Dyskusje na temat Niemiec, prowadzone w Polsce, charakteryzują się skrajnością przyjmowanych stanowisk. Z jednej strony mamy do czynienia z zupełnie bezkrytyczną germanofilią, z drugiej zaś, agresywną antyniemieckością. Jakakolwiek merytoryczna debata na temat Niemiec staje się przez to niemożliwa.
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest presja politycznej poprawności. W jej efekcie, dyskusja na temat Niemiec coraz bardziej upodabnia się do dyskusji na temat Żydów: jakakolwiek krytyka traktowana jest jako przejaw wrogości. Tłumienie merytorycznych dyskusji poprzez stygmatyzowanie krytyków jako „antyniemieckich“ wydaje się być blisko powiązane z analogicznymi praktykami w przypadku dyskusji na temat Żydów. Krytyka pod adresem tych ostatnich uciszana jest poprzez przypominanie Holokaustu. Natomiast w przypadku Niemców: poprzez odwoływanie się do rzekomego rozliczenia się Niemców właśnie z Holokaustu... Tym samym, sprawa rozliczenia się Niemców ze swoją własną historią uważana jest przez nich samych za zamkniętą. Od Polski oczekiwane jest nieporuszanie jakichkolwiek drażliwych tematów, co ma być podstawą polsko-niemieckiego pojednania. Krytykowanie Niemiec traktowane jest po pierwsze jako brak dobrej woli, po drugie, jako przejaw polskiego nacjonalizmu, po trzecie wyraz antyniemieckości.
Przyklejanie etykietki „antyniemieckości“ dotyczy także mojej osoby. Tak, moje teksty są bardzo krytycznie w stosunku do Niemiec. Ale to nie znaczy, że są antyniemieckie. Antyniemieckość, tak jak antysemityzm (tzn. prawdziwy antysemityzm, a nie ten urojony), jest dla mnie postawą zupełnie nieracjonalną. Każda postawa, której racją bytu jest tylko jakieś “anty“, pozbawiona jest jakiegokolwiek pierwiastka racjonalności.
W swoich tekstach próbuję pokazać rozbieżność między rzeczywistością a mitami dotyczącymi zarówno niemieckiej historii, jak i aktualnych działań politycznych. Mitami, w które uwierzyli nie tylko sami Niemcy, lecz także Polacy. Jedną z podstawowych cnót działań politycznych jest realizm. Fałszywa ocena sytuacji, w której znajduje się działający, może mieć dla niego fatalne skutki. Jak ludzkość stara, jedną ze strategii prowadzenia wojen było i jest wprowadzanie przeciwnika w błąd. Najdoskonalszym zaś sposobem pokonania przeciwnika jest wmówienie mu, że żadnej wojny nie ma... W przypadku stosunków polsko-niemieckich to właśnie retoryka jednania się oraz jednoczenia w ramach UE ma wywołać w Polakach poczucie, że wszystko jest cacy. A przez to uśpić naszą czujność.
Niemcy potrafią bronić swoich interesów, nie da się temu zaprzeczyć. Każdy kraj powinien bronić swoich interesów, Polska także. A żeby móc ich bronić, trzeba najpierw je zdefiniować. Największy dramat polskiej polityki zagranicznej polega właśnie na tym, że Polska nie definiuje swoich interesów samodzielnie. W dużej mierze definiują je za nas inni, w tym także Niemcy, które zrobiły wszystko, żeby wepchać nas do europejskiego kołchozu.
Niemcy są krajem, który bardzo skutecznie potrafi walczyć o swoje interesy. Dobrze rozumiem zachwyt dra Bały w stosunku do Prus: ten sukces może budzić fascynację, jak również zazdrość. Jednak jako katolicka konserwatystka nie mogę aprobować ideologii, która skrajny egoizm podnosi do rangi najwyższej zasady etycznej. Tak jak pisałam, Machiavelli widział jeszcze różnicę między moralnością a polityczną koniecznością, natomiast Hegel prawo silniejszego uczynił właśnie moralnością. A to budzi mój sprzeciw.
Niemcy mają swój plan, i konsekwentnie go realizują. A my po prostu działamy zgodnie z tym planem... Nie rozumiemy go, możemy więc tylko reagować na posunięcia innych.
Podstawowym kryterium suwerenności państwowej jest dla mnie to, czy państwo ma swój własny plan działania i czy może go samodzielnie realizować. Myśl tę najlepiej oddaje zestawienie dwóch słów w języku niemieckim: agieren (działać) i reagieren (reagować). Agieren (działać) zakłada aktywne kształtowanie priorytetów, celów oraz strategii własnego działania. Reagieren jest tylko biernym reagowaniem na działanie innych. Bierność może być łatwo wykorzystana przez innego, gdyż ułatwia przewidzenie reakcji przeciwnika.
Moim zdaniem, Polska nie jest krajem suwerennym. Na arenie międzynarodowej Polska nie działa jako podmiot, który w sposób aktywny dba o swoje własne interesy. My tylko reagujemy na działania innych, a przez to jesteśmy dla nich w pełni przewidywalni. Nie stawiamy żadnego oporu, nie zaskakujemy, nie zmuszamy innych do ustępstw. Nasze reakcje oscylują między skrajną służalczością i skrajną wrogością, z którą wybuchamy, kiedy poczujemy się zlekceważeni. Z jednej strony wierzymy w jakąś przedustawną harmonię interesów i wyobrażamy sobie, że interesy wszystkich państw są zbieżne. Że rząd w Berlinie za każdym razem będzie zastanawiał się nad tym, co jest dobre dla Polski. Że Putin przed pójściem spać będzie robić rachunek sumienia z tego, czy jego decyzje polityczne nie są krzywdzące dla Polaków. Te wyobrażenia wprowadzają nas w stan słodkiej bezczynności. I nagle, kiedy zostaniemy skonfrontowani z posunięciem Berlina czy Moskwy, które naruszają nasze interesy, reagujemy moralnym oburzeniem! I co gorsza, swoją przegraną tłumaczymy ostatecznie tym, że musimy cierpieć, bo jesteśmy mesjaszem narodów...
Polskiej polityce zagranicznej brakuje zdrowego balansu: albo ulegamy we wszystkim innym, albo właśnie wybuchamy gniewem dziecka, które poczuło się niedocenione.
Myśląc o Polakach, często mam przez oczami obraz małpki, która za wszelką chce się przypodobać innym. Poskacze, powygłupia się, „poprzymila“, po to, żeby ktoś ją pogłaskał po główce i powiedział: dobra małpka. Mamy skłonność do żebrania o uznanie innych, co w efekcie może tylko budzić litość. Żeby budzić szacunek, trzeba znać swoją wartość, trzeba szanować samego siebie, i trzeba tego szacunku wymagać od innych.
Polacy mają mentalność postkolonialną. Jesteśmy psychicznie ciągle zależni od Niemiec czy Rosji, i właśnie ta psychiczna zależność pcha nas w ramiona obu tych państw. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nie mamy wpływu na nasz los, że to inni decydują o nas, że nie mamy głosu we własnej sprawie. Gdzieś podskórnie oczekujemy, że to inni powinni dbać o nasze interesy. Nie potrafimy czuć się gospodarzem w swoim własnym kraju. Zachowujemy się jak ktoś, kto w dzieciństwie nie został nauczony wyrażania swoich potrzeb, jak również bezkonfliktowego domagania się szanowania tych potrzeb ze strony innych.
W swoich tekstach krytykuję Niemcy, m.in. ze względu na realizowaną przez nie politykę dotyczącą Polski. Główne wytyczne tej polityki są zupełnie jasne. Chodzi o pozbawienie Polski własnej narodowej pamięci i tożsamości oraz całkowite uzależnienie nas od Unii Europejskiej i Niemiec. Uzależnienie to ma być zrealizowane na wielu płaszczyznach: ideowej, politycznej i gospodarczej. Po to, żeby zrealizować te cele, Niemcy powoli przejmują kontrolę nad polską klasą polityczną, i za pomocą jej przedstawicieli administrują Polską. Wszystko to skrzętnie skrywane jest za błyszczącą fasadą retoryki polsko-niemieckiego jednania oraz europejskiego jednoczenia się.
Jedną ze strategii niszczenia Polski jest antypolska propaganda, która ma budzić w nas poczucie niższości, jak również propaganda proniemiecka, która Niemców traktuje prawie jako cud natury. Między innymi demistyfikacji tej propagandy poświęcone są moje teksty.
Wielu Polaków, łącznie z tymi, którzy uważają się za realistów politycznych, nie rozumie, że jednym z elementów prowadzenia wojny jest dezinformacja. Współcześnie, przynajmniej w naszej części globu, nie prowadzi się wojen środkami militarnymi. Wojny toczone są na płaszczyźnie psychologiczno-ideowej. Ideologia politycznej poprawności zakazuje twierdzeń o tym, że państwa znajdują się w stanie wojny. W tym opinii, że dotyczy to Polski i Niemiec. Zgodnie z tą ideologią, wszyscy przecież jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. A ten, kto w to uwierzy, z góry skazany jest na przegraną. Bynajmniej nie należy popadać w drugą skrajność. Nie zamierzam uprawiać apoteozy militaryzmu, jak to właśnie miało miejsce w Prusach. Jako katolicka konserwatystka, jestem przeciwko ideologicznemu militaryzmowi. Chodzi mi po prostu o umiejętność skutecznej samoobrony.
