Kilkanaście tygodni temu w mass mediach ukazała się
informacja, że grupa niemieckich neonazistów zamordowała obywateli
pochodzących z Turcji i jednego Greka będących na terenie Niemiec.
Jednakże najciekawsza w tej sprawie jest kwestia wiedzy jaką zdaniem
mediów posiadał na temat działalności morderców Bundesamt fur Verfassungsschutz (BfV)
– Urząd Ochrony Konstytucji, czyli niemiecki kontrwywiad. Nad
niemieckimi służbami specjalnymi znowu pojawiły się demony przeszłości,
bowiem nie jest tajemnicą, że po II wojnie światowej do tych służb
przyjmowano ludzi zaangażowanych w hitleryzm.
BfV jest niemiecką służbą kontrwywiadowczą wzorowaną na brytyjskiej Security Service (MI 5).
Utworzono ją na mocy ustawy z dnia 27 września 1950 roku o „współpracy
federacji i krajów w sprawach ochrony konstytucji” i rozporządzeniu
rządu Niemiec Zachodnich z 7 listopada 1950 r. o powołaniu BfV. Zadaniem BfV
jest zbieranie i analiza wszelkich informacji oraz danych wskazujących
na zamiary likwidacji, zmiany lub szkodzenie konstytucyjnemu porządkowi w
Niemczech, czyli ochrona ustroju państwa, jego struktur i organów. BfV zwalcza obce siatki wywiadowcze i szkodliwe wpływy polityczne.
W sprawie morderstw na obywatelach pochodzących z Turcji wiele pytań
wciąż pozostaje otwartych i wymaga odpowiedzi, jednakże na podstawie
dostępnych informacji można pokrótce odtworzyć działalność grupy
neonazistów i dwuznaczną rolę niemieckiego kontrwywiadu w tej sprawie.
Neonaziści – pomiędzy policyjnym śledztwem a niemieckim kontrwywiadem
Serię okrutnych zbrodni popełnili pochodzący z Turyngii Uwe Böhnhardt
i Uwe Mundlos, których wspólniczką była Beate Zschäpe. Początkowo mieli
związki z organizacją o nazwie „Thüringer Heimatschutz” (Turyngeńska
Ochrona Ojczyzny), należeli też do brunatnej „Wspólnoty Towarzyszy Jena”
(Kameradschaft Jena). Gromadzili materiały wybuchowe. W 1998
r. policja zamierzała ich aresztować, jednak wszyscy zniknęli bez śladu.
Nie można wykluczyć, że zostali ostrzeżeni, bowiem wiadomo, że stojący
na czele Thüringer Heimatschutz Tino Brandt był agentem Urzędu Ochrony
Konstytucji – niemieckiego kontrwywiadu. Urząd Ochrony Konstytucji tropi
terrorystów i wrogów demokratycznego porządku prawnego. Ma rozbudowaną
strukturę – 16 urzędów w poszczególnych landach oraz instytucję
federalną w Karlsruhe. O wynikach dochodzeń może informować policję, ale
nie ma takiego obowiązku.
W latach 1994-2000 prezydentem turyngeńskiego Urzędu Ochrony
Konstytucji był Helmut Roewer, o którym mówiono, że osobiście prowadził
V-manów. W końcu został formalnie oskarżony o różne machinacje finansowe
i pozbawiony stanowiska. Czy Roewer i jego ówcześni współpracownicy
dysponują informacjami na temat ucieczki trójki terrorystów? Zdaniem
ekspertów, neonaziści w Jenie mają dobre kontakty ze służbami
specjalnymi. We wrześniu 2010 r. policja dostała informację, że w tzw.
brunatnym domu w Jenie, w którym spotykają się aktywiści NPD,
przechowywane są materiały wybuchowe, ale podczas rewizji niczego nie
znaleziono. Czy Urząd Ochrony Konstytucji ostrzegł swoich V-manów?
Trojga zbiegłych neonazistów nie udało się wytropić. Policja doszła
do wniosku, że uciekli za granicę, okazało się jednak, że zostali w
kraju. Utworzyli terrorystyczne ugrupowanie „Narodowosocjalistyczne
Podziemie” (Nationalsozialistischer Untergrund). Pieniądze na
działalność zdobywali, napadając na banki. Władze uważają, że do
listopada 2011 r. obrabowali 14 banków, zagarniając 70 tys. euro.
Dokonali serii zamachów bombowych, nie wiadomo dokładnie ilu. Z
pewnością zdetonowali bombę w Kolonii w 2004 r. Zostały wtedy ranne 22
osoby, przeważnie tureckiego pochodzenia. Terroryści bezlitośnie
mordowali imigrantów. Strzelali im w głowę z pistoletu z tłumikiem typu Ceska 83.
Czeski producent sprzedał (w Szwajcarii) tylko 24 sztuki tej broni. Nie
wiadomo, w jaki sposób sprawcy zdobyli pistolet. Pierwszą ofiarą był
38-letni Enver S., sprzedający kwiaty z samochodu przy drodze w
Norymberdze-Langwasser, zabity 9 września 2000 r. 13 czerwca 2001 r.
zbrodniarze zastrzelili w Norymberdze-Steinbühl 49-letniego krawca
Abdurrahima Ö. 25 lutego 2004 r. 25-letni Yunus T. został zamordowany
przy budce z kebabem w Rostocku. Neonaziści urządzili prawdziwe
polowanie na ludzi. Ogółem zamordowali ośmiu mężczyzn pochodzenia
tureckiego oraz Greka. Jako ostatni śmierć poniósł 21-letni Halit Y.,
zastrzelony w kwietniu 2006 r. w kawiarni internetowej w Kassel.
Jedną z najbardziej zastanawiających kwestii jest fakt, że policja
nie dostrzegła politycznych motywów tych zabójstw. Sprawców szukano w
otoczeniu ofiar czy wśród tureckiej mafii, mówiono ogólnie o „kebabowych
morderstwach”. 25 kwietnia 2007 r. w Heilbronnie neonaziści zastrzelili
siedzącą w samochodzie młodą policjantkę Michèle Kiesewetter. Inny
policjant został ciężko ranny w głowę i cudem przeżył. Sprawcy zabrali
funkcjonariuszom pistolety Heckler & Koch P 200, kajdanki i pojemnik z gazem pieprzowym jako trofea.
Policja dowiedziała się o istnieniu „Narodowosocjalistycznego
Podziemia” dopiero 4 listopada 2004 r. Wtedy Uwe Böhnhardt i Uwe
Mundlos, otoczeni przez policję po napadzie na bank w Eisenach,
popełnili samobójstwo w samochodzie kempingowym, który przedtem
podpalili. Beate Zschäpe podpaliła i wysadziła w powietrze swoje
mieszkanie w Zwickau, cztery dni później oddała się w ręce policji. W
zgliszczach w Zwickau znaleziono narzędzie zbrodni – pistolet Ceska,
a we wraku samochodu w Eisenach broń odebraną policjantom w
Heilbronnie. Terroryści zostawili też nagrany film na DVD, w którym
chełpili się zbrodniami, posługując się postacią Różowej Pantery z
filmów rysunkowych; wyszydzali też bezradną policję i ofiary. Policjanci
znaleźli listę instytucji i osób, które zapewne miały zostać
zaatakowane. Nie można wykluczyć, że trójka neonazistów to tylko
wierzchołek góry lodowej i byli wspomagani przez jakąś silniejszą i
lepiej zorganizowaną organizację. Wiadomo, iż mordercy mieli wspólników w
kręgach neonazistów, którzy zaopatrywali ich w pieniądze i fałszywe
dokumenty oraz udostępniali mieszkania. Jeden z podejrzanych, pochodzący
z Dolnej Saksonii, został aresztowany.
Dlatego musi zastanawiać, że neonaziści mogli uprawiać swój proceder
aż tak długo, i to w Niemczech, których sprawna policja szczyci się tym,
że wyjaśnia ponad 97 proc. wszystkich morderstw. Przewodniczący Związku
Niemieckich Urzędników Kryminalistyki André Schulz twierdzi: „Jako
kryminolog nie mogę uwierzyć, że ci ludzie działali przez 13 lat i nikt
tego nie zauważył. Tak nieudolnie nie można przecież prowadzić
dochodzenia”. W Niemczech istnieją różne służby i organy śledcze,
policyjne, wywiadowcze na szczeblu federalnym i w krajach związkowych.
