Słęcki: Filip Libicki w PO, czyli logika wielkich bloków politycznych

12 lipca 2011 | Formacyjne

Od Redakcji: Filip Libicki - członek KZM i publicysta naszego portalu - został dziś parlamentarzystą PO. Publikujemy w tej sprawie głos wiceprezesa KZM.

Francuski pisarz i aforysta Antoni de Rivarol słusznie zauważył, że polityka jest jak legendarny sfinks: pożera wszystkich, którzy nie potrafią rozwiązać jej zagadek. Tak się składa, że wśród formacji, które w Polsce nie potrafią zrozumieć zagadek polityki, przodują partie prawicowe. Dzieje się tak od lat z górą dwudziestu, choć bez trudu można by bronić tezy, że i przed wojną, ba, jeszcze wcześniej, szeroko rozumiana prawica pożerana była przez legendarnego sfinksa z tych samych powodów. Dlaczego tak się dzieje? Czego brakuje –zwłaszcza konserwatystom, by skutecznie uczestniczyć w życiu politycznym i walczyć o rzeczywistość, a nie tylko o mityczne idee, często równie efemeryczne jak sam sfinks?


Jak bywało dawniej, a jak jeszcze dawniej?


Odpowiedzi na powyższe pytania udzielono już wiele i udziela się w licznych debatach właściwie codziennie od nowa. Ale czy ktoś te nauki zrozumiał? Czy płynie z nich jakiś pożytek? Wydaje się, że raczej mierny, i to nie od dziś. Zwróćmy uwagę na przykład historyczny całkiem licznych i wpływowych konserwatystów II RP. Po odzyskaniu niepodległości scenę polityczną zagospodarowały dwa wielkie bloki polityczne: piłsudczycy i narodowa demokracja. Obie te formacje były od konserwatystów znacznie silniejsze. Ich pokonanie wprost, w warunkach demokracji parlamentarnej (jak również w Polsce pomajowej) okazało się zupełnie poza zasięgiem obozu zachowawczego. Ogólnie mówiąc, sytuacja pod pewnymi względami przypominała dzisiejszy układ sił politycznych. My także mamy dwa dominujące bloki, których żadna inna formacja nie jest w stanie pokonać, ani obejść. Biorąc pod uwagę uwarunkowania nie tylko polityczne, ale też prawne (choćby ordynacja wyborcza), medialne i ekonomiczne, możemy przyjąć, że taka konstrukcja sceny politycznej wydaje się równie bezalternatywna, jak ta przedwojenna.

   

Co w takiej sytuacji zrobili przedwojenni antenaci dzisiejszej prawicy konserwatywnej? Szybko uświadomili sobie konieczność wyboru strategicznego sojusznika – wejścia w ścisły sojusz z jednym z dwóch omnipotentnych obozów politycznych. Tej logiki wielkich bloków nie trzeba było nikomu tłumaczyć. Właściwie narzucała się sama… Nawet zdobycie mandatów do sejmu przez narodowych konserwatystów w wyborach 1922 roku i utworzenie własnego Klubu Chrześcijańsko-Narodowego w parlamencie, możliwe było tylko dzięki startowi (choć z pozycji szanowanego koalicjanta) z list narodowej demokracji. Był to zresztą jedyny taki przypadek, bo w wyborach pomajowych konserwatyści startowali wprawdzie z powodzeniem, ale już jako działacze obu formacji pierwszoplanowych. Tu znów możemy przejść do czasów nam współczesnych: konserwatyści w III RP licznie zdobywali mandaty parlamentarne z pozycji koalicjanta, startując np. z list AWS w 1997 i PiS w 2001 roku. Zdobyli też mandaty w kolejnych wyborach – choć już mniej licznie – z list PiS i PO. Ba, o dziwo udało im się nawet to, co w dwudziestoleciu międzywojennym okazało się kompletnie nierealne: w wyborach 1991 roku Wyborcza Akcja Katolików stworzona wokół ZCh-N (gdzie od początku istniało silne skrzydło narodowo-konserwatywne) zdobyła 49 mandatów poselskich i 9 senatorskich. Przed wojną, w okresie porównywalnym pod względem demokratyzacji wyborów (tj. w latach 1918-1926) konserwatyści mogliby o takim wyniku tylko marzyć! Wszak partie zachowawcze, które utworzyły później Klub Ch-N zdobyły w 1922 r. jedynie 22 mandaty poselskie i 10 senatorskich. I to startując nie samodzielnie (jak WAK w 80 lat później), lecz w ścisłej koalicji z endecją!

