A więc muszę na te pytania odpowiedzieć.
Sprawa ma dwa aspekty: polityczny i ideowy.
Aspekt polityczny.
Z punktu widzenia politycznego decyzja Jana Filipa Libickiego jest trudna, ale na ileś zrozumiała. Zbliżają się wybory, zostały do nich 3 miesiące i czynny polityk nie może zostać posłem bezpartyjnym, ponieważ w systemie głosowania na listy nie ma nawet formalnych możliwości startu. Może wprawdzie próbować do senatu, ale z szansami równymi zeru. Jakie więc możliwości miał poseł Libicki?
Pierwsza i najbardziej naturalna to start z pozaparlamentarnej listy prawicowej. Miałoby to jakiś sens gdyby taka wspólna lista powstała. Tymczasem będą oddzielne listy PJN, Prawicy RP i Nowej Prawicy. Będę brutalny i napiszę to wprost: oczywiście żadna z nich nie ma szans przejść bariery 5%, ani nawet 3%. Razem może by taka szansa była, ale przy 3 listach szanse są zerowe. Choćby mi ktoś zaproponował „jedynkę” z Warszawy, to sam bym nie wystartował. Bo po co tracić czas i pieniądze?
Druga możliwość to powrót do PiS. Ale nie ma gdzie wracać: przecież ta partia przemieniła się w sektę. Polityków tam już nie ma – przemienili się w ekspertów od lotnictwa lub w kapłanów jakieś lotniczo-politycznej nowej religii na czele z patriarchą Jarosławem I Wielkim. Słowem, psychiatryk. Pomijam już fakt, że w przypadku posła Libickiego jest jeszcze sprawa jego ojca brutalnie pomówionego i usuniętego z szeregów PiS. Jan Filip Libicki musiałby nie mieć honoru aby płaszczyć się przed Kaczyńskim i prosić go o miejsce na liście!
Trzecia możliwość to PSL lub SLD. Start z PSL w Poznaniu ma taki sam sens jak z Prawicy RP czy Nowej Prawicy. O SLD nic nie napiszę, bo człowiek honoru w tym towarzystwie polityki nie uprawia.
W tej sytuacji jedyną poważną listą pozostała lista PO. Partia ta zapewne będzie rządzić Polską przez całe lata. Jedyną prawicą, która w Polsce będzie mogła wpływać na rząd jest prawe skrzydło PO. Przy wszystkich swoim mankamentach jest to partia, gdzie można tworzyć frakcje – także ideowe – i gdzie należą ludzie od poglądów lewicowych i prawicowych. W ostatnim głosowaniu na temat obrony życia ponad 70 posłów PO poparło projekt ustawy. Tam jest frakcja konserwatywna, którą należy wzmocnić.
Powiem wprost i bez ogródek: po tym jak PiS okupuje prawą część sceny politycznej, sprowadzając prawicowość do smoleńskiej histerii i łącząc chrześcijaństwo i tradycję z dywagacjami o mgle i rozpylonym helu, dopóty normalnej prawicy w Polsce nie będzie jako partii parlamentarnej. W tej sytuacji przetrwać może ona tylko jako rodzaj PAX-u, tyle, że tym razem przy PO. Innych szans na utrzymanie się w Sejmie prawicowych posłów nie widzę, chyba, że za cenę udziału w smoleńskiej błazenadzie. A więc albo PAX przy PO, albo nas w Sejmie nie ma. Tertium non datur.
I taki też jest – jeśli dobrze rozumiem – pomysł polityczny Jana Filipa Libickiego.
Aspekt ideowy
Jak to zwykle bywa przy „transferach politycznych” rozpoczyna się wielka medialna dyskusja o „lojalności” i „honorze”, sugerująca, że zmiana barw partyjnych jest formą politycznej sprzedajności. Prawdę mówiąc nie ukrywam, że kiedyś także podzielałem opinię, że takie zmiany szyldów partyjnych są formą nielojalności czy nawet „zdrady”. Jakiś czas temu zdałem sobie jednak sprawę, że takie moralizatorskie oglądanie tej kwestii oparte jest na jednym arcyważnym i arcyfałszywym założeniu. Chodzi o błędną tezę jakoby partie parlamentarne czymś się różniły pomiędzy sobą. Prawda jest jednak brutalna: wszystkie wielkie spory ideowe Europa ma już za sobą. Rzeczywiście, w ciągu ostatniego tysiąclecia były w historii naszej cywilizacji momenty w których coś się decydowało: reforma gregoriańska i konflikt Grzegorza VII z Henrykiem IV zadecydowały na stulecia o politycznym przewodnictwie nad chrześcijaństwem i relacjach państwa i Kościoła. W wieku XVI mordercza wojna Reformacji z Kontrreformacją zadecydowała o rozpadzie cywilizacyjnym chrześcijaństwa. Wojna Rewolucji Francuskiej z Kontrrewolucją zadecydowała o przyszłości kontynentu. Pojedynek komunizmu i nazizmu z „zachodnimi demokracjami” też zdeterminował losy cywilizacji zachodniej.
