To cytat z listu prof. Andrzeja Romanowskiego do redakcji
„Tygodnika Powszechnego”, w którym informował o zakończeniu współpracy z
tym pismem. W wydanej właśnie książce, będącej zbiorem publikacji z
lat ostatnich, Romanowski dokonuje swojego rozrachunku ze swoim własnym
środowiskiem ideowym, czyli z „Tygodnikiem Powszechnym” i Unią Wolności,
a szerzej z establishmentem III RP. Jest to rozrachunek gorzki. Ta
książka jest głosem protestu, manifestem przeciwko temu, co się w Polsce
dzieje.
Autor tej książki wywodzi się ze środowiska, które było odległe od
tradycji narodowej, a nawet jej wrogie. Co prawda Andrzej Romanowski
miał przez krótki czas związek z Ruchem Młodej Polski (RMP), ale jego
macierzyste środowisko to „Tygodnik Powszechny”, a po 1990 roku także
ROAD, UD i UW. Dzisiaj jest redaktorem naczelnym Polskiego Słownika
Biograficznego (pierwszym redaktorem był prof. Władysław Konopczyński).
Polityką już się nie zajmuje, odszedł od niej świadomie, tak samo jak
pożegnał się z „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest – jakby można powiedzieć –
na marginesie głównego nurtu, ale nie jest to do końca ścisłe.
Romanowski bowiem nie milczy, pisze artykuły, pamflety i ostre repliki.
Jest niczym wyrzut sumienia dla środowiska i nurtu, z którym kiedyś
utożsamiał się bez reszty. Zbliżył się do takich wybitnych naukowców i
publicystów, jak prof. Andrzej Walicki, prof. Bronisław Łagowski, czy
Marcin Król. To jest w tej chwili swego rodzaju szkoła krakowska bis,
nawiązująca do tamtej z XIX wieku, do Szujskiego, Bobrzyńskiego,
Kalinki, ale i do Dmowskiego. Ci wybitni myśliciele są jawnie
lekceważeni przez media, establishment polityczny i przez własne
środowisko. Dlaczego? Bo piszą rzeczy niepopularne, bo mówią, że w
naszym życiu politycznym i intelektualnym zalęgło się wariactwo, cynizm,
brak poszanowania dla historii i zwyczajne prostactwo. Bo piszą, że IPN
wcale nie jest instytucją pielęgnującą pamięć narodową, tylko czymś w
rodzaju policji pamięci, zajmującą się „fałszowaniem historii”
(Łagowski), Instytutem Polowania Narodowego (Romanowski).
Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, bo – paradoksalnie –
zgadzam się z autorem w 80 procentach. Ktoś powie – jak to jest możliwe?
Ano jest, bo także my, na łamach „Myśli Polskiej”, staramy się od lat
nie ulegać nowym modom, nowym wersjom polskiej historii, bo my także
mamy na własnym podwórku ten sam problem – pojawianiem się całej masy
radykałów, rewolucjonistów ostatniej godziny, stawiających na ławie
oskarżonych dawnych działaczy narodowych, sprowadzających dzieje
wielkiego obozu Narodowej Demokracji do powojennej partyzantki, kryjącej
się pod terminem „żołnierze wyklęci”. Tak oto z Romanowskim łączy nas
sprzeciw wobec prostackiej, czarno-białej wizji najnowszych dziejów
Polski, sprzeciw wobec prób zakrzyczenia głosu rozsądku. I to jest już
bardzo wiele.
Romanowski jest ostry w swoich sądach, bo jego rozczarowanie tym
czego dokonała Solidarność po 1990 roku jest wielkie. Nie tylko zresztą
Solidarność, ale także jego rodzime środowisko – „Tygodnik Powszechny”. Z
pisma umiaru i rozsądku przekształciło się w organ lustracyjny, płynący
z głównym nurtem „wariactwa”. Autor pisze: „Bakcyl autodestrukcji jest
niewątpliwie wmontowany w nasze państwo. Można rzec nawet: to, co było
siłą III RP – antykomunizm i katolicyzm – stało się z czasem jej
słabością i przekleństwem. Bo przecież antykomunizm wyrodził się w
programy dekomunizacji, dezubekizacji i lustracji (…) Dziś w
enuncjacjach PiS słychać nie tylko dawne szlacheckie pieniactwo. Słychać
kalki, czasem wręcz cytaty mowy PRL-owskiej, nawet te w rodzaju
„odrąbywania rąk”. I słychać też ton nihilizmu, a wreszcie i ślepy kult
władzy, najlepiej silnej. Jakby dopiero teraz, po stuleciach niewoli,
uwidocznił się w nas naprawdę stygmat wschodu”.
PiS to radykalna odmiana tej ideologii destrukcji, ale PiS nie mógłby
rozwinąć skrzydeł, gdyby nie „pomoc” innych sił, z pozoru bardziej
umiarkowanych. I tu Romanowski wskazuje na kardynalne błędy własnego
środowiska. IPN to nie był pomysł PiS-u, które w czasie tworzenia ustawy
nie liczyło się jeszcze. IPN to dziecko AWS i UW. Autor nie zgadza się z
tym, że w okresie prezesury Leona Kieresa było dobrze, dopiero potem
stało się źle. Nie, „spirala wariactwa” zaczęła się kręcić już wtedy, bo
sama ustawa jest złem samym w sobie, jest sprzeczna z Konstytucją i
porządkiem prawnym. „Lustracja” o. Konrada Hejmo, która wstrząsnęła
Romanowskim miała miejsce w czasie prezesowania Leona Kieresa,
zachwyceni nią byli i „Tygodnik Powszechny”, i abp Józef Życiński. Winny
jest także Kościół, który nigdy nie zdobył się na protest, aż doczekał
się afery z abp. Stanisławem Wielgusem i innymi duchownymi. Winne są też
media, które z lustracji uczyniły krwawe igrzyska, w których ofiara nie
ma żadnych szans.
Drugą katastrofą, obok lustracji, jest kreowanie tzw. polityki
historycznej, będącej niczym innym tylko prymitywną propagandą w
najgorszym stylu. W istocie IPN zajmuje się nie utrwalaniem pamięci
narodowej, ale amputowaniem całych wielkich fragmentów naszych dziejów.
„Milczy się tu na ogół o tradycji socjalistycznej, zaś tradycję
nacjonalistyczną poddaje się takiemu zamuleniu, że gubią się w niej
wszystkie sensy. Cóż więc stąd, że myśl Narodowej Demokracji (podobnie
jak na przykład myśl konserwatywna) zasługuje na rewaloryzację? Cóż
stąd, że tego właśnie dokonywano w III RP? Dziś o rewaloryzacji nie ma
jednak mowy – w naszym życiu dominują wyświechtane formułki, odarte ze
znaczeń. Dominują też wspomniane niekonkretność i mglistość,
umożliwiające rozmaitą interpretację” – pisze autor. Zwracam uwagę
czytelników na fragment o Narodowej Demokracji. Zgadzam się z nim
całkowicie – dzieje ND ulegają „zamuleniu”, o czym już pisałem. Istota
myśli narodowej, jej dziedzictwo jest poddawane drastycznej obróbce, po
której zostaje już tylko Brygada Świętokrzyska NSZ i inne oddziały
leśne. Wszystko podporządkowane jest idei totalnego antykomunizmu (w
istocie zaś antypeerelizmu).
Romanowski upomina się kilka razy o pamięć o Dmowskim jako polityku
wielkiej miary, realiście i myślicielu politycznym. Przypomina, że to
właśnie myśl Dmowskiego była inspiracją dla najbardziej przez niego
cenionego polityka związanego z „Tygodnikiem Powszechnym” i ZNAKIEM –
Stanisława Stommy. Dlatego oburza się (słusznie), że obecnie
przeciwstawia się zasługi „leśnych” takim ludziom jak Stomma, pisząc o
nim, że był „pożytecznym idiotą”. Tymczasem: „Znacznie więcej od
„leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali
niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu,
jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali
uczciwe artykuły w (nielicznych wprawdzie) czasopismach. Pamiętam z
dzieciństwa i młodości wielu takich ludzi – to oni kształtowali moje
pokolenie, to oni zostawili w Polsce posiew ideowy, który z czasem
rozwinął się w Solidarność. Bo czy naprawdę trzeba przypominać, że
Solidarność świadomie z walki zbrojnej rezygnowała? Wszak narodziła się
ona z inicjatyw legalnych i półlegalnych, z Klubów Inteligencji
Katolickiej i z rewizjonistów PZPR… jednak na pewno nie z „podziemia
niepodległościowego”, nie z walki zbrojnej! Ale ta PRL-owska „praca
organiczna” już IPN-u nie interesuje”.
