Współcześnie demokracja uważana jest za synonim wolności politycznej. Krytyka demokracji traktowana jest odpowiednio jako zamach na wolność, czyli chęć zaprowadzenia reżimu totalitarnego. Takie stawianie sprawy wynika z dualistycznego traktowania obu pojęć. Albo demokracja, albo totalitaryzm. Tertium non datur. Tymczasem oba pojęcia są dużo mocniej ze sobą powiązane, niż by się to mogło wydawać. W tekście tym chciałabym pokazać, że krytyka demokracji nie musi oznaczać zamachu na wolność obywateli, a wręcz przeciwnie, stanowić jej obronę przed zakusami totalitaryzmu.
Współczesne demokracje z ustrojami totalitarnymi łączy przede wszystkim „wszędobylskość” władzy. Różnica polega na sposobie obierania tej władzy. Dla systemów totalitarnych charakterystyczna jest dyktatura partyjna, z silnym wodzem stojącym na jej czele. W systemach demokratycznych władzę wybiera lud. Zarówno w systemach demokratycznych, jak i totalitarnych władza reprezentuje wolę ludu. W tych pierwszych lud bezpośrednio mianuje swoich reprezentantów, a w tych drugich partia uważa się za prawdziwego reprezentanta woli ludu pracującego, czy też narodu.
Podstawą funkcjonowania współczesnych demokracji jest fikcyjne założenie a la Rousseau, że wszelkie postanowienia reprezentantów ludu stanowią wyraz woli tegoż. Tym samym, że jakiekolwiek działania władzy państwowej z definicji nie mogą być sprzeczne z wolą oraz interesami obywateli: lud w końcu nie może działać przeciwko samemu sobie. I tak np. sukcesywne podnoszenie podatków przez parlament wyraża wolę samych obywateli.
Przyjęcie doktryny suwerenności ludu prowadzi jednak przede wszystkim do tego, że de facto władzy nie stawiane są żadne granice. Jeśli lud „uzna”, że państwo ma prawo ingerować w sferę prywatną obywateli, np. poprzez przymusowe ubezpieczenia zdrowotne, emerytalne, obowiązkowe szczepienia, przymus szkolny, itp., to znaczy, że lud tego chce. Co lud „postanowi”, staje się obowiązującym prawem. Tym samym lud podporządkowuje się „swojej” własnej woli, a więc jest rzekomo prawdziwie wolny.
Współczesne demokracje i systemy totalitarne łączy ich totalność, polegająca na tym, że władzy nie stawiane są żadne zewnętrzne ograniczenia jeśli chodzi o jej zasięg.
Inaczej sprawa wygląda np. w przypadku doktryny św. Tomasza z Akwinu. Władza podporządkowana jest prawu naturalnemu, którego autorem jest Bóg. Tym samym władza nie może dowolnie rozszerzać zakresu swoich kompetencji. Prawo naturalne przyznaje jednostce konkretne uprawnienia w stosunku do innych ludzi, jak i całej wspólnoty politycznej, które nie mogą być jej odebrane przez tę wspólnotę oraz władzę.
Zarówno współczesne demokracje, jak i systemy totalitarne są produktem nowożytności. Jej uwieńczenie to totalitarna demokracja, która właśnie urzeczywistnia się na naszych oczach.
Taki stan rzeczy ma wiele przyczyn. Jedną z nich jest protestantyzm.
Średniowiecze charakteryzowało się zbalansowanym „układem sił” między władzą Kościoła katolickiego oraz władzą świecką, jak również w obrębie samej władzy świeckiej, poprzez skomplikowany system obowiązków i przywilejów stanowych. Cała ta, dość misterna konstrukcja została zmieciona z powierzchni ziemi m.in. poprzez Reformację oraz jej następstwa.
Atak Lutra wymierzony w autorytet Kościoła katolickiego doprowadził do wręcz skrajnego uprzywilejowania władzy świeckiej. Tym samym, system przechylił się w jedną stronę, i w tym przechyle trwa do dziś. Władza świecka niejako została uwolniona od podległości prawu naturalnemu, co oznaczało zupełne wydanie obywateli „w jej łapy”. W dziele pt. „Geistige Wegbereiter des deutschen Zusammenbruchs“ (Duchowi prekursorzy niemieckiego upadku) Alfred von Martin w taki oto sposób wyraził tę tendencję: „Człowiek, [przez Lutra] teologicznie zdegradowany do nicości przed Bogiem, politycznie został wydany władzy (Obrigkeit)“.
Jednym z filozoficznych wyrazów nowożytnego „przechyłu“ jest hobbesowska koncepcja państwa. W pracy „Kritik und Krise” Reinhart Koselleck wskazuje na faktyczny wpływ wojen religijnych na kształtowanie się filozofii Hobbesa. Reformacja zniszczyła porządek europejski, którego jedność opierała się na jednej koncepcji religijno-filozoficznej. Wraz z reformacją powstała „alternatywa“, która próbowała zastąpić porządek wcześniejszy. Wynikiem były wyniszczające wojny religijne, które pogrążyły Europę w chaosie. „Stan natury“ stał się realnością, a człowiek pokazał swoją irracjonalną, pełną przemocy twarz. Koselleck pokazuje, że doświadczenie wojen religijnych głęboko wpłynęło na kształt filozofii Hobbesa, który w państwie widział jedyną instancję będącą w stanie zapewnić porządek. A ponieważ wraz z reformacją idea jednej, obiektywnej i przez wszystkich podzielanej prawdy została w dużej mierze zmieciona z powierzchni ziemi, władza państwowa została raz na zawsze oderwana od prawdy, a tym samym od metafizycznie ugruntowanego prawa naturalnego. Zadaniem państwa, według Hobbesa, stało się zapewnienie porządku i bezpieczeństwa, w zamian za co, poddani muszą zrezygnować ze swojej naturalnej wolności i całkowicie oddać się „w opiekę” państwu.
Skutkiem jednostronnego uprzywilejowania władzy państwowej jest dialektyczny proces napędzający rozwój kolejnych nowożytnych teorii państwa. Ustanowienie monarchii absolutnych doprowadziło do coraz większego niezadowolenia ich poddanych, którzy właśnie zostali „wydani w ręce władzy”. Krytyka monarchii absolutnych stopniowo przybierała na sile, co ostatecznie doprowadziło m.in. do pojawienia się koncepcji demokratycznej Rousseau oraz wybuchu Rewolucji Francuskiej.
Najpełniejszym filozoficznym wyrazem nowożytnego przechyłu propaństwowego jest system Hegla. U Hegla prawo i moralność zlewają się w etyczność, co oznacza powstanie państwa prawdziwie totalnego. Rozróżnienie na prawo i moralność przyjmował sam Machiavelli, tyle że on konieczność polityczną stawiał ponad moralnością. U Hobbesa moralność jest sprawą prywatną obywateli i jest przez państwo tolerowana, o ile nie zagraża publicznemu porządkowi. Rozróżnienie na moralność i legalność przyjmuje także Kant, którego ideałem byłaby czysto moralna wspólnota, ale on po prostu nie wierzy w możliwość jej urzeczywistnienia. Zdaniem Kanta, ludzkość musi zostać odpowiednio wychowana przez władzę państwową, aby była zdolna do tego, by w swoim postępowaniu dobrowolnie kierować się imperatywem kategorycznym. U Hegla państwo staje się totalną wspólnotą, poza którą nie ma nic. Ograniczenie władzy państwowej poprzez reguły prawa naturalnego, w rozumieniu tomistycznym, jest zupełnie nie do pomyślenia. Państwo staje się jedyną i prawdziwą rzeczywistością człowieka.
Rozważany tu problem ściśle powiązany jest z kwestią racjonalności porządku państwowego. W doktrynie św. Tomasza z Akwinu porządek społeczny jest wtedy racjonalny, jeśli odpowiada zasadom prawa naturalnego. Źródłem racjonalności działań politycznych pozostaje więc Boski rozum. Do zadań człowieka należy poznawanie naturalnego porządku rzeczy i podporządkowywanie mu się.
M. in. zniszczenie rozumu przez Lutra skutkuje tym, że nowożytność w ogóle nie jest w stanie myśleć w kategoriach obiektywnego i poznawalnego dobra, którym człowiek może w rozumny sposób kierować się w swoich działaniach. Pojęcie dobra znika definitywnie z dyskursu nowożytnego, w jego miejsce pojawiają się pojęcia interesu i użyteczności (wartości). Wraz z Machiavellim i Hobbesem rodzi się technicystyczna bądź technokratyczna koncepcja państwa w rozumieniu Carla Schmitta. Państwo staje się odpowiedzialne za urzeczywistnienie określonego celu, jak np. zapewnienie bezpieczeństwa. Podstawą nowożytnych koncepcji państwa staje się więc racjonalność instrumentalna.
Dla Hegla poza państwem nie ma żadnej racjonalności. Racjonalność heglowska zostaje w pełni oderwana od metafizycznej prawdy bytu, która jest podstawą prawa naturalnego w sensie tomistycznym.
Heglowska krytyka kierowała się przeciwko liberalizmowi, który stoi na stanowisku, że mechanizmy rynkowe mogą doprowadzić do harmonii między indywidualnymi interesami. Zgodnie z liberalizmem, zarówno państwo, jak i społeczeństwo można zbudować wyłącznie w oparciu o partykularyzmy. Stanowisko to jest dość problematyczne, i heglowska krytyka liberalizmu jest w gruncie rzeczy słuszna. Jednocześnie, system heglowski różni się znacznie od systemu Rousseau, w którym jednostkę można przymusić do jej „prawdziwej wolności”. Podstawą systemu Hegla są indywidua obdarzone partykularną wolą, których nie można zredukować do czegoś w rodzaju woli powszechnej Rousseau. Hegel próbował znaleźć rozwiązanie pośrednie między liberalizmem a socjalizmem Rousseau. Jego zdaniem, racjonalność jednostek polega na tym, że rozumieją one swoją wzajemną zależność, a tym samym, dobrowolnie podporządkowują się regułom państwowym. Punktem wyjścia jest więc partykularna wola, która nie jest redukowalna do abstrakcyjnej woli powszechnej Rousseau. Jednocześnie nie jest to wola partykularna w rozumieniu liberalizmu, gdyż rozumie ona swoją zależność od innych jednostek, i tym samym potrzebę istnienia racjonalności powszechnej, czyli państwowej.
Racjonalność Hegla polega więc na tym, że jednostka rozumie, iż jej konkretna sytuacja życiowa zależna jest od działań innych, a w związku z tym, że w jej własnym interesie leży podporządkowanie się wspólnym regułom. Ego, które „wyemancypowało” się z heteronomicznego prawa obiektywnego, zorientowało się, że musi się jakoś samoograniczyć, gdyż inaczej po prostu nie przeżyje w świecie składającym się z takich samych jak ono, wyemancypowanych ego. Relacje międzyludzkie muszą więc być od początku do końca konstruowane przez państwo. Zadaniem prawa jest pełna koordynacja działań wszystkich obywateli, tak, żeby każdy z nich mógł realizować swoje interesy. Państwo dostraja do siebie działania poszczególnych obywateli, tak, żeby mogli być dla siebie wzajemnie przewidywalni. Przypomnijmy, podstawowym problem stanu natury Hobbesa jest to, że jednostce nie opłaca się nic robić, bo w każdej chwili owoce jej pracy mogą zostać zniszczone przez innych. Podstawą rozwoju wspólnoty jest stabilność prawna, gdyż tylko ona umożliwia planowanie działań. Państwo Hegla umożliwia stabilizację totalną.