   

Mimo wszystko logika wielkich bloków pozostała nieubłagana. Politycy „chrześcijańsko-narodowi” przed wojną nie zdołali na dłuższą metę utrwalić swojego sukcesu. Ich dorobek nie został zaprzepaszczony, ale po zamachu majowym stracili możliwości i nawet aspiracje do podążania jakąś własną, trzecią drogą. Wkrótce też podzielili się między dwa bloki: rządzący-piłsudczykowski i opozycyjny-narodowy. Także ich sukcesorzy z WAK-u i konserwatywnego skrzydła ZCh-N-u nie byli w stanie już nigdy więcej choćby zbliżyć się do tego początkowego sukcesu z 1991 r. Smutnym akcentem, kończącym tę historię były niedawne wypowiedzi jednego z liderów wspomnianej formacji, który tłumaczył telewidzom, że wprawdzie jest otwarty (wraz z garstką kolegów) na rozmowy i porozumienie z PiS-em, ale… nikt po drugiej stronie nie chce z nim takich rozmów prowadzić. Wiadomo wszak od dziecka, że okularników się nie bije. Nie ma więc chyba sensu zgłaszać pretensji pod adresem tego dawnego lidera ZCh-N i AWS…


Konserwatyści a demokracja


Można oczywiście w obu przypadkach mówić o błędach oraz winach decydentów i uczestników tamtych wydarzeń. Może jednak warto wyciągnąć pewien bardziej ogólny wniosek z powtarzalności sytuacji, uderzającej w oczy pomimo upływu dekad i kompletnej zmiany całego świata wokół nas. Z czego wynika ta logika wielkich bloków politycznych, tak nieżyczliwa dla konserwatywnych klasyków i ich kontynuatorów? Otóż wynika ona z samej istoty systemu demokratycznego. Demokracja dość wiernie oddaje statystyczny przekrój społeczeństwa (elektoratu), jego typowość, masowość. W każdej wielkiej masie ludzkiej można wprawdzie bez trudu znaleźć wyróżniające się jednostki, czy nawet grupy. Ale nie są one tak liczne, by można było zbudować na nich jakąkolwiek trwałą większość. Jednostki szczególne – posiadające jakieś specyficzne cechy, zawsze zapowiadają mniejszość. Masa pozostaje natomiast przeciętna, bezbarwna, bezwolna. Niezaangażowana i niezorientowana, nie wiedząca czego chce (poza tym że chce, by było lepiej). W takiej masie najtrudniej wygrać, a nawet zdobyć szersze poparcie tym, którzy mają do zaoferowania coś specyficznego, jakieś wyróżniające się idee, dalekosiężne plany, czy śmiałe wizje, wymagające raczej zrozumienia i zaufania, niż krótkoterminowych, hasłowych obietnic. Czasami ma to zresztą i swoje dobre strony, bo gdyby dziś zaczęły nami rządzić „dalekosiężne plany” i „śmiałe wizje” rozmaitych opcji, to moglibyśmy szybko zatęsknić za masową demokracją…