Do tej pory panowała opinia, że jeśli zawiedzie jedna instytucja, jej
błąd naprawi druga. W przypadku morderców z Turyngii tak się nie stało.
Siłą rzeczy pojawiły się podejrzenia, że być może niemieckie służby
specjalne miały jakieś układy z neonazistami. Według relacji prasowych, w
kawiarni internetowej w Kassel, w której umierał trafiony kulami w
głowę Halit Y., obecny był funkcjonariusz heskiego Urzędu Ochrony
Konstytucji (nie V-man, lecz pełnoprawny urzędnik państwowy). Część
prasy w Niemczech spekuluje, że ten człowiek ma neonazistowskie
sympatie. Mimo wezwań policji funkcjonariusz ten nie zgłosił się jako
świadek i został wytropiony dopiero dzięki analizie DNA, które zostawił
na klawiaturze komputerowej.
Sierotki po Hitlerze pod amerykańskim parasolem ochronnym
W kontekście niejasnej roli niemieckiego kontrwywiadu w sprawie
zabójstw na obywatelach pochodzących z Turcji warto przypomnieć, że od
pewnego czasu przez europejską prasę przetacza się fala artykułów
przypominających o tym, iż po II wojnie światowej podwaliny pod
niemieckie służby specjalne kładli tacy ludzie jak generał Reinhard
Gehlen czy Alfred Benzinger – były sierżant nazistowskiej policji.
Po upadku Hitlera zawiadujący wraz z pozostałymi Aliantami pokonanymi
Niemcami Waszyngton powierzył stworzenie nowego niemieckiego wywiadu
Reinhardowi Gehlenowi, generałowi Wehrmachtu, który w czasie wojny
kierował wywiadem wojskowym na Wschodzie. USA uznały, że doświadczony w
rozgrywkach z ZSRR generał może się przydać. W ramach Organizacji
Gehlena (Gehlen Organisation) jak nazywano poprzedniczkę BND (Bundesnachrichtendienst
– Federalnej Służby Wywiadowczej) powstała też tzw. Agencja 114 –
powołana do rozpracowywania radzieckich agentów na niemieckim
terytorium. – To właśnie ta komórka stała się furtką do służby w
wywiadzie dla byłych nazistów – powiedział „Spieglowi” były pracownik
BND, Hans-Henning Crome, który na zlecenie Gehlena prowadził wewnętrzne
śledztwo dotyczące nazistów w szeregach wywiadu.
Kiedy w 1945 roku Reinhard Gehlen przekazał USA mikrofilmy z tajnymi
danymi z archiwów radzieckich, otrzymał od amerykańskich władz
okupacyjnych zadanie utworzenia wywiadu niemieckiego. Wraz z zaufaną
grupą oficerów Gehlen organizował tak zwane „szczurze linie” – trasy,
którymi przerzucano do Ameryki Południowej i Środkowej zaopatrzonych w
fałszywe dokumenty zbrodniarzy III Rzeszy. Ponad pięć tysięcy nazistów
opuściło w ten sposób Europę i uniknęło procesów sądowych. Z pomocą CIA
Gehlen zbudował organizację, którą w 1956 roku przejęła Niemiecka
Republika Federalna jako Federalną Służbę Wywiadowczą (BND). Nic więc
dziwnego, że wśród jej członków było wielu byłych oficerów SS i członków
NSDAP, którzy brali udział w zbrodniach wojennych.
„Alianci przeszmuglowali przez granice pewną liczbę zbrodniarzy
wojennych, między innymi oficerów SS, których werbowano później do
działań wywiadowczych wymierzonych w Związek Sowiecki i jego satelitów” –
pisze Neal Bascomb w książce „Wytropić Eichmanna”. Dodaje, że obie
organizacje – CIA i BND – rekrutowały byłych agentów SS, Gestapo i
Abwehry, choć oficjalnie temu zaprzeczały. Ich szefowie, Reinhard Gehlen
i jego amerykański dobroczyńca Allen Dulles, koncentrowali swoje
wysiłki na walce z ZSRR.
