Już na samym początku muszę zaznaczyć, że sam sympatyzuję z opcją konserwatywno-liberalną. Niniejszy tekst nie ma więc na celu podkopywać tej idei, a wyłącznie wskazać na pewnego rodzaju mity, które często można usłyszeć od zwolenników konserwatywnego liberalizmu (choć, co oczywiste, nie wszystkich). W końcu żadne środowisko polityczne nie jest nieomylne, a rzeczowa dyskusja pozwala na wskazanie słabych punktów. Dlatego chciałbym podzielić się paroma uwagami na temat inflacji, gdyż właśnie wokół tego tematu narosło kilka mitów czy też niedopowiedzeń, które prezentowane są również na łamach "Najwyższego Czasu!" (tygodnika konserwatywno-liberalnego). Żeby nie być gołosłownym podam jako przykład stwierdzenie p.Tomasza Teluka, że inflacja i handel są "immanentnym składnikiem gospodarki rynkowej i oburzanie się na ich istnienie jest tak samo jałowe jak oburzanie się na wschody i zachody słońca lub grawitację" ("Najwyższy Czas!", nr 44-45, 29.10-5.11 2011, "Odurzeni", str. XLVII). Za drugi przykład może posłużyć stwierdzenie z tekstu p.Marka Łangalisa, jakoby "idealnie byłoby, gdyby pieniądz w ogóle nie tracił (ani nie zyskiwał) na wartości." ("Najwyższy Czas!", nr 51-52, 17-24 grudnia 2011, "Czy grozi nam inflacja?", str. XII).
Najpierw chciałbym odnieść się do pierwszej z wymienionych przeze mnie tez. Otóż nie wiadomo mi o niczym, co wskazywałoby na to, że inflacja jest nierozłącznie związana z gospodarką rynkową, o ile za gospodarkę rynkową uznajemy po prostu wolny rynek, a nie etatyzm i interwencjonizm, jakie panują dzisiaj. Żeby wyciągnąć poprawne wnioski należy najpierw zrozumieć, jak wyglądałby pieniądz w systemie wolnego rynku. Oczywiście nie da się tego przewidzieć ze stuprocentową pewnością, bo stan rynku zawsze zależy od milionów indywidualnych decyzji podejmowanych przez rzesze ludzi, decyzji, których nie możemy znać z wyprzedzeniem. Jednak na podstawie historii możemy domyślać się, że pieniądzem zostałoby złoto. Dlaczego? Dlatego, że jak wiadomo z teorematu regresji pieniężnej Misesa pieniądzem zostaje coś, co ma na rynku pewną wartość użytkową (złoto ma taką wartość dzięki zastosowaniu na przykład w przemyśle jubilerskim), a także dlatego, że ten kruszec posiada szereg cech, które robią zeń dobry materiał na pieniądz: jest trwałe, można je dzielić na jednostki o różnej wadze nie tracąc przy tym na wartości, ciężko drastycznie zwiększyć jego ilość w krótkim czasie. Ostatnia wymieniona cecha jest kluczowa przy rozważaniach czy inflacja jest nieodłącznym zjawiskiem towarzyszącym wolnemu rynkowi. Jak wiadomo, wartość pieniądza (czyli jego cena wyrażona w całym wachlarzu wymian, jakie można za jego pomocą dokonać) zależy tego, od czego zależy cena wszystkich innych towarów - bo pieniądz też jest towarem, co prawda różniącym się od innych, ale nadal towarem. Zależy od jego ilości (podaży) i popytu na niego. Jeśli zwiększa się podaż pieniądza, to spada jego wartość. Za tę samą jednostkę pieniężną można zakupić mniej dóbr. Jednak złoto ma tę zaletę, że rząd/bank centralny nie może zwiększyć jego ilości na zawołanie. Żeby zwiększyć podaż złota należy je wydobyć, co jest czasochłonne, kosztowne i problematyczne (w porównaniu do emisji pieniądza fiducjarnego). Dzięki temu podaż pieniądza złotego byłaby na rynku mniej więcej stała, ewentualnie rosłaby powoli. Czy w takich warunkach może dojść do inflacji? Raczej nie, ponieważ inflacja jest efektem właśnie zwiększania ilości pieniądza, co w przypadku złota nie jest łatwe. A nawet jeśli zwiększa się ilość złota, to nie jest to tak szkodliwe jak w przypadku zwiększenia ilości pieniądza fiducjarnego, bo złoto to może znaleźć zastosowanie we wspomnianym przeze mnie przemyśle jubilerskim.
W sytuacji, w której ilość pieniądza jest mniej więcej stała (jak byłoby, gdyby pieniądzem było złoto), a towarów i usług dostępnych na rynku przybywa, panuje deflacja, a więc odwrotność inflacji. Pieniądz, wraz z upływem czasu, staje się warty coraz więcej. Dlaczego tak się dzieje? Wraz z zastosowaniem nowych technologii i metod produkcyjnych, producenci są w stanie produkować większe ilości towaru tym samym nakładem środków (a konkurencja i chęć zysku wymaga od nich, by to robili): produkują więcej, ale skoro ilość pieniądza jest stała, to nie mogą utrzymywać ciągle takich samych cen, bo nie znajdą nabywców na dodatkową ilość produkowanego towaru. Cenę muszą obniżyć (im więcej rowerów na rynku - tym niższa ich cena, pod warunkiem, że popyt się nie zmienia). Dzięki temu za daną ilość pieniądza można kupować coraz więcej towarów.
I w tym momencie dochodzimy do drugiej tezy ze wstępu, autorstwa p.Łangalisa, że najlepiej by było, gdyby pieniądz nie zyskiwał na wartości. Jak można wywnioskować z powyższego, jeśli pieniądz nie zyskuje na wartości to 1) albo gospodarka się nie rozwija, czyli panuje stagnacja, 2) albo mamy do czynienia z inflacją (zwiększeniem ilości pieniądza), tyle że ukrytą pod płaszczem rosnącej produktywności. Pierwszy przypadek jest jednoznacznie negatywny: ilość pieniądza jest cały czas taka sama, ilość towarów i usług oferowanych na rynku też, więc ich cena się nie zmienia. Producenci z jakichś powodów (na przykład wysokich obciążeń podatkowych, wysokich kosztów pracy, regulacji, którym nie są w stanie sprostać czy, jak można ująć ogólnie, utrudnieniom w akumulacji kapitału) nie są w stanie pracować coraz bardziej efektywnie i gospodarka stoi w miejscu. Druga sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana i wynika ze wzajemnego oddziaływania na siebie dwóch sił, które się równoważą. Pierwszą siłą jest rosnącą produktywność, która (jak widzieliśmy wcześniej) pozwala produkować większą ilość towarów, co przekłada się na niższe ich ceny. Drugą siłą jest właśnie zwiększanie podaży pieniądza, co ciągnie ceny w górę. Może się zdarzyć, że wielkość "dodruku" pieniądza odpowiada mniej więcej zwiększeniu produktywności; efektem jest pozostanie cen na podobnym poziomie, bo większa ilość towarów równoważy się z większą ilością pieniądza. Z taką sytuacji mieliśmy do czynienia w USA w latach 1921-29, a więc w przededniu największego w dziejach kryzysu, dlatego należy tutaj dopowiedzieć, że nawet taka ukryta inflacja może doprowadzić do wywołania cyklu koniunkturalnego kończącego się depresją. Warto przytoczyć słowa jednego z najwybitniejszych polskich ekonomistów, prof. Adama Heydla: "Jeżeli jednak wyobrazimy sobie znaczną zniżkę kosztów produkcji, której nie towarzyszy zniżka cen, to dostrzeżemy zmiany w układzie gospodarczym, analogiczne do zmian przy inflacji sensu stricto. Nastąpi mianowicie wybitny wzrost rentowności produkcji, który musi popychać do hiperinwestycji. Wydaje się w związku z tym niewątpliwe, że wielki boom giełdowy amerykański, którego załamanie się stało się causa proxima kryzysu, był wywołany zbyt liberalną polityką kredytową o cechach inflacji." Nie ma więc powodu, by uważać, że sytuacja, w której pieniądz utrzymuje swoją wartość jest jakimś dobrodziejstwem. Najlepszą opcją wydaje się być deflacja.
Warto też wspomnieć o friedmanowskim monetaryzmie. Choć monetaryzm jest dużym krokiem naprzód w porównaniu do prymitywnego keynesizmu, nadal jest to forma pieniężnego etatyzmu. Mało kto wie, że Milton Friedman wraz z Anną Schwartz uważali, że FED powinien wypuścić na początku lat 30. (w trakcie runu na banki) większą ilość pieniądza!
Łukasz Nieroda
aw