W każdym razie jest to niewątpliwie system premiujący te partie, które chcą objąć jak najszerzej. Te, które będą jak najmniej wyraziste, ale za to przyjazne, odchudzone, dobrze ubrane, uśmiechnięte i optymistyczne. W tych realiach szanse powodzenia mają tylko sojusze zdolne do opanowania dużych segmentów elektoratu. Sojusze stapiające się w duże bloki polityczne, nie proponujące niczego konkretnego, ale potrafiące mamić dobrym wrażeniem. Takie bloki polityczne, gdy już zdobędą władzę, spotykają się często z zarzutem, że oto ich rządy nie są realizacją żadnych głębokich reform (obiecywanych przed wyborami), a jedynie administrowaniem bieżącymi sprawami w oczekiwaniu na kolejną kampanię wyborczą. Taki właśnie opis – ekip jedynie administrujących i podtrzymywanych nowoczesnym marketingiem politycznym, wydaje się bardzo trafny w odniesieniu do dzisiejszych partii politycznych.


Nie każdy natomiast chce i potrafi zrozumieć, że specyfika dużych bloków politycznych wynika z samej istoty rzeczy, z istoty systemu w którym one na co dzień funkcjonują. To zdaje się Erik von Kuehnelt-Leddihn zauważył przed laty, że gdyby zachodnioeuropejskie chadecje naprawdę chciały być chrześcijańskie, to w demokracji nie miałyby żadnych szans. Między innymi właśnie dlatego całe pokolenia klasyków myśli konserwatywnej tak zdecydowanie i konsekwentnie odrzucały i krytykowały partyjną demokrację, jako ustrój w którym opcja zbudowana wokół idei nie może na dłuższą metę zwyciężyć. Zauważmy zresztą, że w takim ujęciu demokracja jest nie tyle przeciwnikiem idei konserwatywnych, co w ogóle wszelkich idei, wychodzących poza jej istotę. Dlatego skrajności – a więc wszyscy ci, którzy nie mieszczą się w partyjnym main streamie, prędzej czy później lądują na marginesie sceny politycznej.


Trzeba przy tym uczciwie dodać, że jest to system nieporównywalnie mniej opresywny, niż wszelkie tyranie, wpisane w systemy totalitarne. Demokracja jest pod tym względem dość tolerancyjna: polityk konserwatywny nie tylko może cieszyć się sporą wolnością polityczną. Może także zostać radnym, dyrektorem, albo posłem. Może nawet zostać marszałkiem sejmu, jak przydarzyło się to pewnemu przedwcześnie posiwiałemu liderowi frakcji chrześcijańsko-narodowej z dawnych lat. Demokracja dopuszcza więc zwolenników „Stronnictwa Dobrej Sprawy” do partycypacji politycznej. Umożliwia im też pewne sukcesy – realne sukcesy osobiste i symboliczne sukcesy polityczne. Jednocześnie jednak z założenia uniemożliwia przejęcie władzy, a tym samym urzeczywistnienie tych fundamentalnych idei i postulatów, z którymi niegdyś przyszli do polityki. I tu znów powracamy do logiki wielkich bloków. Są one panaceum na problem słabości poszczególnych uczestników gry politycznej. Owszem, zwykle wymagają manifestacyjnego i bezkrytycznego poparcia dla aktualnego przywódcy partyjnego oraz posłuszeństwa wobec jego pomocników. Ale jednocześnie stanowią swego rodzaju spółki akcyjne, w których każdy znajduje dla siebie jakąś tam przestrzeń, a przede wszystkim szansę na dalszy udział w życiu politycznym, to znaczy - bez owijania w bawełnę - na reelekcję.