No właśnie, a jaki jest cywilizacyjny sens sporów we współczesnej Polsce? Mamy w parlamencie 4 wielkie partie systemowe, które są absolutnie zgodne, że nasz kraj ma mieć charakter socjaldemokratyczny, etatystyczny i skrajnie centralistyczny. Każda z tych 4 partii dorabia do tego systemu inne uzasadnienie. Specjaliści od marketingu politycznego mówią o odmiennych „narracjach”, czy o „opowiadaniu innej historii” (Eryk Mistewicz). Innymi słowy: PiS głosi etatystyczny socjalizm wymachując sztandarami z napisem „Bóg i Ojczyzna”; PO buduje od 4 lat identyczny socjalizm głosząc „politykę miłości” i strasząc PiSem; PSL buduje tenże sam socjalizm wieszając portrety Witosa. Wyróżnia się in minus w tej gromadzie SLD, która to partia chce nadać socjalizmowi wyjątkowo obrzydliwą twarz politycznego homoseksualizmu.
Jest w naszym kraju wielu ludzi, którzy uważają, że istnieją partie polityczne mniej i bardziej złe. Na prawicy np. szerzy się pogląd, że PiS jest mniej złe niż PO. Zupełnie nie rozumiem tego stanowiska, ponieważ nie widzę pomiędzy tymi partiami znaczących różnić poza odmiennymi „narracjami”, czyli „opowiadaniem innych historii” (raczej historyjek). Więcej, z punktu widzenia konserwatysty jestem skłonny wyrazić nawet pogląd przeciwny do rozpowszechnionego: rządzi nami PO, a za jej rządów Polska przypomina wysypisko śmieci. Alternatywą dla tego słabego rządu jest PiS, który obiecuje nam gigantyczną bijatykę, po której sam obejmie władzę i będzie kontynuować identyczne administrowanie tymże śmietnikiem. Jeśli mam już żyć w tym bajzlu, to przynajmniej wolę aby zaoszczędzono mi tejże bijatyki, ponieważ która z tych partii nie będzie rządzić, to nic nie ulegnie zmianie. Mam tu na myśli rzeczy autentycznie istotne, ponieważ radykalnej zmianie ulegnie „narracja”, gdyż będzie „opowiadana inna historia”. Uzasadnieniem socjalizmu zamiast „miłości” będzie „mgła”. Z dwojga złego wolę już PO niż PiS, czyli „narrację” nijaką niż wielkie bicie rewolucyjnych bębnów.
Francis Fukuyama w pewnym stopniu ma rację twierdząc, że „historia się skończyła”. Tak, w Cywilizacji Zachodniej nie ma już wielkich i fundamentalnych sporów o wartości, wizję naszej cywilizacji i sens ludzkiej egzystencji. Grzegorz VII, Henryk IV, Marcin Luter, Robert Bellermin, Maximilien Robespierre, Joseph de Maistre, Lenin i Kołczak – wszyscy oni są już obojętni dla ludzi Zachodu, ponieważ cywilizacja ta znajduje się w fazie schyłkowej. Gdy kury przestają się dziobać, wtedy zanika życie, które opiera się na walce wielkich idei o panowanie nad światem i kształtowanie go.
Dziś mamy spory charakterystyczne dla tego, co Carl Schmitt zwał mianem „epoki neutralizacji”, czyli świata, który zakochany w konsumpcji i zafascynowany techniką, nie jest już zdolny myśleć w kategoriach filozoficznych czy religijnych. 4 wielkie partie systemowe reprezentują różne „narracje” w ramach tego świata, niczym się w gruncie rzeczy od siebie nie różniąc. Dlatego zmiany przez polityków szyldów partyjnych w ich ramach nie mają zasadniczego, a może i jakiegokolwiek znaczenia. Gdyby główne partie polityczne autentycznie różniły się między sobą, to faktycznie takie zmiany szyldów partyjnych można by odczytywać w charakterze „zdrady”.
Przejście posła Libickiego z PiS, do PJN, a następnie do PO nie jest żadną „zdradą” wobec jakiejkolwiek idei, nie jest „zdradą” wobec Polski. Podobnie bezustanne zmiany barw partyjnych przez Ryszarda Czarneckiego są niczym innym jak poruszaniem się po bytach politycznych, które różnią się nazwą i personaliami a nie charakterem cywilizacyjnym. Żadnej z partii nie przyświeca ani jakakolwiek idea, ani nie martwią się o Polskę. Trudno tu mówić o „zdradzie” czegokolwiek. Jest to „zdrada” tylko w jednym rozumieniu tego słowa: wobec partii politycznej i jej szefów, którzy dali miejsce „biorące” na liście do Sejmu. Mamy tu do czynienia z rodzajem personalnej nielojalności wobec lokalnego wodza. Przecież partie polityczne to nic innego jak rodzaj plemiennych struktur walczących o panowanie nad lasem w którym można łowić sarny i króliki (czyli pobierać diety). Jakie jest znaczenie tych personalnych sporów dla przyszłości Cywilizacji Zachodniej, gdy milionowe masy islamskich barbarzyńców przekroczyły granice Europy?
Zmiana barw partyjnych przez Jana Filipa Libickiego nie wpłynie na zmianę jego poglądów. Znam naszego posła długo i mam do niego pełne zaufanie. Dlatego będziemy go dalej drukowali na naszym portalu. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to może jego tekstów po prostu nie czytać. Oczywiście, gdyby Filip uległ demoliberalnym prądkom, to zaprzestaniemy drukowania go na naszym portalu, ale nie spodziewam się aby sytuacja taka mogła się zdarzyć.
Drogi Filipie, życzę Ci wszystkiego dobrego na nowym etapie kariery politycznej. Doprowadź parlamentarną prawicę do lepszych czasów!
Prof. Adam Wielomski
Redaktor Naczelny Konserwatyzm.pl