W tym dziele budowania niepodległości (ducha) zasługi mają nie tylko
środowiska wymienione przez autora. W tym fragmencie nie godzę się na
takie ograniczanie „zasłużonych”. Autor jest pod wyraźnym wpływem
czarnej legendy Bolesława Piaseckiego i PAX-u, nie jest skłonny do
bardziej wyważonych ocen. A przecież to także PAX ma ogromne zasługi w
tym dziele, o którym pisze. Oba środowiska w okresie po 1945 roku ze
sobą rywalizowały, ale tak naprawdę „jechały na tym samym wózku”, co
obecnie widać bardziej niż kiedykolwiek. „Tygodnik Powszechny” budował
swój image niejako kosztem PAX-u, mówił: „my jesteśmy dobrzy, oni są
źli”. Radykałowie, tacy jak Roman Graczyk, autor „demaskatorskiej”
książki „SB wobec „Tygodnika Powszechnego”, zepchnęli jednak środowisko
Stommy i Kisielewskiego w te same rejony, w których od lat znajduje się
PAX i Piasecki. Mam nadzieję na dyskurs w tej sprawie z samym prof.
Romanowskim, którego miałem przyjemność i zaszczyt poznać osobiście nie
tak dawno.
Wracajmy jednak do IPN-u. W opinii autora jedynym co można zrobić, to
rozwiązać tę instytucję, zastąpić ją Instytutem Badania Najnowszej
Historii Polski, a dokumenty przekazać do Archiwum Akt Nowych. I dalej:
„Natomiast Biuro Edukacji Publicznej, z którego zawsze płynęła mniejsza
(za Kieresa) lub większa (za Kurtyki) manipulacja historią, należy bez
wątpienia rozwiązać”. Wreszcie wniosek końcowy: „Pewne jest jedno: IPN
musi zniknąć. Instytucja ta będzie nas teraz łudziła kolejnymi książkami
i udowadniała, jak bardzo jest potrzebna. Nie, nie jest. Jest nie do
utrzymania w państwie demokratycznym. Jest nie do pogodzenia z
porządkiem chrześcijańskim. Badanie histrioni najnowszej trzeba zacząć w
Polsce od nowa”. Mocno powiedziane.
W tym miejscu nasuwa mi się jedna uwaga. Problem nie tkwi jedynie w
fatalnej ustawie i samej instytucji. Te błędy nie narodziły się z
niczego – są one wynikiem dominacji w elitach solidarnościowej pewnego
typu mentalności, owego „bakcyla autodestrukcji”, jak określił to autor.
I to jest główny dzisiaj problem. IPN można nawet zreformować,
„poprawić”, pchnąć go na prawidłowe tory. Ale jak walczyć z chorą
mentalnością? Z nowym (starym) patriotyzmem naznaczonym irracjonalnością
i mistycyzmem. Autor tak go określa: „Na ogół w miejsce różnorodnej
tradycji – historycznej, kulturowej, politycznej – weszła już
ostatecznie mistyka krwi, męczeństwa i ofiary, symbolika wiecznego
powrotu do polskiej Golgoty: Katynia. Ten nasz obecny patriotyzm,
ostatecznie już skodyfikowany, krwią opieczętowany, w podziemiach
wawelskich złożony – został zaakceptowany choćby w tym tylko sensie, że w
tradycji polskiej nie mieści się przesuwanie trumien. Można więc rzec:
na takie przeżywanie patriotyzmu zostaliśmy skazani. Ale nie wolno
milczeć, gdy widzi się, jak bardzo jest to groźne. I nie tylko dlatego,
że jest irracjonalne”.
Książkę prof. Andrzeja Romanowskiego uznać należy za jeden z
ważniejszych głosów na temat naszej współczesności, jaka ukazała się w
latach ostatnich. Nie ma znaczenia to, że w kilku punktach budzi ona
chęć polemiki. To nie ma jednak zasadniczego znaczenia, bo są to w
chwili obecnej kwestie jednak drugorzędne. Ważniejsze i bardziej
niepokojące jest coś innego – tak ważny głos nie został w ogóle
zauważony przez media, przez tzw. ośrodki opiniotwórcze. Jedyna, do tej
pory, duża recenzja ukazała się w „Przeglądzie”, a jej autorem był prof.
Andrzej Walicki. To świadczy o jednym – świat polityczny i medialny III
RP nie jest przygotowany na poważną dyskusję o nas samych.
Jan Engelgard
Andrzej Romanowski, „Wielkość i upadek >Tygodnika Powszechnego< oraz inne szkice”, Universitas, Kraków 2011, ss. 308.
Myśl Polska, nr 7-8 (12-19.02.2012)
Za: http://sol.myslpolska.pl/2012/02/ipn-stal-sie-wazniejszy-od-chrystusa/
a.me.