komunikacyjnych, gdzie strach przejechać 60 km zamiast 50, tuż obok znajduje się AUTOSTRADA, po której można poruszać się z szybkością czy to 130 km czy wręcz z prędkością dowolną! Tymczasem w Polsce, obok (planowanych) totalitarnych szos, nie znajduje się kompletnie nic! 


Jak wygląda wymarzony socjalistyczny pojazd przyszłości? Ano taki, który byłby wyposażony w rodzaj GPS, który - niezależnie od woli samego kierowcy - podawałby do centralnej europejskiej bazy danych, wyposażonej w mega-komputer, wszystkie dane dotyczące tego, gdzie się znajdujemy, z jaką jedziemy szybkością itd. Komputer automatycznie naliczałby nam mandaty za przekroczenie szybkości o 5 km i pobierał nam odpowiednie kwoty z konta. A wtedy moja droga do Siedlec trwałaby albo 3,5 albo 2 godziny plus mandaty na łączną kwotę 2000 złotych. Ideał kontroli, no nie?


Adam Wielomski

Zakaz przedruków











RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL