Jak Pan ocenia porozumienia „okrągłostołowe”?
Moja opinia jest następująca. W czerwcu 1989 roku wszyscy uczestnicy
wydarzeń wiedzieli dokładnie, że nie miało miejsca żadne wyzwolenie.
Jedni ustawili się w obozie nowej władzy, a drudzy w opozycji. To jest
normalny podział ról w demoliberalnym cyrku. Kiedy się jest w opozycji,
trzeba się czymś wyróżniać, czymś się różnić od obozu władzy. No i ci,
którzy się ustawili w opozycji, wymyślili sprawę agentów.
III RP nie jest państwem, którego władze dążą do ochrony dobra
wspólnego. Gdyby była państwem dbającym o dobro wspólne, skazano by
przestępców, zaś resztę puszczono by w niepamięć z powodów
praktycznych. To nie to samo, co „gruba kreska” Mazowieckiego. „Gruba kreska” została
proklamowana z powodów humanistyczno-personalistycznych i
prawdopodobnie jeszcze innych, ale nie mam danych). Gdyby III RP dbała o
dobro wspólne, umiałaby zmobilizować do pracy dla nowej rzeczywistości
również byłych ”agentów”. Ale nie było żadnej nowej rzeczywistości.
W dodatku III RP jest pokłosiem SOLIDARNOŚCI, organizacji która pragnęła
usankcjonowania systemu przyzwolenia dla prywatnych egoizmów na masową
skalę. Nie było mowy o dobru wspólnym. Jednakże w latach 1977-1980, o ile pamiętam, sprawa kto może być realnie
ewentualnym „agentem” lub nie, nie odgrywała najmniejszej roli.
Wiem, że na temat Okrągłego Stołu stworzono całą mitologię. Mechanizm
narodzin tej mitologii jest ten sam, co w kwestii tropienia agentów SB.
Tak naprawdę Okrągłemu Stołowi trzeba zadać dwa pytania.
1.Jaka była swoboda manewru władz PRL wobec Gorbaczowa i jego
współpracowników, którzy zlecili ekipie rządzącej PRL oddanie władzy i
jakie były zamiary Gorbaczowa i jego współpracowników względem Polski w
tamtym momencie. Na czyje dokładnie zlecenie działał sam Gorbaczow? Nie
znam dokładnej odpowiedzi na to pytanie.
2.W jakim kraju miały miejsce ustalenia Okrągłego Stołu?
W ciągu XIX wieku przestał istnieć naród szlachecki, kraj
niegdyś bardzo potężny stał się słabiutki, bez znaczenia. Nieodległość
lat 1918-1939 była krucha, oparta na
wadliwie skonstruowanym traktacie pokojowym (zob.”Les Conséquences
politiques de la paix” Jacquesa Bainville ), narzuconym w dużym stopniu
przez delirium biblijne USA. Wojna i okupacja 1939-1944 doprowadziły w
Polsce do fizycznej rzezi elit. Polityka komunistyczna lat 1944-1955
zniszczyła Polskę.
Jest więc dla mnie czymś nieuniknionym, że władze PRL
przekazały rządy Środowisku. Komu miały je przekazać? Środowisko było
jedyną zorganizowaną silą.
Dowiedziałem się niedawno z jednego z komentarzy, że władze PRL chciały
podobno początkowo przekazać rządy kręgom katolickim, ale że Kościół
wskazał jako partnera do rozmów Solidarność. Podobno taką tezę postawił w
swoich wspomnieniach, których nie czytałem, ks bp Dąbrowski. Należałoby
zapytać, o jakie kręgi katolickie chodzi.
No, ale dobrze. Załóżmy że Środowisko zostałoby całkowicie pominięte w
momencie dokonywania zmiany warty (uważam to za niemożliwe). Jestem
pewien, że niezależnie od tego, kto sprawowałby władzę polityczną, (kto
by rządził), Środowisko bardzo szybko zdobyłoby rząd dusz i trzymałoby
go do dziś, tak jak trzyma obecnie. Proszę zauważyć, że Środowisko nie
sprawowało bezpośredniej władzy długo. „Obsłużyło" okres przejściowy i
wróciło tam, skąd przyszło, na Krakowskie Przedmieście, tyle tylko, że
od czerwca 1989 Krakowskie Przedmieście jest tam, gdzie redakcje „GW”,
„TVN” etc.
Środowisko nie jest zainteresowane bezpośrednim sprawowaniem
rządów. Ludzie, którzy je tworzą obecnie, nie są politykami. To są
dziennikarze, twórcy opinii, inżynierowie dusz. Ich władza nad polską
inteligencją, przynajmniej nad jej warszawskim trzonem (a to wystarczy)
jest absolutna, jak władza dziennika „Le Monde” nad inteligencją
francuską z pays légal. To jest gramscizm, przedkładanie władzy
kulturalnej nad polityczną. To jest skuteczne zarówno w Polsce jak i we
Francji. Po 1989 roku Polska jest krajem demoliberalnym, wyniki
Okrągłego Stołu były takie, jakie zaplanowano za kulisami poza Polską,
choć pozostaje dla mnie niewiadome, jakie były zamiary Gorbaczowa,
którego francuski historyk Stéphane Courtois nazwał „pożytecznym idiotą
Zachodu”.
Czy prawdą jest to co się mówi o brutalności ze strony Milicji Obywatelskiej?
Tak, to prawda. Ale trzeba zrobić rozróżnienie. Nie można odmówić siłom
porządkowym prawa do używania siły fizycznej, pałki, nawet broni,
jeżeli zachodzi uzasadniona potrzeba.
Tyle tylko, że MO nie bardzo była silą porządkową. Jej nazwa, Milicja
Obywatelska, była całkowicie uzasadniona. Milicja to prywatna formacja
militarna na usługach jakiejś grupy nacisku. MO była taką właśnie milicja
na usługach pojętego po leninowsku aparatu przemocy. Słowo „obywatelska”
było kamuflażem. Należy czytać ”komunistyczna”. Nie były to więc siły porządkowe w całej pełni tego słowa. W MO
znajdowało się sporo elementów przestępczych.Używanie przemocy nie miało
charakteru okazjonalnego, tylko systematyczny i chodziło w nim głównie o
polepszenie statystyk wykrywalności przestępstw. Część funkcjonariuszy MO to była dzicz. MO była formacją podejrzaną.
Jak np.miała bronić obywatela przed złodziejami, skoro PRL było
oficjalnie przeciwne własności prywatnej? Żaden normalny człowiek w
tamtych czasach nie chodził na komisariat MO żeby np. złożyć skargę, że
mu skradziono zegarek. Zegarek? A skąd miał ten zegarek? Funkcjonariusze
MO byli powszechnie pogardzani i nikt nie miał do nich żadnego
szacunku. Prokuratorzy kryli MO i byli silą na jej usługach, byli
milicyjnymi „papugami”.
Jednakże MO to była tylko połowa problemu.Głównym problemem było
więziennictwo. W wiezieniach stosowano wymyślne kary fizyczne, unikalne
w Europie, jak
np. kara polegająca na zatrzymywaniu rytmu serca, bicie więźniów w
tzw. tygrysich celach, bicie w szpitalach więziennych żeby zabawić
pielęgniarki, absurdalne regulaminy, według niektórych świadectw
operacje chirurgiczne wykonywano bez narkozy. Co do tego ostatniego nie
mam dowodów. Więźniowie odpowiadali samookaleczeniami. Te ostanie były
bardzo znane, mówiło się o tym publicznie. To wynikało z wpływów
sowieckich. Po zakończeniu wyroku wcale nie wychodziło się koniecznie z
więzienia na wolność, były jeszcze obozy pracy zwane „chałupkami”.
W PRL było bardzo dużo niesprawiedliwości i nie ma co tego ukrywać. Mniej niż w obecnej
Polsce, ale niesprawiedliwość była.
Jak Pan przyjął informację o wybuchu strajków na Wybrzeżu w 1980 roku i o podpisaniu Porozumień Sierpniowych?
Strajki wybuchły 1-go lipca 1980 roku. Najpierw były żądania czysto
ekonomiczne, na co władze PRL odpowiadały zawsze zgodą. Nawet jeżeli
jedna osoba w danym przedsiębiorstwie zastrajkowała, dostawała żądaną podwyżkę.
Odebrałem to jako ewidentny sygnał słabości władz PRL. Strajki o
charakterze politycznym wybuchły w Sierpniu 1980. Ani ja, ani moi
znajomi, z których niektorzy byli starsi ode mnie, nie wiedzieliśmy
właściwie, co o tym sądzić. Były wakacje, byliśmy
studentami, byliśmy na wakacjach. Porozumienia sierpniowe odebrałem z
całkowitą obojętnością. W końcu pomyślałem sobie, że oto przyszła
upragniona odwilż. W gruncie rzeczy to wszystko przestało mnie
interesować. Bylem zwolennikiem „opozycji demokratycznej” z przyczyn
humanistycznych.
W momencie, kiedy cała ta sprawa przekształciła się w ruch
społeczny,
nie umiałem się w tym ruchu odnaleźć, choć „bylem w tłumie”. Mantra
„imperatywu moralnego” przestała działać. Dziś, już od lat, wiem że
żaden imperatyw moralny nie istnieje. Zła należy unikać, zaś dobro
czynić. To wszystko. Imperatyw moralny to gorączka działania, rodzaj
permanentnej agitki i nic to nie ma wspólnego z moralnością.
Dlaczego zdecydował się Pan na emigrację i jaki sposób zerwał Pan kontakty ze środowiskiem „opozycji demokratycznej”?
Zmieniła się moja sytuacja rodzinna.Postanowiłem spróbować szczęścia w
innym kraju, jak wtedy tylu innych. W Polsce nie widziałem dla siebie
żadnej przyszłości. Zadziałała również chęć przygody - bylem bardzo
młody.
Natomiast w kwestii tego, jak udało mi się stać normalnym człowiekiem, to muszę zrobić całe rozwinięcie.
Już po kilku tygodniach pobytu we Francji podjąłem decyzję o pełnej
integracji w społeczeństwie francuskim, z zachowaniem mojej polskiej
tożsamości, oczywiście zacząłem pracować we francuskiej firmie i moimi
znajomymi byli w większości Francuzi należący do różnych środowisk. To spowodowało
przyspieszenie integracji. Siłą rzeczy nastąpiło więc fizyczne zerwanie
więzi ze środowiskiem.
Pozostawałem lewakiem i humanistą, ale już w nowym środowisko,
wśród nowych ludzi, jakby na własny rachunek. I tu nagle zagrało coś,
czego się w ogóle nie spodziewałem. Moi rodzice przekazali mi absolutny
skarb. Nauczyli mnie stałego rozróżniania między dobrem a złem. Nie
między tym co korzystne, a
niekorzystne, ale między tym co obiektywnie złe i obiektywnie dobre. Nie
wszystkie rodziny uczyły tego swoje dzieci. Lata 60. I 70.to już okres
fali ogromnego materializmu. Póki mieszkałem w Polsce ten skarb zostawał
jakby pod korcem. Ale po takim wychowaniu w domu, lewica francuska była
dla mnie zbyt grubymi nićmi szyta. Obserwowałem lewicę francuską, moich
towarzyszy.
Widziałem ich materializm, ignorancję, głupotę, nienawiść do własnego
narodu. Widziałem ich, no właśnie, nieumiejętność rozróżnienia miedzy
dobrem a złem. Byli na lewicy, bo byli ignorantami o ciasnych umysłach.
Ich nienawiść do
religii była oparta na głupocie. To się uczenie nazywa laicyzm. Mieli
problemy z kontaktami międzyludzkimi, nie podawali sobie ręki na
przywitanie (we Francji to jest uważane za afront!), nikt z nich nie
uprawiał żadnego sportu. Chcieli pić i jeść, za jak najmniejsze
pieniądze, ewentualnie za darmo. Pragnęli plaży, leżenia na słońcu bez
ruchu w Hiszpanii na wakacjach,byli niemoralni.
Z każdym dniem stawało się to dla mnie coraz jaśniejsze.
Odezwał się we mnie nagle normalny człowiek. Nie było już Środowiska,
nie było już żadnych zobowiązań towarzyskich, nagle zapragnąłem być
wolny. Nie poszło to od razu prostą drogą i przeżyłem kilkuletni bardzo
ciężki okres w życiu. Ale kierunek był już przesadzony.
W 1989 roku nawiązałem, choć w sposób niebezpośredni, kontakt z dwoma
intelektualistami prawicowymi. Jeden z nich wywarł na mnie ogromny
wpływ. Dziś już nie żyje. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było nawiązanie
kontaktów z ludźmi prawicy mniej więcej w moim wieku, czyli około 30-
tki. Przyszło mi to bardzo łatwo. Na naszych zebraniach słyszałem takie
opinie, które mnie początkowo przyprawiały o zawrót głowy, bo byłem
przyzwyczajony do zupełnie innego
widzenia spraw. Zacząłem nad tym wszystkim myśleć niezwykle
intensywnie i stosunkowo
szybko zorientowałem się, że wszystko, w co dotychczas wierzyłem, to
były kłamstwa. Już gdzieś tak w marcu 1991 roku nadawałem się do
sklasyfikowania na „ skrajnej prawicy”. Jednocześnie trwał proces mojej
postępującej integracji w społeczeństwie francuskim. Ale ta Francja,
która naprawdę zaczynała mnie fascynować to już nie była Francja praw
człowieka. To już była Francja katolicka i
kontrrewolucyjna. To właśnie wtedy straciłem na jakieś 7 lat kontakt z
Polską i z polskością i zacząłem robić błędy po polsku, czego do dziś
nie mogę się
niestety wyzbyć.Ten etap był w moim przypadku jednak koniecznością.
Ale być na prawicy, a być katolikiem, to dwie różne sprawy.
Prawica francuska wcale nie jest taka katolicka! Udało się jednak.
Decydujące wydarzenie miało miejsce w kwietniu 1991 roku, może trochę
wcześniej. Poszedłem do kościoła St. Nicolas- du- Chardonnet i podczas
mojej pierwszej wizyty odzyskałem wiarę dogmatyczną. Jeszcze trwały we
mnie resztki dawnych zabobonów, ale już byłem wierzącym katolikiem. W
pewnym momencie opuściłem Paryż, po półtora roku wysiłków, często
bardzo bolesnych, udało mi się zerwać z pogańskim trybem życia i stałem
się klasycznym parafianinem jednej z kaplic Bractwa św. Piusa X. Nie
przyszło to automatycznie.Były w teorii inne możliwości. Ale moja mama
modliła się cały czas za mnie do Matki Boskiej i to tym
modlitwom prawdopodobnie zawdzięczam autentyczne odzyskanie wiary. Wraz z
odzyskaniem wiary przestałem być definitywnie humanistą, personalistą i
lewakiem.
Byłem wolny i ocalony. Udało mi się uciec Środowisku. Oprócz
mnie samego znam jeszcze tylko jeden podobny przypadek. Nagle ożyła cała
moja formacja arystotelesowsko -tomistyczna, którą zdobyłem podczas
studiów i która była dotąd uśpiona. Zacząłem regularnie chodzić na
niedzielną Msze Św. , do spowiedzi, do komunii, zacząłem odmawiać
codziennie różaniec (różaniec składa się z trzech
tajemnic: radosnych, bolesnych i chwalebnych) , a w 1993 roku po raz
pierwszy odbyłem w jednym z domów Bractwa św.Piusa X Ćwiczenia
Ignacjańskie. Zaprzyjaźniłem się podczas tych Ćwiczeń z jednym z Ojców i
później pozostawaliśmy ze sobą przez 11 lat w ścisłej, bardzo częstej
korespondencji. Do dziś utrzymujemy zresztą pewien kontakt. W 1996 roku
poznałem mieszkającego w Polsce Polaka, który zrobił bardzo
wiele dla Tradycji w Polsce i dzięki znajomości z nim zacząłem również
powoli powracać do polskości. Nastąpił Happy End.
Wcale to nie musiało się tak stać. Normalnie nikt nie jest w stanie uwolnić się od Środowiska.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan swój akces do ideologii opozycji demokratycznej?
To był stracony czas. Środowisko było intelektualnie bezpłodne. Ale
obecnie nigdy o tym nie myślę. Człowiek zdrowy nie może stale
myśleć o tym, że ileś tam lat temu był chory. Nie lubię grzebania się w
przeszłości. Zostawiam je poszukiwaczom agentów. Myślę, że bez Jacka Kuronia i bez
Adama Michnika nigdy nie doszłoby do
takiego sukcesu KOR-u i Solidarności. To oni byli motorami i to oni są
założycielami III RP. Wskazywanie na gen.Jaruzelskiego i gen. Kiszczaka jako na ojców III RP
jest pomyłką. Listę nazwisk głównych prominentów Środowiska można sobie
samemu skonstruować konsultując w internecie hasła takie jak: KLUB
KRZYWEGO KOŁA,
TOWARZYSTWO KURSÓW NAUKOWYCH, KSS „KOR”, KONWERSATORIUM „DOŚWIADCZENIE I
PRZYSZŁOŚĆ”. Ale Środowisko to pojęcie szersze niż opozycja, bo nie
zawsze każdy
człowiek Środowiska był aktualnie w opozycji. Mógł być długie lata
uśpionym wulkanem.
Straciłem dużo cennego czasu w latach młodości, zaś członkowie
Środowiska wpakowali się w sytuacje bez wyjścia (a przy okazji kraj),
bo nie bardo widzę, jak mogliby teraz dokonać odwrotu, nawet, gdyby
chcieli. Polska już od 22 lat jest krajem demoliberalnym. Też nie widzę
możliwości odwrotu. Społeczeństwo tego odwrotu sobie nie życzy.
Na tym kończymy publikację wywiadu z p. Antoine Ratnikiem. Część I
oraz II wywiadu oraz wywiad ze stycznia 2011 roku można przeczytać
klikając na podane poniżej linki:
http://www.konserwatyzm.pl/artykul/3352/wywiad-portalu-konserwatyzmpl-z-p-antoine-ratnikiem-cz-i
http://www.konserwatyzm.pl/artykul/3394/wywiad-portalu-konserwatyzmpl-z-p-antoine-ratnikiem-cz-ii
http://archiwum.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/7446/
a.me.