Logika wielkich bloków politycznych


Nagminnie powtarza się pytanie, czy wobec logiki wielkich bloków udział konserwatystów w polityce ma w ogóle sens z punktu widzenia ich własnych poglądów? Tu znów można odwołać się do przykładu historycznego: tuż przed pierwszymi, zupełnie dla nich nie udanymi, wyborami w odrodzonej Polsce (w 1919 r.) najzdolniejszy polityk młodego pokolenia krakowskich stańczyków prognozował, że „przy wyborach będzie trzeba ograniczyć się do pantomimy”. Miał rację. Te wybory skończyły się dla konserwatystów fatalnie (choć niektórzy znaleźli się w sejmie dzięki przedłużeniu w warunkach wojennych mandatów z parlamentów państw zaborczych). Z drugiej strony hrabia Aleksander Skrzyński, który wypowiedział te słowa przekonał się też, że fortuna toczy się kołem. Przed tragiczną i przedwczesną śmiercią zdążył bowiem w ciągu kilku pierwszych lat II Rzeczypospolitej zostać premierem i dwukrotnie cenionym ministrem spraw zagranicznych. Oczywiście, wielkie bloki zawsze wymagają wielkich kompromisów. „Konserwatyzm bez kompromisu” jako motto, od którego pod koniec lat osiemdziesiątych zaczęła się historia powojennego Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, nie jest i nigdy nie będzie „u siebie” w systemie państwa partyjnego. O tym zresztą dobitnie przekonali się opisywani w książce profesora Bartyzela przedwojenni „konserwatyści bez kompromisu”.


Z drugiej jednak strony, jest to dziś jedyna formuła realnej partycypacji politycznej. W epoce polityki masowej, tworzącej swego rodzaju polityczną popkulturę, główny nurt życia publicznego – czy nam się to podoba czy nie - będzie się toczył kanałem partyjnym. To zresztą też nic nowego, bo przecież już Stanisław Cat-Mackiewicz (nota bene poseł) zauważał, że interes państwa rozgrywany jest na partyjnym fortepianie. Sam redaktor wileńskiego „Słowa” został jednak posłem z listy BBWR, a więc właśnie z jednego – i to tego bardziej wpływowego - bloku politycznego, zasysającego ówczesną scenę polityczną. Jego gorzkie słowa spełniły się jak czarne proroctwo. Wtopieni w masę wielkiej, wielonurtowej biurokracji partyjnej, konserwatyści zatracili w BBWR indywidualność, samodzielność i umiejętność roztropnego przewodzenia, z której niegdyś słynęli. Zatracili, choć wiele postulatów udało się dzięki temu strategicznemu sojuszowi zrealizować. A może właśnie dlatego? Może zatracili je tak, jak zwierzęta w ZOO tracą instynkt łowczy i potrzebę życia na wolności? Bo też do życia poza BBWR nie było już powrotu.


Kiedy zachowawcy rzeczywiście znaleźli się poza – brutalnie „wycięci” przez lewicę postpiłsudczykowską (której dość wierną kontynuacją wydaję się dzisiejszy PiS), nie umieli już znaleźć sobie miejsca na scenie politycznej. Na nic zdało się dużo większe, niż w Trzeciej Rzeczypospolitej, zaplecze społeczne i intelektualne. Na nic zdało się wręcz nieporównywalnie większe zaplecze finansowe i naprawdę wielkie wpływy w wielu instytucjach gospodarczych i społecznych. Nie pomogli też wybitni, doświadczeni politycy, którzy firmowali wizerunek całego ruchu. Krótko przed wojną zachowawcy znaleźli się na marginesie sceny politycznej. Co ciekawe, właśnie wtedy udało im się ostatecznie zjednoczyć. Zabiegi o to trwały już od 1918 roku, tj. od momentu, kiedy trzy dzielnice zaborcze na powrót połączyły się w jedno państwo. Zabiegi te przez lata były nieskuteczne. Powiodły się dopiero pod sam koniec, kiedy prawie cały ruch konserwatywny połączył się w Stronnictwie Zachowawczym (drugim). Czy to jednak cokolwiek dało? Czy przyniosło jakiś „bonus” za połączenie w jednej partii? Jakieś dodatkowe 2-3 %? Nie. To nie przyniosło już dosłownie niczego. Nie było żadnych bonusów. W ostatnich przedwrześniowych wyborach konserwatyści, zjednoczeni poza logiką wielkich bloków politycznych, znikli zupełnie ze sceny politycznej i w tamtej formie, w tamtym świecie, już na nią nie wrócili.


A jak jest dzisiaj?