U Hegla państwo formuje jednostkę od środka, bierze w posiadanie całą jej subiektywność, tak, że jednostka w pełni się z nim identyfikuje. Pełna penetracja jednostki dokonywana poprzez kształtowanie jej subiektywności gwarantuje totalny porządek. Jak już wspomniałam, jednostki są „dostrajane” do siebie, tak że między poszczególnymi ego panuje pełna harmonia. Subiektywność zostaje pojednana z obiektywnością, prawo z moralnością, rządzeni z rządzonymi. Państwo staje się totalne, to znaczy kształtuje całą osobowość jednostki i konstruuje całość jej relacji z innymi jednostkami. Jednostki identyfikują się z prawem państwowym jako regułami, które rzekomo wszystkie ego same dla siebie ustanowiły.
Prawo stanowione przez heglowskie państwo jest więc wyrazem racjonalności instrumentalnej, gdyż jego podstawą są partykularne interesy, podniesione do rangi absolutnej.
Dlaczego stanowisko to jest problematyczne? Po pierwsze, zakłada, że państwo nie tylko może, ale wręcz musi regulować całość stosunków społecznych. Państwo musi regulować WSZYSTKO, bo inaczej działania jednostek nie będą w pełni skoordynowane. Po drugie, koncepcja Hegla nie przewiduje żadnych materialnych kryteriów, co do treści tego prawa. Koncepcja Hegla jest koncepcją czysto formalną. Najważniejszym punktem krytycznym jest moim zdaniem to, że obywatel państwa heglowskiego jest tylko czymś w rodzaju piksela w wirtualnej rzeczywistości, za którą nie stoi żadna trwała substancja. Przede wszystkim sam obywatel nie jest żadną trwałą substancją, jest tylko produktem systemu, wypadkową aktualnej konstelacji interesów partykularnych, które są koordynowane przez państwo. Jest pochodną całości, której w pełni zawdzięcza samego siebie. Tym samym „realne“ stają się tylko systemy, co zostało bardzo dobrze opisane przez Niklasa Luhmanna. Krótka notka z Wikipedii na temat jego teorii: „Niklas Luhmann poszerzył i rozbudował teorię systemów autopoietycznych, opierając ją o pojęcie komunikacji w społeczeństwie. (...) Warunkiem istnienia systemów, w tym systemów społecznych, jest różnica między systemem i otoczeniem. Trwanie systemu zależy od wykonywanych przez niego operacji. Serie operacji składają się na proces autopoesis, tj. proces samowytwarzania się systemów. Systemy trwają, ale także zmieniają się i znikają w procesie ewolucji. Procesy autopoesis to procesy komunikacji i analiza życia społecznego musi zaczynać się od refleksji nad ich warunkami możliwości. Komunikacja jest procesem odtwarzania się systemu poprzez produkcję operacji. Systemy autopoietyczne istnieją w czasie i dążą do przetrwania. Ewolucja to proces, w którym systemy podlegają selekcji ze względu na możliwość przetrwania“. Systemy, systemy, systemy... A gdzie się podziały jednostki? W państwie heglowskim jednostka traci kontrolę nad samą sobą, nie jest panią samej siebie. Jej sfera wolności zależy od aktualnej konstelacji stosunków panujących właśnie w systemie.
Jaką rolę aktualnie pełni w tym systemie demokracja? Ano całkiem kluczową. Demokracja daje jednostce SUBIEKTYWNE POCZUCIE tego, że ma cokolwiek do powiedzenia we własnej sprawie. Demokracja stwarza fikcję, że to jednostki rządzą swoim państwem, a nie państwo nimi!
