Tak oto, na podstawie widzimisię sądu i niektórych polityków oraz będących na ich usługach historyków – orzeczono w sprawie historii sprzed 30 lat, mimo że inni historycy twierdzą coś zupełnie innego a kluczowe dokumenty z archiwów rosyjskich i amerykańskich są do tej pory utajnione. Innym kuriozum tego wyroku było oskarżenie podsądnych (m.in. Czesława Kiszczaka) na podstawie Konstytucji PRL, jak wiadomo uchwalonej przy czynnym udziale Józefa Stalina.
Ciekawe były reakcje na to kuriozum. Na początek Bogdan Borusewicz, który rzecz jasna jest bardzo zadowolony z wyroku. „To wyrok sprawiedliwy” – ocenia. Zaś na pytanie o podstawę prawną odpowiada tak: „Oczywiście zapisy konstytucji PRL były fikcyjne, ale prawo obowiązywało i mnie na podstawie tego prawa wiele razy skazywano na więzienie. Wychodząc z takiej tezy nigdy byśmy nikogo nie skazali za czyny popełnione w czasach PRL” („Gazeta Wyborcza”, 13.01.2012). Ciekawa interpretacja – trzeba było więc oprzeć się na „komunistycznej” Konstytucji PRL z 1952 roku (ze zmianami) – żeby „dopaść Jaruzela”. Śmieszność tej sytuacji polega na tym, że mściwi działacze „Solidarności” stanęli de facto na gruncie legalności PRL jako państwa. Przezwyciężyli w sobie wstręt do niego, byle tylko dopiąć swego i udowodnić, że prawda jest po ich stronie. Już widzę szyderczy śmiech Stalina: „No co, panowie Polaczki, bez mojej pomocy nie udałoby wam się nic”.
Stanowisko Borusewicza nie dziwi (choć jako człowiek pełniący funkcję marszałka Senatu mógłby zdobyć się na większy dystans), ale co powiedzieć o historyku, prof. Andrzeju Paczkowskim, który odnosi się do największego kuriozum orzeczenia sądu, czyli uznania, że twórcy stanu wojennego są winni „zbrodni komunistycznej przez udział w grupie przestępczej pod kierunkiem Wojciecha Jaruzelskiego”. Każdy poważny historyk by to wyśmiał. Tymczasem pan profesor mówi tak: „Akt oskarżenia koncentrował się wokół „związku przestępczego”. Ewidentnie Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON) najbardziej odpowiada takiemu określeniu. Co prawda tworzyli ją ludzie pełniący funkcje publiczne, ale Jaruzelski wybrał ich i skrzyknął nie ze względu na te funkcje. WRON nie miał żadnego umocowania prawnego. Był więc związkiem jawnym, ale przestępczym i nielegalnym” („Superexpress”, 14. 01.2012). Jest to – przyznam – opinia dla pana profesora kompromitująca, widać wziął w nim górę temperament działacza „Solidarności” a nie chłodne oko badacza.
Oczy otworzył mi dopiero materiał w „Rzeczpospolitej” (14-15.01.2012) zatytułowany „Znalazł sposób na Kiszczaka”. Po jego przeczytaniu można sobie wyrobić zdanie na temat – o co w tym wszystkim chodziło. Zacytujmy tekst: „Już samo uznanie winy byłego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka za wprowadzenie stanu wojennego to ogromny sukces. Jego główny autor – prokurator Piotr Piątek, naczelnik krakowskiego pionu śledczego IPN – odbiera gratulacje. – To jedyny prokurator, który doprowadził rzecz do końca. Szkoda tylko, że wyrok zapada tak późno, a tyle zbrodni PRL wciąż nie jest rozliczonych – mówi Ryszard Majdzik, działacz „S” ze Skawiny, internowany w czasie stanu wojennego. Piątek bardzo przeżywał proces autorów stanu wojennego, rozpoczęty trzy i pół roku temu. Przyznaje, że kilka lat śledztwa i procesu odbiło się na jego życiu rodzinnym i zdrowiu”.
Walka była ostra, bo – jak sugeruje gazeta – szło o przyszłość pionu śledczego IPN, powszechnie krytykowanego jako niepotrzebnego i kompromitującego. Piątek swoim „sukcesem” miał udowodnić, że jednak jest on potrzebny i skuteczny. Nic więc dziwnego, że: „Pogratulowaliśmy sobie po procesie – mówi Ewa Koj, naczelnik katowickiego pionu śledczego IPN”. Przypomnijmy, Ewa Koj to pani, która wymyśliła dochodzenie w sprawie śmierci gen. Władysława Sikorskiego zakończone ekshumacją ciała Generała za 100.000 zł. Poszukiwania kuli w czaszce Naczelnego Wodza (nie wiem czy sowieckiej czy angielskiej) nie powiodły się.
Na koniec opinia jednego z niewielu trzeźwych, czyli Tomasza Wołka, który w audycji w radiu TOK FM podsumował ten dance macabre następująco: „Niezależnie od tego, że ówczesne władze naginały prawo – nawet to załgane, PRL-owskie – to nazywanie ich przestępczym związkiem zbrojnym, czyli operowanie kategoriami jakiegoś gangu, jest absurdem! Nie było wtedy innej władzy. Myśmy z tą władzą walczyli, przeciwstawialiśmy się jej, ale nazywanie tego przestępczym związkiem jest dla mnie czymś kompletnie niedorzecznym. Gdyby to było tak, że walczą dwa obozy władzy, gdzie jeden podstępnie, metodami mafijnymi wydziera władzę, to dobrze. Ale to była jedna jedyna władza wtedy”.
Racja, a co z takimi osobami, jak Jan Paweł II, Prymas Józef Glemp, George Bush, Margaret Thatcher, a także Lech Kaczyński – którzy spotykali się z Jaruzelskim po 1981 roku, rozmawiali z nim, doceniali, nieraz bardzo chwalili? Tymczasem, wedle sądu i IPN – spotykali się z szefem „przestępczego gangu”. Oto do czego doprowadzili nas jakobińscy rewolucjoniści. I zdumiewa tylko jedno – jak wielu ludzi, wydawać by się mogło inteligentnych, ulega tym szaleństwom i aberracjom, jakże miałkim i prostackim. W wydanej właśnie książce pt. „Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego” i inne szkice” – prof. Andrzej Romanowski nazywa to „aksjologiczną katastrofą”. I trudno się z nim nie zgodzić.
Jan Engelgard
aw