11 marca zaczyna się katastrofa w Fukushimie. W Niemczech, ze wzmożoną siłą, odżywa dyskusja na temat energii atomowej. 30 czerwca niemiecki parlament uchwala ustawę, która reguluje zamknięcie tutejszych elektrowni atomowych. W tym samym czasie, w Polsce wybucha dyskusja na temat autonomii Śląska. Przypadek? Moim zdaniem, nie.
15 marca, czyli zaledwie kilka dni po wydarzeniach w Japonii, rząd Niemiec podjął decyzję o wyłączeniu na trzy miesiące siedmiu najstarszych z 17 elektrowni atomowych w Niemczech. 30 maja partie niemieckiej koalicji rządzącej ustaliły, że do 2022 roku Niemcy zrezygnują z korzystania z energii atomowej: sześć elektrowni atomowych zostanie wyłączonych do 2021 roku, kolejne trzy będą produkować prąd do 2022 roku. 30 czerwca zostaje uchwalona wspomniana we wstępie ustawa.
Tym samym pojawiło się pytanie o to, czym Niemcy zastąpią energię atomową. Oficjalnie mają to być odnawialne źródła energii. Cóż, opinia publiczna nie zauważyła jednak, że rząd Niemiec przyjął strategię, zgodnie z którą tylko część prądu będzie produkowana w taki sposób. Zamknięcie elektrowni atomowych oznacza więc znaczne zwiększenie roli gazu i węgla.Niektórzy eksperci mówią wręcz o nadchodzącym renesansie elektrowni węglowych w Niemczech (http://www.n-tv.de/politik/Merkel-baut-Bruecke-aus-Kohle-article3695261.html). Ażeby sprostać wyzwaniom stojącym przed niemiecką gospodarką, nastąpi modernizacja oraz rozbudowa elektrowni węglowych. I tak np. koncern RWE buduje w Neurath dwa nowe bloki o mocy 1100 MW każdy (węgiel brunatny) oraz w Hamm, o mocy 1600 MW (węgiel kamienny). Vattenfall natomiast buduje w Hamburgu-Moorburg elektrownię o mocy 1640 MW (węgiel kamienny).
Założenia przyjęte przez rząd krytykowane są przez przedstawicieli organizacji ekologicznych, które słusznie wskazują na to, że obrany kierunek jest sprzeczny z założeniami ochrony klimatu... Pozwole sobie tutaj na małą dygresję. W kontekście ostatnich decyzji rządu niemieckiego należy przypomnieć ostre słowa kierowane z Berlina i Brukseli pod adresem Polski, która odmawiała podporządkowania się wytycznym europejskiej polityki klimatycznej – czyli wycofania się z energii wytwarzanej z węgla. Do dziś mam przed oczami pewne zdjęcie umieszczone w FAZ (Frankfurter Allgemeine Zeitung), które przedstawiało dymiące kominy polskich elektrowni. Tym samym Polska była przedstawiania jako niemalże największy truciciel Europy. Tak się jakoś składa, że w momencie gdy chodziło o sprawę europejskich dotacji dla Polski, niemieckie media posługiwały się zupełnie innym zdjęciem. Zdjęcie to przedstawiało chłopa z konnym pługiem...
Decyzja o zamknięciu elektrowni atomowych prezentowana jest niemieckiej opinii publicznej jako wielki sukces RFN, która ma być wzorem do naśladowania dla innych państw. W kontekście akcji medialnej towarzyszącej tej decyzji należy krótko wspomnieć o FAZ. Gazeta ta przez wiele lat była główym organem medialnym frakcji „proatomowej“. Dyskusja na temat zamknięcia elektrowni atomowych prowadzona była w Niemczech już od wielu lat. Stosunek do tegoż źródła energii stał się wręcz linią podziału na niemiecką lewicę i prawicę: lewica była „antyatomowa“, prawica natomiast „proatomowa“. W przeciągu kilku ostatnich miesięcy FAZ zmieniła swoją linię programową o 180 % i stała się prawdziwą tubą medialną niemieckiego rządu. Tym samym zaczęło się odpowiednie, medialne urabianie niemieckiego elektoratu konserwatywnego.
W związku z nadchodzącym wzrostem zapotrzebowania niemieckiej gospodarki na węgiel, należy postawić jednak pytanie o to, skąd Niemcy go wezmą? Cóż, jakoś tak bardzo dziwnie się składa, że dyskusja na temat energii atomowej w Niemczech zbiegła się w czasie z dyskusją na temat autonomii Śląska, prowadzoną w Polsce.
Na początku kwietnia zaczęła się akcja medialna wokół wypowiedzi Kaczyńskiego na temat Śląska. Zgodnie z medialnymi raportami, Kaczyński miał twierdzić, że śląskość per se jest „ukrytą opcją niemiecką”. Jednakże mało który z dziennikarzy zauważył, że wypowiedź ta dotyczyła „Raportu o stanie Rzeczypospolitej“ PiS, który odnotowuje, że w spisie powszechnym, wbrew wyrokowi Sądu Najwyższego z 2007 roku, umieszczono narodowość śląską. Zarzut PiS jest zupełnie słuszny. Sąd Najwyższy wydał dwa orzeczenia w sprawie narodowości śląskiej: w związku z próbą zarejestrowania w 1998 roku Stowarzyszenia Związek Ludności Narodowości Śląskiej, a w 2006 roku Związku Ludności Narodowości Śląskiej – Stowarzyszenia Osób Deklarujących Przynależność do Narodowości Śląskiej.
Po pierwszym wyroku członkowie komitetu założycielskiego wystąpili do Trybunału w Strasburgu (sprawa Gorzelik i inni przeciwko Polsce), ale Trybunał skargę oddalił. W sytuacji, gdy nawet ETPC stanął po stronie Polski, umieszczenie w spisie narodowości śląskiej jak najbardziej może zostać uznane za działalność wymierzoną przeciwko państwu polskiemu.
Należy więc przyjrzeć się bliżej akcji medialnej toczącej się wokół Śląska:
„W kontekście nieznajomości skomplikowanej historii naszego regionu przez polityków (członkowie mojej, jak i wielu z państwa rodzin walczyli u cesarza Wilhelma, w Wojsku Polskim we wrześniu 1939 r., w Wehrmachcie, w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i w Armii Krajowej), żenujący jest medialny, a przede wszystkim polityczny szum, jaki wywołały wyciągnięte z kontekstu słowa Jarosława Kaczyńskiego, zawarte w jego raporcie o stanie państwa: „Śląskość jest pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Bomba poszła w górę… Jak on mógł tak stwierdzić? Ślązacy to Niemcy? Skandal! Znani publicyści na łamach swoich gazet zaczęli deklarować, że w ramach protestu, w tegorocznym spisie powszechnym, określą się jako osoby narodowości śląskiej (skąd znalazła się w formularzu spisu, skoro Sąd Najwyższy jej nie uznał?). Nie bronię prezesa PiS-u, ale mało kto czytał cały śląski wątek w raporcie. PiS-u. Przekonał mnie Piotr Semka z „Rzeczpospolitej”, który pisze, że „zdanie Kaczyńskiego należy w oczywisty sposób czytać łącznie z dwoma poprzednimi zdaniami. Kaczyński pisze w nich o rzecznikach tak zwanej narodowości śląskiej. Gdy je przeczytamy razem, stanie się jasne, że przez śląskość polityk tu akurat rozumie opowiadanie się za istnieniem tej narodowości. Prezes PiS polemizuje z rzecznikami Ruchu Autonomii Śląska, a nie z ludźmi kultywującymi śląską gwarę czy obyczaje. Nie z patriotami własnego regionu”. Platforma Obywatelska na tym zamieszaniu postanowiła ugrać swoje. Jej śląski lider Tomasz Tomczykiewicz, poseł z Pszczyny, poszedł zawracać głowę prokuratorom zawiadomieniem o obrażaniu Ślązaków przez J. Kaczyńskiego. Zgadzam się ze Stefanem Niesiołowskim z PO, który był sceptyczny wobec składania zawiadomienia do prokuratury. Jego zdaniem, sprawa wywołana przez szefa PiS-u ma wymiar polityczny i należy ją w podobny sposób rozwiązać.
