Myślę. że trzeba obserwować panujące w Polsce i w Europie tendencje, ponieważ faszyzm jest u drzwi, a być może nawet jest już w środku.
Zacznę od refleksji osobistej. Z racji zawodowych raz w tygodniu pokonuję samochodem trasę między moim domem, położonym pod Warszawą, a Siedlcami. Jeżdżę tydzień w tydzień już o 6 lat. I tu ciekawa tendencja dotycząca długości podróży. Na samym początku czas podróży wynosił średnio 1,40-2 godziny (100-120 minut), w zależności od dnia i czasu podróży: w dni wolne i w godzinach wieczornych szybciej, w dni powszednie i w godzinach szczytu nieco dłużej. W ciągu tych 6 lat czas podróży ustawicznie rósł. Obecnie 2 godziny (120 minut) jadę w dni wolne. W dni powszednie czas ten zaczyna wynosić 2,20-2,30 (140-150 minut). Nie obserwuję przy tym specjalnie rosnącego natężenia ruchu; samochodów specjalnie nie przybyło. Ale przybyło po drodze przeszkód, a mianowicie rond i świateł (o znakach ograniczających szybkość nawet nie wspomnę). Droga pomiędzy Warszawą a Mińskiem Mazowieckim była ostatnimi czasy intensywnie remontowana. Paradoksalnie, po remoncie jedzie się nią znacznie wolniej niż przed remontem, a to z tej racji, że co kilometr podbudowano rondo, a co dwa kolejne przejście dla pieszych z obowiązkowymi światłami. Na szosie porobiono masę wysepek tak, aby utrudnić wyprzedzanie jadących tu dziesiątkami tirów. Droga międzynarodowa - łącząca Terespol z granicą niemiecką - w praktyce została przebudowana na drogę lokalną. I nie byłoby może w tym nic strasznego, gdyby obok biegła autostrada lub droga szybkiego ruchu. Tej jednak - przecież to Polska właśnie - oczywiście nie ma. Jest w jakiś dalekosiężnych planach rządowych, jednak je te opowieści między bajki włożę, podobnie jak wszystkie szumne zapowiedzi rządu Donalda Tuska...
Teraz, dla odmiany, włączyłem sobie TVN24. Obejrzałem program publicystyczny na temat planowanych nowych egzaminów na prawo jazdy i bajania jakiegoś dziennikarzyny dotyczące tego jak w Polsce nie przestrzega się ograniczeń szybkości. Zaraz porównano mandaty za przekroczenie prędkości w Polsce i w krajach unijnych, a przede wszystkim skonfrontowano je z wyidealizowanym wzorcem demokratycznego socjalizmu, czyli ze Szwecją, gdzie za przekroczenie prędkości o 10 km kierowcy dostają drakońskie kary, a za przekroczenie prędkości o 30 km zabierane jest im prawo jazdy. Słuchając rozmarzonego dziennikarza, opowiadającego o tym "szwedzkim ideale", oczyma wyobraźni widziałem te oddziały Gestapo, które z popularnymi "suszarkami" stałyby przy polskich drogach i wyłapywały wszystkich jadących szybciej niż o 10 km od nakazanego maksimum w rozmaitych "terenach zabudowanych", gdzie nie widać na horyzoncie żadnego domu. Pisząc w poprzednim zdaniu "wyłapywały wszystkich" rozumiem to jak najbardziej dosłownie: przecież dotyczyłoby to 100% kierowców. Tak z ręką na sumieniu: kto z nas, widząc znaczek "teren zabudowany" i nie widząc domów, zwalnia do 50 km na godzinę? No kto?
Nie tak dawno Parlament Europejski uchwalił apel do rządów, aby maksymalną prędkość w terenie zabudowanym obniżyć do 40 km na godzinę, argumentując, że liczba wypadków zmalałaby, a dochody z mandatów poważnie zasiliłyby budżety bankrutujących państw socjalistycznych. Zwracam jednakże uwagę, że gdyby maksymalną prędkość w terenie zabudowanym obniżyć do 30, a poza terenem zabudowanym do 50 km na godzinę, to liczba wypadków ofiar zmalałaby jeszcze bardziej. Gdyby obniżyć te wartości do 20 i 40 km to zmalałaby jeszcze bardziej. A gdyby w ogóle zakazać ruchu drogowego, to liczba wypadków i ofiar komunikacyjnych wyniosłaby ZERO!
Także pośród naszych ukochanych posłów 2 czy 3 lata temu pojawił się pomysł, aby drakońsko karać wszystkich przekraczających prędkość, nawet o... 1 km na godzinę. Posłom to łatwo takie rzeczy uchwalać, przecież oni mają immunitet i jakichkolwiek mandatów nie płacą. Jeden z polskich parlamentarzystów powiedział mi, że gdy zatrzyma go policja, to natychmiast wyciąga immunitet. Gdy zaś dostanie zdjęcie z fotoradaru, to nawet nie czyta takich pism, nie patrzy jakiej wysokości jest mandat. Pismo ze zdjęciem natychmiast ląduje w niszczarce, wszak "mam immunitet"! Patrząc z takiej perspektywy, łatwo jest uchwalać najbzdurniejsze przepisy drogowe, gdy ma się świadomość, że nie dotyczą one tych, którzy je uchwalają.
Wszystkie te dziwolągi, które zachwycają się modelem szwedzkiego faszyzmu drogowego, powinny poza tym pamiętać o pewnym drobiazgu, zasadniczo różniącym komunikację samochodową w Polsce, od podobnej w krajach zachodnich czy ich ukochanej demo-totalitarnej Szwecji. Otóż, w krajach zachodniego socjalizmu na szosach panuje autentyczny faszyzm, jezdnie podobne są do orwellowskiego Wielkiego Brata, bowiem monitorowane przez setki radarów, samochodów policyjnych z kamerami wycelowanymi na wszystkie strony i lotnymi posterunkami à la Gestapo ukrytymi w zaroślach. Mimo to, obok tych totalitarnych szlaków komunikacyjnych, gdzie strach przejechać 60 km zamiast 50, tuż obok znajduje się AUTOSTRADA, po której można poruszać się z szybkością czy to 130 km czy wręcz z prędkością dowolną! Tymczasem w Polsce, obok (planowanych) totalitarnych szos, nie znajduje się kompletnie nic!
Jak wygląda wymarzony socjalistyczny pojazd przyszłości? Ano taki, który byłby wyposażony w rodzaj GPS, który - niezależnie od woli samego kierowcy - podawałby do centralnej europejskiej bazy danych, wyposażonej w mega-komputer, wszystkie dane dotyczące tego, gdzie się znajdujemy, z jaką jedziemy szybkością itd. Komputer automatycznie naliczałby nam mandaty za przekroczenie szybkości o 5 km i pobierał nam odpowiednie kwoty z konta. A wtedy moja droga do Siedlec trwałaby albo 3,5 albo 2 godziny plus mandaty na łączną kwotę 2000 złotych. Ideał kontroli, no nie?
Adam Wielomski
Tekst ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!" i na portalu www.nczas.com