Żeby ta fikcja działała, potrzebna jest odpowiednia propaganda. I to właśnie ta propaganda potrzebuje odwołań do totalitaryzmu, żeby na jego tle przedstawiać demokrację jako urzeczywistnienie indywidualnej wolności. Podczas zimnej wojny mieliśmy do czynienia z propagandą przeciwstawiającą demokratyczny „wolny Zachód“ totalitaryzmowi bloku wschodniego. Na tej samej ideologii zostały zbudowane powojenne Niemcy: pokonanie totalitaryzmu faszystowskiego i stworzenie demokratycznych Niemiec to horyzont myślowy współczesnych Niemców i generalnie wszystkich Europejczyków. Upadek Muru Berlińskiego, zjednoczenie Niemiec oraz ekspansja Unii Europejskiej na wschód, to kolejne składowe propagandy „uwalniania” Europejczyków od państwowego zamordyzmu. Symbolem walki o demokrację, czyli wolność, jest także niemiecka chadecja, z Adenauerem na czele, jak również fundacją noszącą jego nazwisko. Jednocześnie, skrzętnie pomija się milczeniem fakt, że to właśnie niemiecka demokracja podarowała światu Hitlera...
Krytyka demokracji z punktu widzenia katolickiej doktryny prawa naturalnego jest walką o prawdziwą wolność jednostek. To przede wszystkim krytyka totalnego państwa, które sukcesywnie rozszerza zakres swoich kompetencji. To również żądanie tego, by na temat demokracji dyskutować w sposób nie ideologiczny, tylko czysto funkcjonalny. Należy w końcu zaprzestać bezkrytycznego powtarzania za Winstonem Churchillem, który twierdził, że demokracja wprawdzie nie jest doskonałym systemem politycznym, lecz musimy ją stosować, bo nikt jeszcze nic lepszego nie wymyślił. A niby dlaczego? Najwyższy czas, żeby rozpocząć sensowną debatę na temat tego, który ustrój współcześnie byłby najbardziej funkcjonalny. Problematyka zakresu kompetencji państwa jest ściśle powiązana z kwestią jego ustroju, ale ostatecznie są to dwie różne kwestie: Niestety, w tej chwili mało kto je rozróżnia. Monarchia, czy technokracja, której przyznane zostanie minimum kompetencji, nigdy nie będzie większym zagrożeniem dla indywidualnej wolności niż demokracja, która decyduje o życiu i śmierci swoich obywateli (aborcja, eutanazja).
Alternatywny do heglowskiego modelu oferuje tomistyczna tradycja filozoficzna. Zgodnie z tomizmem, każda jednostka jest wolna i racjonalna, a przez to odpowiedzialna za samą siebie. Celem wychowania jest właśnie uzdolnienie jej do autonomicznego posługiwania się swoim rozumem i wolną wolą. Podstawą jej działań powinno być rozumienie otaczającej rzeczywistości. Heglowski piksel natomiast jest tylko częścią luhmannowskiego systemu, który nie rozumie tego, co robi, bo jak system może coś rozumieć? System może co najwyżej działać. Jeszcze.
Na zakończenie chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Współcześnie przyjmuje się, że ograniczeniem władzy państwowej są prawa człowieka. Cóż, tyle, że – jak to słusznie podkreślają prof. Wielomski oraz dr Bała w ich wspólnej monografii – prawa człowieka stanowią część prawa pozytywnego... To państwo interpretuje, co jest zgodne, a co nie z godnością jednostki ludzkiej, leżącej u podstaw współczesnych koncepcji praw człowieka. Może lewacy czują się w ten sposób zabezpieczeni przed zakusami państwa, ja natomiast nie. Ale cóż, lewacy w końcu powoli zapominają, że nie tylko hitlerowski faszyzm stworzył totalitarne państwo, lecz także lewicowy komunizm. Nazwać kogoś faszystą, to współcześnie poważny zarzut. Nazwać kogoś komunistą, to niemal zaszczyt. Lewica zapomniała, że hitlerowski faszyzm został stworzony przez narodowy SOCJALIZM. No cóż, to byli tylko źli „naziści“... Współczesna – tym razem demokratyczna – lewica nie rozumie, że stanowi kolejny etap dialektycznego procesu, który prowadzi do faktycznego unicestwienia jednostki jako wolnego i rozumnego podmiotu. A tym samym prowadzi do totalnego zniszczenia indywidualnej wolności.
Magdalena Ziętek
[aw]