Co rusz wysłuchiwałem rozczulających litowań się rozmówcy nad samym sobą („W jakich to strasznych czasach przyszło nam żyć! Jaką grozę cierpieć musimy każdego dnia!”). Płaczliwe żale wylewano nad okrutnymi prześladowaniami religijnymi, jakie wokół nas szaleją (albo lada moment szaleć zaczną). Nie brakło wstrząsających wieszczeń o palikotowych lwach, które to lwy już niedługo obżerać się będą potrawką z chrześcijan...
Wielka Niedźwiedzica
Tak się złożyło, że gdy zapoznawałem się z tym pluszowym męczeństwem, z tym żałosnym, nowym Martyrologium Styropianum, równocześnie przegryzałem się przez materiały, dokumenty i relacje o polskich katolikach z naszych Kresów, którzy po 1944 roku pozostali w sowieckiej zonie.
Ot, choćby o takich mieszkańcach Niedźwiedzicy (dziś Białoruś), którym komunistyczna władza chciała zamknąć kościół. Tylko, że zamknąć go nie zdołała, bo ile razy urzędnicy i bezpieka przyjeżdżali na miejsce, to wtedy wierni otaczali świątynię żywym murem, albo kładli się krzyżem na ziemi, by nie dopuścić nieprzyjaciela do Domu Bożego. I stała się rzecz w tamtych czasach niewiarygodna – władza (widać nie chcąc zaostrzać konfliktu) ustąpiła, parafianie obronili swój kościół!
Opisany przypadek rozegrał się w czasach rządów Stalina (a nie jakiegoś Palikota), kiedy za taki parafialny aktywizm groził łagier (a nie uszczypliwa uwaga koleżanki z pracy). Dzisiaj ci wspaniali ludzi patrzą na nas z Niebios. I kiedy słyszą jęki i żale co niektórych „udręczonych” katolików – chyba muszą odczuwać coś w rodzaju zażenowania.
Aktyw parafialny
Nie wiem, co dzisiejsi zapłakani i wystraszeni chrześcijanie powiedzieliby na historię, jaka wydarzyła się w Wasiliszkach na Grodzieńszczyźnie.
Żył tam polski ksiądz, staruszek, którego komunistyczna władza próbowała złamać i zastraszyć. A on, mimo że sił fizycznych już mu brakowało (bo to i wiek podeszły, i zdrowie nie to, co dawniej) nie dawał się Czerwonym. W końcu czterech miejscowych, wioskowych „antyklerykałów” napadło na księdza i skatowało go straszliwie. Ledwie przeżył – oślepiony, z pogruchotaną czaszką, z połamanymi rękami i żebrami. Jakoś się wykurował. Dalej nieugięcie odprawiał Msze, z pamięci.
A tymczasem parafianie zrobili własne śledztwo i ustalili nazwiska oprawców. Ci oczywiście byli nietykalni, mieli poparcie władz. Wierni nie chcieli czekać biernie na nowy napad. W pewną mroczną noc w Wasiliszkach żniwo zebrał czerwony kur – spłonęły domy czterech bojówkarzy.
Cała czwórka nie zrozumiała przesłania. Z zemsty podpaliła miejscowy kościół. Odpłacono im godnie. Czterej „antyklerykałowie” zniknęli, aż w końcu pobliska rzeka wyrzuciła na brzeg ich zwłoki...
Kraj umęczony
Ktoś tu może wzdrygnął się, albo nawet żachnął oburzony. Trzeba więc koniecznie przypomnieć, że Wasiliszki nie były jakąś izolowaną wyspą, ani zwykłą parafią w normalnym państwie, w którym doszło do sporu miejscowego proboszcza z lokalną władzą. Nie, Wasiliszki były częścią Polskich Kresów – okupowanej, spływającej krwią krainy, w której tylko w latach 1939-1945 sami sowieccy okupanci represjonowali milion osiemset tysięcy mieszkańców (czyli co siódmego), z czego sto pięćdziesiąt tysięcy zamordowali. I że ci czterej bojówkarze, również instytucje władzy (o których za chwilę przeczytamy) byli trybikami w gigantycznej machinie terroru.
W Wasiliszkach do akcji wkroczyła milicja. Księdza aresztowano. Chyba największy paranoik nie uwierzył, że niewidomy staruszek zdołał zamordować i utopić w rzece czterech zakapiorów – mimo to księdza skazano na 15 lat więzienia, co w jego wieku i przy jego stanie zdrowia równało się dożywociu.
Wojna na Kresach
Powiadają: „Uderz pasterza, a owce rozbiegną się.” A tymczasem parafialna owczarnia w Wasiliszkach zwarła szeregi i wystąpiła przeciw sowieckiemu państwu. W okolicy rozpętała się prawdziwa wojna.
Wpierw pojawiły się ulotki, żądające uwolnienia kapłana. Oczywiście nie dało to rezultatu. A wtedy znów zapiał czerwony kur.
Pierwszy spłonął posterunek milicji. Potem – siedziba sądu. Towarzysz sędzia, który skazał księdza na więzienie, został napadnięty i zatłuczony na śmierć. Lokalna komunistyczna gazeta napisała coś źle o Polakach – podpalono siedzibę jej redakcji. Wkrótce poszedł z dymem lokal rady wiejskiej.
Na miejsce przybył prokurator, który rozpoczął śledztwo w sprawie tych kontrrewolucyjnych występków. Został porwany. Znaleziono go w jakiejś stodole, powieszonego za nogi, ledwie żywego. W komitecie partii komunistycznej eksplodowała podłożona bomba – zginęło 9 osób. Próbowano raz jeszcze podpalić siedzibę rady wiejskiej – podczas wymiany strzałów zginął pilnujący jej strażnik. Dopiero po trzech latach, na wiadomość o śmierci księdza w więzieniu, akcje ustały.
„Mordy i podpalenia”?
Kiedy przedstawiłem tę historię na pewnym forum dyskusyjnym, większość komentatorów przyjęła opowieść ze zrozumieniem, niektórzy wręcz entuzjastycznie, ale nie brakło głosów oburzenia, gromkich potępień „podpaleń i mordów”. Zatem znów słówko wyjaśnienia.
Opisane akcje były walką z brutalnym reżimem okupacyjnym. Ta podpalona rada wiejska, budynek sądu, redakcja czerwonej gadzinówki, komitet partii, ów prokurator, sędzia i ci czterej bojówkarze – to były instytucje i osoby na usługach okupanta. Wyjątkowo okrutnego okupanta, który miał na sumieniu setki tysięcy ofiar.
Chyba nie oburza nas wysadzenie w powietrze lokalu NSDAP gdzieś, w zaborze niemieckim? Albo zamach na hitlerowskiego sędziego czy prokuratora prześladującego polskich patriotów? Bo jeśli oburza, to równie dobrze możemy oskarżyć o „mordy i podpalenia” nawet obrońców Westerplatte – wszak ubili niemało Niemców i spalili im cysternę z paliwem!
Na naszych Kresach polska partyzantka stawiała opór jeszcze długo „po wojnie”, aż do 1953 roku. Ci dzielni ludzie walczyli i ginęli za polskość tych ziem i za swobodę wyznawania wiary w Boga. Traktowali swą ofiarę jako rzecz oczywistą. Na pewno nie przypuszczali, że kiedyś ich rodacy, jacyś anonimowi internetowi napinacze będą sobie nimi wycierali gębę.
Wczoraj i dziś
Teraz czasy mamy inne, i aż tak wyrazista reakcja wiernych jest na dzień dzisiejszy niepotrzebna (zaś co do dnia jutrzejszego – poczekajmy, jakie to jutro będzie, dostosujemy się). Ale każdemu księdzu proboszczowi chciałbym życzyć tak zacnych, oddanych parafian, jak ci z Niedźwiedzicy i z Wasiliszek.
Zaś historię wasiliszkowych zmagań pragnę zadedykować wszystkim, którzy potrafią tylko skamleć żałośnie, kiedy ktoś (koleżanka z pracy, ekspedientka, albo telewizyjny gadający czerep) obraża przy nich Kościół i katolików. Zaprawdę, jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów.
www.krzyzowiec.prv.pl
(MM)