Szefem Agencji 114 był Alfred Benzinger, znany jako „Grubas”. To
właśnie Benzinger zatrudniał byłych członków Gestapo, SS i SD, jak
Konrad Fiebig, oskarżony o mord 11 tys. białoruskich Żydów, czy Walter
Kurreck ze szwadronu śmierci SS Einsatzgruppe D,
odpowiedzialnego za dziesiątki tysięcy mordów. Według dokumentów CIA
Gehlen uznawał zatrudnianie byłych nazistów za „akceptowalne polityczne
ryzyko”. Adenauera najwyraźniej bać się nie musiał – według materiałów
CIA w 1956 roku niemiecki rząd już nie przejmował się „byłymi nazistami i
esesmanami”, a Gehlena łączyły ponadto dobre relacje z szefem sztabu
Adenauera, Hansem Globke. – Jeśli niemiecki rząd wykazywał ignorancję,
to dlatego, że nikt nie chciał wiedzieć – pisał w ubiegłym roku
„Spiegel”. I przypomniał, że szef wywiadu powiedział niegdyś CIA, że
jego agencja zatrudniała procentowo mniej byłych członków SS i SD, niż
większość ministerstw. Chodziło mu – podkreśla „Spiegel” – o
ministerstwa zachodnioniemieckiego rządu w Bonn.
Gdy zimna wojna podzieliła świat na dwa wrogie bloki, Niemcy
Zachodnie stały się sojusznikiem Zachodu. Trzeba było „zrehabilitować”
także niemiecką armię. Norbert Frei w książce „Polityka wobec
przeszłości. Początki Republiki Federalnej i przeszłość nazistowska”
przypomina głosy w obronie niemieckich wojskowych. Gdy w 1949 roku w
Hamburgu przed Trybunałem Wojskowym rozpoczął się proces feldmarszałka
Ericha von Mansteina, Winston Churchill demonstracyjnie ofiarował 25
funtów na jego obronę. Liczni oficerowie Wehrmachtu zajmowali
wysokie stanowiska nie tylko w odradzającej się Bundeswehrze, ale także w
Narodowej Armii Ludowej NRD (niemal co drugi oficer wojskowego wywiadu
był wyszkolony przez Abwehrę).
Funkcjonariuszem
NSDAP był co trzeci członek gabinetu kanclerza Konrada Adenauera, co
czwarty poseł w Bundestagu oraz wielu pracowników służby cywilnej i
sądownictwa. Dyrektorem kancelarii kanclerza Niemiec został zbrodniarz
wojenny Hans Globke, współautor komentarza do ustaw norymberskich. W
roku 1951 niemieckie ministerstwo spraw zagranicznych zatrudniało 59
urzędników państwowych, z czego aż 43 należało w przeszłości do NSDAP, a
ośmiu byłych nazistów zostało ambasadorami. Norbert Frei opisuje
skandal, jaki wybuchł w 1950 roku. Poseł do Bundestagu Wolfgang Hedler,
były członek NSDAP, wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że
Niemcy ponoszą najmniejszą winę za wybuch wojny, bojownicy ruchu oporu
to zdrajcy ojczyzny, Niemcom zaś wcale nie działoby się lepiej, gdyby
mogły dziś korzystać z siły żydowskiego ducha i żydowskiego potencjału
gospodarczego. Hedler stanął przed sądem, oskarżony o znieważenie
pamięci ruchu oporu i obrazę Żydów niemieckich. Spośród trzech sędziów
dwóch należało do NSDAP, Hedler został więc uniewinniony, a przed
gmachem sądu witały go wiwatujące tłumy. – Pora przestać węszyć za
nazistami – powiedział w 1951 roku Konrad Adenauer.
Niemiecki wywiad nie tylko krył dawnych funkcjonariuszy III Rzeszy
przed wymiarem sprawiedliwości, lecz także współpracował ze
zbrodniarzami. Pod opiekuńcze skrzydła BND trafił Adolf Eichmann, który po wojnie uciekł do Argentyny. Kolejnym
odkryciem historyków był Klaus Barbie, esesman zwany „rzeźnikiem
Lyonu”. Po wojnie stał się ważnym agentem w kontrwywiadzie amerykańskich
wojskowych służb informacyjnych i pomagał tropić komunistów w
okupowanych Niemczech. W 1951 roku dzięki funduszom z USA wyjechał do
Boliwii. Według „Spiegla”, w 1966 roku BND zarejestrowało go jako agenta
43118, nadając mu kryptonim „Orzeł”. Przez wiele lat Barbie pod
nazwiskiem Klaus Altmann żył spokojnie w Boliwii, pisząc raporty dla
BND. Przez rok dostawał nawet za to pieniądze. Przed sąd trafił dopiero w
1984 roku, gdy nowe władze Boliwii przekazały go Francji. Skazany na
dożywotne więzienie, zmarł po czterech latach.
Amerykanie dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych zaczęli
sprawdzać, kogo wpuścili do kraju. Obliczono, że około 10 tysięcy
nazistów trafiło do USA, często za wiedzą władz. Niemiecki wywiad BND
otworzył natomiast archiwa dotyczące agentów, którzy wcześniej pracowali
dla reżimu Hitlera, dopiero w 2010 roku. Ujawnione dokumenty dotyczyły
wewnętrznego dochodzenia, które w latach 60. przeprowadził specjalny
wydział wywiadu RFN, nazwany Organisationseinheit 85.
Opracowany wówczas raport zawierał zarzut, że przez lata BND patrzyła
przez palce na zbrodniczą działalność wielu funkcjonariuszy. Przez 45
lat dokument leżał zamknięty w szafie pancernej, zanim na ich
odtajnienie zdecydował się szef wywiadu Ernst Uhrlau.
„Późniejsi pracownicy BND, którzy w latach 1933–1945 pełnili rozmaite
funkcje – od zwykłego sekretarza policji w gestapo po Oberführera SS –
brali udział w zamordowaniu milionów europejskich Żydów, masowych
egzekucjach oraz prześladowaniach przeciwników Hitlera. Po
powierzchownej denazyfikacji oraz upiększeniu życiorysów zostali oni
ponownie wykorzystani w szpiegowskiej wojnie przeciw Związkowi
Sowieckiemu. Do ich zatrudnienia dochodziło przeważnie za zgodą bądź
milczącym przyzwoleniem amerykańskich tajnych służb” – pisał dziennik
„Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Znaleźli się wśród nich byli
funkcjonariusze Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Gestapo, Służby
Bezpieczeństwa i Tajnej Żandarmerii Polowej.
Agencja 114 i operacja psychologiczna „polskie obozy koncentracyjne”
Przemilczaną kwestią i praktycznie nieznaną nie tylko w Polsce, ale i
na całym świecie jest fakt, że to właśnie w Agencji 114 ukuto termin
„polskie obozy koncentracyjne” i to ta instytucja rozpoczęła operację
psychologiczną, w której ten termin powtarzano niczym mantrę. „Odrobina
fałszu w historii, po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia
historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – przekonywał Alfred
„Grubas” Benzinger. Koncepcja Agencji 114 uzyskała akceptację szefa Gehlen Organisation,
bowiem w latach 50. Niemcy, które chciały odbudować swoją pozycję w
Europie musiały postawić na gospodarkę i to potęga gospodarcza była
dalekosiężnym celem rządzących Niemcami. To właśnie budowie silnej
gospodarki podporządkowano wszystkie priorytety państwa i jego
instytucji, w tym służb specjalnych.
Pod koniec lat 50. Niemcy stanęły przed bardzo trudnym zadaniem
poprawy wizerunku na arenie międzynarodowej. Stawką było nie tylko dobre
imię nowego państwa, ale przede wszystkim rozwój gospodarczy, bo przez
pewien czas po zakończeniu II wojny światowej w krajach dotkniętych
wojną nikt nie chciał kupować niemieckich towarów.
W łonie zachodnioniemieckich specsłużb powstała koncepcja szeregu działań propagandowych, aby temu zaradzić. Jednym
z nich była próba zrzucenia chociaż części odpowiedzialności
niemieckiej za ludobójstwo. Opracowanie planu i strategii działania (dziś użylibyśmy określenia: kampanii reklamowej – PR – owej) Gehlen
polecił swoim najbardziej zaufanym ludziom, pracownikom Agencji 114. To
oni pod kierownictwem Benzingera opracowali koncepcję, aby posłużyć się
semantyczną manipulacją i wprowadzić do obiegu medialnego termin
„polskie obozy zagłady”. Zarzuty o manipulację odpierano tłumaczeniem,
że taki właśnie termin jest skrótem odnoszącym się do hitlerowskich
obozów zagłady w Polsce. W rzeczywistości jednak termin „polski obóz
koncentracyjny” w świadomości odbiorców mediów masowych subtelnie, wręcz
w niedostrzegalny sposób zmieniał ofiary – w tym wypadku Polaków – w
sprawców.
