W rzeczywistości beznadziejnych warsztatowo amatorów, sprzedających się za sutą wierszówkę w pismach o pozornie sprzecznych liniach ideologicznych. Zrobili oni także karierę muzykantów rockowych, ogłupiających młodych i starszych Polaków. Przykładem takiego osobnika jest niejaki Krzysztof Skiba, grajek w zespole Big Cyc, udzielający się publicystycznie na łamach oligarchiczno-liberalnego tygodnika „Wprost” oraz w organie lewacko-syjonistycznego oszołomstwa pod tytułem „Nigdy Więcej”. W pierwszym „Skibol” łasi się do obcego kapitału i głosi tezy o jego dobrotliwym wpływie na polską gospodarkę, krytykując przy okazji lewicę liberalną - nawet „Gazetę Wyborczą”. Z kolei w drugim periodyku, operuje językiem inwektyw w wątpliwej poetyce skrajnego lewactwa, zwalczając nią antysemicką zarazę w rozumieniu wielbicieli Izraela. Skiba opanował do perfekcji jedną cechę, niezbędną do sytej wegetacji - maskowanie swej etyczno-intelektualnej nicości pod przykrywką wygodnych w danej chwili haseł. Na ogół przybiera on publicznie coś na kształt pozy błazeńskiego buntownika. Nikt go za to nie bije po tyłku – raczej przeciwnie – „Skibol” jest ulubieńcem mediów, czyli klasycznym błaznem koncesjonowanym. Panujący system kreuje wygodnych dla siebie pajaców, gdy tymczasem autentycznych kontestatorów nowego porządku planowo niszczy milczeniem, a nawet otwarcie prześladuje. Dotyczy to również przedstawicieli szeroko rozumianej sfery rozrywki.
W ostateczności można skwitować radosną działalność pana Skiby wzruszeniem ramion. Tłuczenie forsy u wszystkich, którzy to zaproponują jest kwestią zaburzeń wewnętrznej równowagi moralnej, a ta przypadłość nie deprecjonuje dzisiaj człowieka. Wprost przeciwnie, czyni go podziwianym przez motłoch „artychą”, który potrafił się urządzić w ścieku złotych pawi, puszczanych z gardeł wydawców wielkich kolorowych pism i właścicieli mass mediów. Identycznie ma się sprawa z „Nigdy Więcej” - fragmentem „antyfaszystowskiego” poletka Rafcia Pankowskiego, z którego uczynił on dochodowy interes dla siebie i kolegów, piszących i brzdąkających w stylu „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”. Krzysztof Skiba posiada niewątpliwie nieprzeciętne potrzeby materialne i orze biedak, jak tylko potrafi. Niech Krzysio z Big Cycem do spółki pozostanie dmuchanym buntownikiem wśród dorobkiewiczów – wiadomo przynajmniej, z kim mamy do czynienia. Gorzej, kiedy zaczyna wierzyć, że jest faktyczną ofiarą ideowej cenzury, straszniejszej nawet od czasów PRL. Wtedy pan Skiba rzeczywiście staje się śmieszny niczym cierpiący na przerost ego Stefek Burczymucha, kompensujący to sobie zmyślonymi opowieściami o własnej odwadze.
Z tego typu autogroteską, p. Skiba wyskoczył niegdyś w tekście we „Wprost”. Przedstawił tam swój Big Cyc w fałszywej roli ”artystów”, co to „wciąż zmagają się z cenzurą”. W schyłkowej dekadzie jaruzelszczyzny kapela „Skibola” wykonywała kawałki satyryczne w otoczce punk-rocka, co uprawia nadal bez ciągania jej grajków po sądach. Skiba płacze, że w radiu nie puszczali politycznych piosenek B-C o Wałęsie i wstrząsającego protest songu „Moherowe berety”. Ten marketingowy chwyt był u pana Skiby dość częsty. Lokował na rynku śpiewanki o ludziach i zjawiskach, z których nabija się szeroko rozumiana lewica liberalna(my „moherową” politykę krytykujemy z zupełnie innych pozycji) , robiąc przy okazji wielki szum, gdy wytworów Cyca brakuje w mediach elektronicznych. Tak ma wyglądać cenzurowanie wolnej myśli „Skibola”. Jednakże ten dziwny buntownik skręcał (skręca?) muzykę do debilnego „Świata według Kiepskich” w skomercjalizowanym do obrzydliwości Polsacie, prezentuje swe lica w całej palecie głupich i głupszych programów telewizyjnych, dorabia klezmerstwem na licznych imprezach estradowych; wspomniana wyżej pisanina we „Wprost”, to właściwie margines dochodowych zajęć Skiby-faceta orkiestry(dętej). Dość bezczelna komercjalizacja rynku muzycznego wyrosłego ze stylu punk i tzw. nowej fali, to w naszym kraju dość powszechny proces. Wystarczy wspomnieć degrengoladę Muńka Staszczyka z T.Love (drapieżnej kapeli z lat 80-tych) , dzisiaj rock-popowego klona Krzysztofa Krawczyka z repertuarem traktującym o całusach, motylkach, kwiatkach, spacerach po łące i ma się rozumieć o „antyfaszyzmie”. Pisałem o nim niedawno. Niekiedy ci „kombatanci” nakręcają swój zdechły mit kopaniem wymyślonego rasizmu,antysemityzmu, polskiego zaścianka i tego typu zjawisk, bo przecież nic im za to nie grozi, a pokolenie dzieciaków uwierzy w wujka buntownika i kupi jego nową płytę. Wujo postawi sobie za to kolejną willę pasującą kolorystycznie do samochodów w garażu. Oto tytułowe dojenie cyca prostolinijnej młodzieży i osób bardziej wiekowych, czy też ogólnie pojętego systemu, co opanował do perfekcji pan Skiba z kumplami.
Tworzenie atmosfery sztucznego męczeństwa wokół środowiska, które w panującym systemie żyje na najwyższym poziomie, budzi niesmak i odrazę. Big Cyce, Maleńczuki i Muńki Staszewskie, mają się znakomicie – w odróżnieniu od pewnego kręgu kulturowego, wyrzuconego poza wszelki medialny nawias, a o którym Krzysio Skiba nie wspomina marnym zdaniem. Wiadomo, że chodzi o rock narodowy, niegdyś domenę skinheadów – obecnie fenomen poza subkulturowy, zwany muzyką tożsamościową, wykonywaną w różnorakich odmianach muzycznych. Zespoły tego antysystemowego nurtu, są jedynymi przedstawicielami buntowniczej duszy młodych w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Nie idą na żadne kompromisy z wytwórniami fonograficznymi, stacjami radiowymi i telewizyjnymi oraz zgniłą komercją. Nacjonalistyczny i tradycjonalistyczny muzyk, nie węszy za karierą rockmena w wymienionym typie liberalnego sprzedawczyka, ponieważ wybierając swą drogę automatycznie wyrzeka się blasku fleszy i obfitego konta w banku. Jego utwory wyklina uroczyście establishment – umiera po prostu dla świata rządzonego z pałaców syjonistyczno-liberalnych cesarzy rynku muzycznego badziewia. Ale to on, nie Skiby i Owsiaki, przynosi młodym ludziom wolność narodowego myślenia. Taka zasługa przewyższa górę euro, szekli i dolarów.
ROBERT LARKOWSKI
asd