Świat bardzo się zmienił i dziś zmienia się właściwie już nie co pokolenie, lecz co dekadę. Jednak logika wielkich bloków pozostała niezmienna. Dziś także jest prawica (choć jakże inna od konserwatystów z epoki zjazdów w Nieświeżu i Dzikowie). Dziś także obowiązuje logika wielkich bloków, która na trwale determinuje mapę naszej demokracji. Pojawia się też – jak zwykle - pokusa, by budować coś poza tą logiką. Podsycają tę pokusę grupy zgranych liderów i ich niefortunnych doradców, cała masa (choć może raczej: cała kanapa) dawnych działaczy, którzy bez powodzenia próbują wrócić do gry. Ciągle dźwięczą też hasła o „bonusach za zjednoczenie”, „konieczności wyrwania się z matni” i nowych, „prawicowych alternatywach” dla PiS lub PO. I trzeba być doprawdy na wpół ślepym ADWOKATEM ZŁEJ SPRAWY, by te nadzieje podkręcać, by niczego się nie nauczyć i po tym wszystkim dalej niczego nie zrozumieć.


Ale nie, z tego już nic nie będzie. Nikt, kto nie umie odgadnąć zagadek politycznego sfinksa, nie przejdzie weryfikacji wyborczej. System polityczny właśnie się domyka i jasno oddziela się przestrzeń tego, co polityczne, od trwałego marginesu tej przestrzeni, a wreszcie od tego, co na trwałe pozostanie poza nią.


Czy konserwatyści będą jeszcze w parlamencie?


Powyższe pytanie staje się o tyle aktualne, że wielu z nich przygotowuje się do startu w zbliżających się wyborach. Nadal trwa również ożywiona dyskusja nad tym kto, z kim i dlaczego się wiąże. Kto wejdzie, a komu się nie uda? W ogniu tej dyskusji dowiedzieliśmy się, że nasz długoletni kolega, poseł Jan Filip Libicki, zamierza ubiegać się o mandat do senatu z poparciem Platformy Obywatelskiej. I oto decyzja ta spotkała się już z żywym odzewem, tak pozytywnym, jak i zdecydowanie krytycznym. Głosy dezaprobaty pojawiły się – co zrozumiałe - ze strony stronników PiS (i wyłączności tej partii na określanie się mianem „prawicy”, tudzież na rozstrzyganie, co dla Polski jest dobre, a co złe), lecz także ze strony rozmaitych zwolenników efemerycznej „prawicowej alternatywy”, którzy z marszu zarzucili Filipowi już nie złe rozeznanie sytuacji, ale wręcz złe intencje. Przy okazji ujawniania tych złych intencji, uaktywnili się również niezawodni obrońcy Radia Maryja i zwolennicy wszelkich teorii spiskowych, dla których start z poparciem PO jest ciosem w plecy, porównywalnym jedynie do niewiary w zamachową teorię katastrofy smoleńskiej.


W tej sytuacji możemy i powinniśmy okazać Filipowi nasze zaufanie i poparcie, a przy tym pełne zrozumienie dla Jego decyzji. To dobry moment także na przypomnienie hasła, na którym przez lata opierało się środowisko KZ-M: „nie ma wroga na prawicy”. Z pewnością decyzja o wejściu do ugrupowania, skonstruowanego wg logiki wielkich bloków, nie może być łatwa. Podobnie niełatwą decyzję podjąć musiał choćby wieloletni prezes Klubu, Artur Górski, który w PiS-ie pozostał. Spory, który blok wydaje się bardziej odpowiedni i godziwy wydają się jednak w tym kontekście zupełnie jałowe. Z punktu widzenia poglądów konserwatywnych ŻADNA partia nie będzie optymalna, bo żadna nie będzie naprawdę konserwatywna. Tym bardziej jednak konserwatyści powinni wspierać reprezentujących ich parlamentarzystów. Organizować ich zaplecze społeczne, medialne i środowiskowe. Walczyć jeśli nie o hegemonię kulturową, której władza polityczna byłaby logiczną konsekwencją, to przynajmniej o dostęp do debaty publicznej, o obecność w życiu politycznym zwolenników różnych poglądów, dla których wspólnym mianownikiem musi pozostawać Polska, jako jedyna partia wszystkich Polaków. Ta Polska, pomimo wszelkich różnic, nie powinna nas dzielić na zwycięzców i pokonanych. Jestem przekonany, że Filip weźmie udział w tej wielkiej, narodowej debacie na forum nowowybranego Senatu. Wiem, że Jego głos bardzo tę debatę wzbogaci, przypominając przy tym polskie tradycje polityczne, które konserwatyści od stuleci współtworzyli!


Droga do tego nie będzie pewnie prosta. Przywołany już Antoni de Rivarol dawno zauważył, że mieć rację godzinę wcześniej niż inni, to przez godzinę być uważanym za element aspołeczny. Mimo to jestem pewien, że Filipowi się uda - nie tylko start w wyborach, ale cała kolejna kadencja, czego gorąco Mu życzę!


Maciej Słęcki

Autor jest Wiceprezesem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego

[aw]



pobierz artykuł jako PDF

| komentarzy: 15

| odsłon: 1951

|

 



Musisz być zalogowany i zweryfikowany by dodawać komentarze.


| 2011-07-12 20:54:50
Zachęcamy Czytelników do przysyłania tekstów na portal w tej sprawie.
| 2011-07-12 21:10:57
Ciekawe, dlaczego? Bo autor tego tekstu jest taki wybitny?
| 2011-07-12 21:32:51
@Maciej Słęcki: wymiotować mi się chce po przeczytaniu Pana tekstu. Dla jasności: brzydzi mnie PiS, Radio Maryja, nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych.
Qba
| 2011-07-12 22:07:19
Forsa Jest Najważniejsza.
| 2011-07-12 22:18:39
Dobry, ciekawy tekst. PO jest jedyną partią, która nie została opanowana przez maniaków (PiS) lub zwolenników pedalstwa (SLD). Innego ruchu politycznego Pan Poseł nie miał, a Pan Słęcki właśnie zdał na piątkę egzamin z konserwatyzmu i realizmu politycznego. Czekamy na wypowiedź prof. Wielomskiego. Mam nadzieję, że w duchu swojego wiceprezia.
| 2011-07-12 22:53:48
Gratuluję Maćku, świetnie napisane. Zawsze twierdziłem, że przynależność partyjna nie powinna być dla konserwatysty żadnym wyznacznikiem i że listę, z której się startuje do parlamentu należy traktować wyłącznie instrumentalnie, jako środek do osiągnięcia celu, a nie jako cel sam w sobie. Filip Libicki wybrał najlepszą możliwość jaka mu pozostała i ja będę mu serdecznie kibicował.
| 2011-07-13 01:23:10
@Szympans Zenon: Przecież PO to takie same maniactwo, tylko z kolei liberalno-lewicowe, germanofilskie i chcące wepchnąć Polskę jeszcze bardziej w szpony biurokratów i lewactwa z Brukseli. Tu nie ma właściwych wyborów, a porównywanie PiS do sanacji czy PO do eNDecji to jakaś pomyłka. To jak porównywać Kaczyńskiego do Piłsudzkiego, albo Tuska do Dmowskiego. Trzymajcie mnie!
| 2011-07-13 09:17:36
Moim zdaniem i na mój stan wiedzy ta decyzja jest objawem chęci działania za wszelką cenę oraz, jak się domyślam, z drugiej strony niechęci do "przebranżawiania". Nie wiem jakie korzyści na tym transferze miałoby odnieść społeczeństwo, debata publiczna czy konserwatyści (no może oprócz Pana Libickiego :) ). Na działalności parlamentarnej (tym bardziej w partii) mimo wszystko świat się nie kończy. Ten transfer widzę raczej jako przybranie nowego partyjnego balastu, który niestety niepotrzebnie może ciążyć za lat kilka w zupełnie innym rozdaniu. Lubię konkrety, a ich tu nie widzę, tym bardziej że zbliżają się wybory i jak to ktoś niezwykle odkrywczo śpiewał "wszystko się może zdarzyć". Niemniej jednak z całą życzliwością życzę sukcesów.
| 2011-07-13 10:00:49
