Pisząc z podziwem o różnych powstaniach (rzecz jasna przegranych) za każdym razem nadmienia, że ja nazwałbym je „ruchawką”, co ma świadczyć o mojej pogardzie dla tych szlachetnych zrywów, bo przecież były przeciwko Rosji (czy ZSRR). W najnowszym felietonie (w „Najwyższym Czasie”) pisze tak:
„Jak wiadomo, w roku 1956 na Węgrzech wybuchło powstanie przeciwko komunistom z centralą w Moskwie. Z powodu tej centrali pan red. Engelgard z „Myśli Polskiej” zapewne nazwałby je pogardliwie „ruchawką” – bo jużci – czy ktoś przy zdrowych zmysłach ośmieliłby się sprzeciwić umiłowanej Rosji zamiast – jak Pan Bóg przykazał – patriotycznie się jej nadstawiać? Więc węgierscy „chojracy”, którzy 23 października 1956 roku tę „ruchawkę” wszczęli, sami sobie byli winni, że już 24 października sowieckie czołgi wkroczyły do Budapesztu w obronie socjalizmu”.
Dowcipnie i śmiesznie? Prawda? Tylko, że to co pisze red. Michalkiewicz nazwać można niczym innym tylko robieniem sobie jaj z pogrzebu. Powstanie węgierskie było klasycznym przykładem tragicznego zrywu nie mającego żadnych szans na pomoc ukochanego Zachodu z Wujem Samem na czele. My o tym w 1956 wiedzieliśmy (po doświadczeniach 1944 roku), więc zachowaliśmy się czujnie. Węgrzy tego doświadczenia nie mieli – więc wierzyli święcie, że Wuj Sam stanie w ich obronie, wierzyli w audycje kontrolowanego przez CIA Radia Wolna Europa nawołujące do oporu i obiecujące, że „pomoc nadchodzi”. Złudzenia trwały krótko – podział świata na strefy wpływów był przestrzegany skrupulatnie przez wielkich tego świata. Nie wiem w związku z tym, czym zachwyca się red. Michalkiewicz opisując tę tragedię. Czy tak, jak nasze stalinowskie sierotki w 1956 roku próbowały nas podburzyć i rzucić na rzeź przeciw Moskwie, którą nagle znienawidzili, byle tylko odwrócić od siebie uwagę i zapobiec rozliczeniu za zbrodnie poprzedniego okresu? Czy red. Michalkiewicz nie pamięta kto wówczas w naszej prasie i radiu piał z zachwytu nad tym Budapesztem? Nazwisk nie wymienię, ale pewnie redaktor Michalkiewicz wie o kogo chodzi. I pewnie wolałby nie być wymieniany razem z nimi.
Ale ta „budapesztańska ruchawka” to tylko wstęp. W dalszej części mamy już o Jaruzelskim, stanie wojennym i „Myśli Polskiej”. Najpierw jedno kłamstewko: „W 1956 roku pojawił się nowy generał Wojciech Jaruzelski, co to jako jedyny opowiedział się za pozostawieniem w LWP marszałka Konstantego Rokossowskiego”. Już kilku historyków, w tym prof. Jerzy Eisler, pisało jasno, że jest to kłamstwo, ale mędrcy felietonu tak łatwo z takiego kąska nie zrezygnują. Potem jest już tylko o 1981:
„Jeśli socjalizm w jakimś socjalistycznym państwie jest zagrożony, to pozostałe bratnie kraje mogą, a nawet powinny, udzielić mu bratniej pomocy. I dopiero na tym tle możemy pojąć całą głębię przyczyn, dla których konserwatyści i prawica, zwłaszcza skupiona wokół „Myśli Polskiej”, nie może wytrzymać bez Związku Radzieckiego, a w ostateczności – przynajmniej bez Rosji i jej najwierniejszego syna – generała Wojciecha Jaruzelskiego. Tylko w Rosji bowiem potrafią właściwie tłumaczyć obiektywne i nieubłagane prawa dziejowe, a wszystkie te konieczności najlepiej potrafił objaśniać mniej wartościowemu narodowi tubylczemu właśnie najwierniejszy syn, generał Wojciech Jaruzelski. Mówiąc krótko – bez Rosji i bez generała Jaruzelskiego po prostu nie wiemy co myślimy – tak samo, jak michnikowszczyna bez pana red. Michnika. W ten oto sposób les extremes se touchent”.
I tu się pan redaktor wyłożył. Bo to nie „Myśl Polska” i ci pogardzani „konserwatyści i prawica” (nie wiem czy dobrze myślę, ale red. Michalkiewicz ponoć też jest konserwatystą, chyba że się mylę, może konserwatystą inaczej?) – wierzą Centrali, czyli Moskwie. A ta Centrala przekonuje od lat, w osobach różnych marszałków i ich adiutantów, że nic wam przecież w 1981 roku nie groziło, mogliście sobie robić co chcieliście, myśmy nie mieli zamiaru ruszyć palcem. I red. Michalkiewicz im wierzy! Kto by pomyślał, człowiek, który wylał morze atramentu przekonując czytelników o niecnych zamiarach Moskwy, wierzy marszałkowi Kulikowowi i strażnikowi ortodoksji stalinowskiej Susłowowi! Cholera, ale Jaruzelski im nie uwierzył. Co za skandaliczny brak patriotyzmu i zdrada! Tak oto, jak słusznie pisze red. Michalkiewicz, „les extremes se touchent”. Nasi dzielni insurekcjoniści-antykomuniści z red. Michalkiewiczem-Razwiedką na czele i towariszcz Susłow i marszał Kulikow – hurrrra!
Na koniec jeszcze raz pozdrawiam pana redaktora, bo go mimo wszystko cenię.
Jan Engelgard
aw