Terminem „polskie obozy koncentracyjne” zaczęły posługiwać się
opiniotwórcze zachodnioniemieckie media: głównie gazety i stacje
telewizyjne. W bardzo sprawny sposób ten termin został przeniesiony do
przestrzeni informacyjnej w USA i Europie Zachodniej. Ówczesne władze
Polski Ludowej zbagatelizowały sprawę i nie przywiązywały do tych
działań w przestrzeni informacyjnej żadnej wagi tak jakby służby
przeznaczone do walki informacyjnej w PRL w ogóle nie dostrzegały tej
operacji psychologicznej ze strony zachodnioniemieckich specsłużb.
Uznały, że jest to jedynie przejaw „imperialistycznej propagandy”. Jak
się okazało po 1989 r. działania niemieckich specsłużb rozpoczęte
jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku odniosły sukces i są ponadczasowe,
bowiem kłamstwo rzucone przez byłych esesmanów święci dziś triumfy na
łamach wielu gazet zarówno w USA, jak i w Europie Zachodniej. Wszak co
jakiś czas dowiadujemy się z zagranicznych mediów „rewelacji” o
„polskich obozach koncentracyjnych”.
Czy obecnie za tymi „rewelacjami” stoją niemieckie specsłużby i to
one je inspirują? Trudno o jednoznaczną ocenę. Po prostu w latach 50.
ludzie Benzingera z Agencji 114 perfekcyjnie przeprowadzili operację
propagandową opartą na częstotliwości przekazu określonego hasła –
sloganu (w tym przypadku „polskich obozów koncentracyjnych”) bazującego
na zasadzie „kropla drąży skałę nie siłą opadania, ale częstotliwości” i
to hasło zapisało się w świadomości części ludzi mediów, publicystów i
komentatorów na całym świecie, którzy – używając nomenklatury
psychocybernetycznej – zostali zaprogramowani przez skuteczną
socjotechnikę propagandy niemieckich specsłużb. Teraz działają na
zasadzie „pudła rezonansowego” i jest to swoisty medialny „samograj”,
który już przez nikogo nie musi być napędzany.
Kwestią na osobną analizę jest jak powinno się zachowywać wobec tego
zjawiska i jak reagować na nie w przestrzeni informacyjnej państwo
polskie, w tym instytucje odpowiadające za realizację polityki
historycznej, MSZ oraz służby przeznaczone do walki informacyjnej.
Widmo „Gestapo Boys” nad Niemcami
Sprawa brutalnych morderstw na obywatelach pochodzących z Turcji oraz
dwuznaczna rola niemieckiego kontrwywiadu przywołała stare demony
specsłużb zza Odry. Biorąc pod uwagę fakt, że niemiecki wywiad,
kontrwywiad oraz policja po II wojnie światowej w dużej części były
budowane na ludziach z aparatu hitlerowskiego i programowane przez nich
siłą rzeczy muszą pojawić się budzące niepokój pytania nie tylko o
przeszłość, ale też o teraźniejszość i przyszłość. Wszak jeśli obecne
niemieckie służby specjalne były – używając określeń zaczerpniętych z
cybernetyki społecznej – programowane przez takich ludzi jak Gehlen czy
Benzinger, to zasadne wydaje się być pytanie o kierunki i cele
działalności tychże służb. Nie tylko w wymiarze ideologicznym, ale
przede wszystkim geopolitycznym i geoekonomicznym. Jednakże jest to
kwestia na zupełnie inną analizę.
Tomasz Formicki
Autor jest doradcą i analitykiem w Międzynarodowym Centrum Szkolenia Służb Mundurowych i Cywilnych GRYF
http://diarium.pl/2012/01/nazistowskie-demony-nad-niemieckimi-sluzbami-specjalnymi/
a.me.