Tymczasem – jak trafnie zauważył choćby Jan Łopuszański – mamy raczej do czynienia z sytuacją odwrotną. To strona rządowa – przy entuzjastycznym udziale PiS – rozpaczliwie próbuje namieszać kolejnymi przeciekami ze śledztwa, ale okazuje się, że (poza zafiksowanymi na ten temat portalami i gazetami oraz ich czytelnikami) problematyka ta nie ma już większego społecznego wzięcia. Nawiasem mówiąc rząd wie co robi nawet dopuszczając do publicznego obiegu informacje podważające wcześniejsze ustalenia w sprawie katastrofy. Zarówno kolejne wybory, jak i bieżąca sytuacja polityczna dowodzą bowiem kilku rzeczy: po pierwsze nawet maksymalna mobilizacja „sił smoleńskich” nie jest w stanie zagrozić dominacji na scenie politycznej Platformy Obywatelskiej. Po drugie i w związku z tym – należy starać się utrzymywać PiS przy tematyce katastrofy, gdyż skupia ona przy Jarosławie Kaczyńskim tych, którzy i tak nie zagłosowaliby na nikogo innego, a skutecznie odpycha resztę elektoratu („rany, oni tylko o jednym...!”), który mógłby odsunąć się od PO ze względu na błędy popełniane przez gabinet Tuska i fatalne skutki jego rządów.
Ostatnie rewelacje smoleńskie – podobnie jak niegdyś zajścia na Krakowskim – mają więc służyć petryfikacji sceny politycznej, przy czym jest to jednak cel coraz trudniejszy do osiągnięcia, bowiem kolejne grupy społeczne odnajdują własne pola sprzeciwu wobec polityki rządu. A mimo to są kręgi, dla których marginalna w istocie sprawa obecności bądź nie śp. gen. Błasika w kokpicie TU ma zasadnicze wręcz znaczenie. Są to wewnętrzne kręgi wtajemniczenia i zaangażowania w ramach sekty smoleńskiej.
Bałagan panujący w śledztwie, ujawniony obecnymi przeciekami oddziałuje na część chwiejnych sympatyków centroprawicy, których raziło dotąd szurostwo Macierewicza i Kaczyńskiego, ale obecnie zostali zaskoczeni nonszalancją komisji Millera i PR-owskimi zagrywkami Tuska. Osoby takie jak Paweł Lisicki (naczelny „Rzepy”) wpadają ponadto w pułapkę – starają się zachować (nieważne – autentyczną, czy nie) „niezależność” wobec rządu, a nie wyobrażają sobie innej formy opozycyjności na prawicy, niż tylko ta reprezentowana przez PiS, czyli smoleńska. Zmuszone są więc zgłosić do niej akces – i tu napotykają mur wrogości ze strony... „starych wiernych”.
„Jako naczelny "Rzepy", Paweł Lisicki nazywał katastrofę smoleńską "przypadkową tragedią", szydził z ludzi biorących pod uwagę hipotezę zamachu, kwestionował sens obrony krzyża, nabijał się ze "smoleńskich mistyków" itd. Po wielu miesiącach w "Uważam Rze" tytułuje swój wstępniak "Zanim zejdę do podziemia". Wprawdzie wciąż ma wątpliwości ("Czy ci, którzy tyle mówią o tym, że są wolnymi Polakami i tak łatwo piętnują innych, nie popadają przez to w pychę i resentyment?"), ale może jutro zatka nos, przymknie oko na naszą małość i naprawdę zapragnie włączyć się do drugiego obiegu. W związku z tym informuję go, że niepotrzebnie hamletyzuje, bo nikt na niego tutaj nie czeka. Wprawdzie zostało nam kilka milionów wolnych miejsc, ale wszystkie już zarezerwowane” - napisał w swoim profilu na FB Wojciech Wencel, jeden z arcykapłanów SS. I szybko uzyskał wsparcie ze strony współwyznawców, choć np. tak prominentni smoleńszczycy, jak Joanna Lichocka nawoływali do... okazania miłosierdzia (oczywiście po odbyciu przez zainteresowanych stosownej ekspiacji.
„Przepraszam, Joanno, ale trochę szlag mnie trafia. Kim wy jesteście, żeby wystawiać jakieś świadectwa moralności? Jaka "wasza strona"? Od kiedy Wencel i Lichocka mają monopol na bycie po stronie prawdy? To nie "my", ale "wy" przenosicie czysto ideowy spór na czysto personalną płaszczyznę, sugerując wszystkim, którzy nie trzymają się ortodoksji, niskie pobudki” - zareagował na to nerwowo Łukasz Warzecha, sam mocno współwinny utrwaleniu smoleńskiego podziału sceny politycznej, teraz jednak wyraźnie przerażony tak jawnym staczaniem się tego obozu w stronę parareligijną.
„Joanna Lichocka w kwietniu, ale 2007 roku: >Ale czy Marek Jurek i jego sprzymierzeńcy musieli tak gorliwie angażować się w przegraną z góry sprawę zmiany konstytucji umożliwiającą w przyszłości zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej? W imię wyznawanych zasad pewnie tak. Mimo, że z wielu stron słyszeli, że to zły pomysł. Mimo, że nie było wiarygodnych kalkulacji, że większość konstytucyjna na to głosowanie powstanie. Jurek zagrał va bank i poniósł klęskę. Idealizm i upór wygrał nad rozsądkiem<. Kiedy więc należy lub nie należy "angażować się w przegrane z góry sprawy", uznawać lub nie uznawać "wiarygodnych kalkulacji" oraz dawać górę "idealizmowi i uporowi" nad "rozsądkiem" albo odwrotnie? Sine ira et studio” - dopytywał się z kolei złośliwie Artur Zawisza. Nad jego argumentem warto się zresztą zatrzymać. Oczywiście nie można pochwalić pamiętnych działań Marka Jurka, który nie tyle z pobudek ideowych, ale dla utworzenia własnego ugrupowania poświęcił sprawę pełnej ochrony życia. Należy jednak zauważyć, że takie zestawienie uwydatnia po raz kolejny czym różnią się priorytety smoleńszczyków od spraw naprawdę ważnych. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że ewentualna (a ściślej nadchodząca znowu) dyskusja nad kolejnymi próbami wprowadzenia ustawodawstwa w pełni katolickiego jeśli chodzi o ochronę życia (w tym kwestię in vitro) – też będą przez smoleńszczyznę uznane za „tematy zastępcze” oraz „odwracanie uwagi” od kluczowego dla Polski i Zbawienia problemu grubości brzóz. Warto tę różnicę brać pod uwagę proponując polityczne sojusze i wskazując z kim nam rzekomo po drodze...
Konrad Rękas