Wracając do Niemiec. Niemcy są państwem, które w sposób aktywny kształtują swoją polską politykę. W przeciwieństwie do nas Polaków. My nie prowadzimy żadnej aktywnej polityki niemieckiej. Cóż, jeśli w Polsce nie ma ŻADNEJ merytorycznej dyskusji na temat tego, jak powinna wyglądać taka polityka, nie może też być inaczej. Charakteryzuje nas całkowita pasywność i bierność. Życzyłabym sobie, żeby polska klasa polityczna przypatrzyła się temu, jak działają Niemcy. Podstawą niemieckich decyzji politycznych są ekspertyzy, wypracowywane w licznych ośrodkach naukowych, wspólne posiedzenia z przedstawicielami przemysłu, informacje pozyskane przez pracowników niemieckich fundacji działających w Polsce, itp.
Jednocześnie jednak, jako katolicka konserwatystka chciałabym, żeby Polska naśladowała Niemców tylko w tym, w czym Niemcy są godni naśladowania. Chciałabym, żeby Polska wypracowała taki model skutecznego działania, który jednocześnie nie byłby sprzeczny z etyką katolicką. Czy to możliwe? Myślę, że tak. Trudne, ale możliwe. Nie chciałabym, żeby Polska szła pruską drogą, i dlatego napisałam polemikę z tekstem dra Bały. Skuteczność tak, ale skrajny amoralizm- nie. Moje obiekcje w stosunku do Machiavelizmu są po pierwsze natury moralnej: zgodnie z katolicyzmem, każdy człowiek odpowie za swoje uczynki przed Bogiem. Po drugie, wynikają one z kwestii czysto pragmatycznej: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Nie chcę żyć w państwie, które działa w sposób skrajnie szowinistyczny i agresywny w stosunku do innych, co charakteryzowało właśnie Prusy. Ale jednocześnie chciałabym żyć w państwie, które potrafi być skuteczne w podejmowanych przez siebie działaniach.
Nie ma skuteczności bez planowania. A samego planowania nie ma bez odpowiedniej refleksji na temat własnych celów, możliwości, jak również działań przeciwnika. Skrajnie germanofilska retoryka jednania się czyni taką refleksję niemożliwą. Tak samo jak straszenie Polaków Niemcami, forsowane przez niektóre ośrodki prawicowe. Lęk paraliżuje, co także uniemożliwia taką racjonalną refleksję. Romantyczny katastrofizm także jest bardzo na rękę niemieckim strategom.
Polacy żyją w stanie radosnej beztroski. Nie mamy potrzeby dbania o swoje własne interesy. Nie analizujemy posunięć innych, nie opracowujemy żadnych strategii, działamy kompletnie bez planu. Czujemy się zwolnieni z odpowiedzialności za samych siebie.
Postawę tę ostro napiętnował Gałczyński w „Dymiącym piecyku“:
Dymiący piecyk
Występują:
Chór Polaków
Dymiący piecyk
Osiołek Porfirion
i Dzwony
Chór Polaków
(basem, wierszem)
My tu od wieków stoimy,
a ten piecyk ciągle dymi.
Czy to w lecie, czy też w zimie
piecyk dymi, piecyk dymi,
ach, geopolitycznymi
racjami jesteśmy wyni*szczeni
Dymiący piecyk
O, biedny, biedny jam piecyk,
od wieków te same rzecy.
Od tej ściany do tej ściany
cały piec zaczarowany,
więc czy to w lecie, czy w zimie
dymem natrętnym dymię
i nic się, ach, nic nie zmienia,
a ci Polacy modlą się i grają Szopena,
och!
Chór Polaków
Cudu! Cudu!
„Jak jarmużu bedłki“, (?)
tak cudu pragnie lud!.
Osiołek Porfirion
(z narzędziami)
Nic nie rozumiem. Nie ponimaju. I do not understand.
(Wynosi popiół, czyści rury, czyli wykonuje kilka prostych czynności zduńskich)
Piecyk
(przestaje dymić)
Chór Polaków
(natychmiast z radości pogrąża się w pijaństwo i dzwoni w dzwony)
Dzwony
Bum-buum tedeum!
Chór Polaków
(konkluzja)
Nasz piecyk cudem zreperowany,
lecz Osiołek Porfirion to gość podejrzany.
(biją Porfiriona)
Brutalne, ale chyba dość sprawiedliwe.
Poprzez moją publicystykę chciałabym zwrócić uwagę na to, że interesy Niemiec są w dużej mierze sprzeczne z naszymi własnymi interesami. W ten sposób pragnę wywołać racjonalną debatę na temat naszej polityki wobec Niemiec. Chciałabym także wywołać dyskusję na temat możliwości pogodzenia skuteczności z etyką katolicką.
Na zakończenie jeszcze raz podkreślę, iż nie życzę sobie, żeby bezpodstawnie przyklejano mi etykietkę antyniemieckości. Jeśli ktoś nie zgadza się z moimi diagnozami, niech przedstawi alternatywną interpretację spraw, o których piszę. Tylko w ten sposób będzie można stworzyć merytoryczną debatę na temat Niemiec. Takiej debaty Polska pilnie potrzebuje.
Magdalena Ziętek
[aw]