Paradoksalnie, prezes PiS-u nie zaszkodził Ruchowi Autonomii Śląska, ale go wypromował, jak wcześniej sklepy pewnej sieci handlowej, podczas swoich słynnych już zakupów. Współrządzący w Sejmiku Śląskim Ruch Autonomii Śląska (wraz z PO i PSL) deklaruje idee samostanowienia wszystkich regionów w Polsce. Nawiązuje do międzywojennej autonomii Górnego Śląska, który miał własny skarb, parlament i policję (jej funkcjonariusze za polskość ginęli wraz z polskimi oficerami, m.in. w Miednoje). Pomimo to RAŚ-owi nie ufam… Ich retoryka i pomysły są separatystyczne (nie oznacza to, że proniemieckie). RAŚ dzieli: my Ślonzoki i oni – nie Ślonzoki, ci z Warszawy… Nasze problemy są przez nich…“ (Jarosław Jędrysik,
http://www.echo.alpha.pl/mambo/index.php?option=com_content&task=view&id=12236&Itemid=54).
Akcja medialna tocząca się wokół Śląska jest klasycznym przykładem manipulacji. Przeprowadzana jest po bardzo wyraźnej linii: chodzi o stworzenie konfliktu, którego nie ma. Zarówno RAŚ, jak i media budzą antypolskie nastroje wśród Ślązaków, jak również antyśląskie wśród Polaków niebędących Ślązakami. Mamy do czynienia z celową akcją skłócenia Polaków. Pierwszym etapem tej akcji jest obudzenie w Ślązakach ich rzekomo prawdziwej świadomości, czyli świadomości narodu śląskiego. Cóż, tak toczone były wszystkie wojny ideologiczne. W obywatelach francuskich obudzone zostało poczucie bycia ofiarami francuskiej monarchii, w proletariacie – bycia ofiarami kapitalistów, w nazistowskich Niemcach – bycia ofiarami Żydów. Ślązacy natomiast powoli wczuwają się w rolę ofiar państwa polskiego.
Czy działania RAŚ mogą być uznane za „zakamuflowaną opcję niemiecką”? Cóż, Niemcy potrzebują węgla, sprawa jest więc dość oczywista. Jeśli Śląsk zacznie szczycić się autonomią, państwo polskie straci wpływ na los tutejszych kopalni. Doskonale rozumiem, że przeciętny śląski górnik wolałby pracować w kopalniach zmodernizowanych przez Niemców, a za swoją pracę dostawać niemiecką pensję. W wywiadzie udzielonym portalowi www.konserwatyzm.pl, Jerzy Gorzelik mówi: „Szkocka Partia Narodowa w ostatnich latach święci sukcesy, nie ukrywa aspiracji do utworzenia szkockiego państwa. To doskonały przykład tego, że w Europie gra się w otwarte karty i myślenie kategoriami „zakamuflowanych opcji” jest nieporozumieniem. Wolni ludzie mówią to, co myślą“. Dokładnie o to chodzi: o grę w otwarte karty.
Wspomniany wywiad jest dowodem na to, że mamy do czynienia z bardzo inteligentnym przeciwnikiem. Jerzy Gorzelik dokładnie wie, w jaką nutę ma uderzyć, żeby trafić do odbiorców portalu. Chodzi o decentralizację. Cóż, ryba połknęła haczyk. Redaktorzy portalu powinni sobie zadać pytanie o to, jaki los czeka polską gospodarkę, jeśli ci, którzy w tej grze pociągają za sznurki, zrealizują swoje cele. Oddamy węgiel Niemcom, gaz łupkowy Amerykanom, i pozostanie nam żebranie o gaz ziemny u Rosjan. Którzy będą mogli dowolnie zakręcać nam kurek, bo w końcu Niemcy wybudowali dla siebie swój własny gazociąg. Najwyższy czas, żeby polscy konserwatyści przestali bujać w obłokach i wreszcie zajęli się sprawami tak przyziemnymi, jak sprawa polskiej polityki energetycznej. Śląsk to nie Podkarpacie, tylko teren o znaczeniu strategicznym. Wiedzieli to polscy królowie, wiedzieli twórcy państwa polskiego po rozbiorach, wiedzą Niemcy. Redaktorzy portalu natomiast chyba nie.
Magdalena Ziętek
[aw]