Wielkie brawa dla Autora tekstu! Utrzymac w tak obszernym artykule powazna forme, przy jajcarskiej (przepraszam za kolokwializm) tresci to nie lada sztuka! Oczywistym jest bowiem, ze cala ta przeprowadzka deputowanego Libickiego sluzy jedynie Jemu, do rozwiazania Jego wlasnych rozwiazan egzystencjonalnych (trudno zywic sie powietrzem). Bynajmniej nie chodzi tu o jakies dzialanie; "lex Rydzyk" z konserwatywnego punktu widzenia jest calkowicie obojetny. Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze posel Libicki rzeczywiscie moze zostac wybrany na przyszla kadencje i, z nadmiaru czasu (slodkie jest zycie polskiego parlamentarzysty), bedzie zasypywal swoimi nudnymi i bezwartosciowymi tekstami portal Konserwatyzm.pl.
| 2011-07-13 10:06:16
Inna sprawa, że p. Libicki będzie tam robił za "chrześcijański kwiatek do kożucha". Najwyżej załatwi sobie potrzeby socjalne, bo raczej nikt go tam słuchać nie będzie.
Qba
| 2011-07-13 13:34:09
@marcinjanowski| A myślałem, że to stanowisko zajęte przez Gowina, ale co tam, od przybytku głowa nie boli. Skoro Arłukowicz dostał posadę to może i dla JFL coś się znajdzie?
| 2011-07-13 13:54:22
Proszę szanowną Redakcję o nieumieszczanie tekstów J. F. Libickiego. Wraz z jego "radosną twórczością" portal ten traci w oczach wielu.
| 2011-07-13 14:19:54
trochę próba obrony p. Libickiego, który ostatnio tutaj daje upus swojej politycznej frustracji. Może teraz teksty (jesli dalej będzie je tak często publikował) będą trochę lepsze, gdyz koryto (pardon kasa) jest zabezpieczona. A jak mawiał Karl Marx poglądy człowiek kształtuje w zależności od zasobności portfela. Łatwo mieć idee i do nich dążyć jak się ma pewną kasę i się twardo na ziemi stoi. Trudniej natomiast komuś, kto ledwo wiąże przysłowiowy koniec z końcem. Tak czy inaczej nie ma ludzi niezastąpionych i jesli nie pan Libicki to ktoś inny może brać państwowe pieniądze to chyba oczywiste
| 2011-07-13 18:06:06
Libicki to zwykła sprzedajna menda. Wiedziałem to już od momentu, w którym "przejął" się Radiem Maryja, chcąc się przypodobać mediom mainstreamowym. Już sam fakt bycia w partii, której przewodziła lewaczka Kluzik pokazał, kim jest ten człowiek, że to persona pozbawiona godności. Fakt wstąpienia do PO świadczy o tym, że ten człowiek nie ma skrupułów. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego postępowania. Żaden "pragmatyzm" polityczny, żaden "rozsądek", żadne "mniejsze zło". Ten facet to po prostu chorągiewka, jakich w polskiej rzeczywistości politycznej multum. Fakt zasilenia szeregów w PO świadczy wyłącznie o tym, jak nędzna i jałowa jest nasza polska scena polityczna i że nie ma absolutnie żadnej istotnej różnicy między PiS i PO. Można oczywiście sobie dywagować, że PO lepsze od SLD, że PiS lepsze od PSL, ale owe dywagacje kompletnie do niczego nie prowadzą, bo cała banda czworga to kloaka, nie warta analiz. To hańba i żenada, że ktoś taki jak Libicki jest członkiem KZM, bo człowiek-chorągiewka to najgorszy gatunek polityka.
| 2011-07-15 06:00:52
Toż pisałem - ten sprytny plan można zrobić jeszcze bardziej sprytnym: LSD (czy jak to się tam nazywa...)









RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL