Na prawicy mało interesujemy się lewicą. Traktujemy całą część tamtej sceny politycznej jako gigantyczną "nierzeczywistość" czy wręcz "otchłań" i nie chcemy nawet wiedzieć co się tam dzieje. Fakt, że lewica w ostatnich latach była politycznie zmarginalizowana sprzyjał tej tendencji. Skupiliśmy się na sporach Tuska z Kaczyńskim i zapomnieliśmy, że na lewo od POPiSu jest jeszcze pole czarcie.
Piszę o tym, ponieważ na lewicy właśnie się zagotowało i - jak się wydaje - będzie się gotować coraz mocniej. Nie traktuję z powagą "lewicowości" Janusza Palikota. Człowiek, który nie tak dawno wydawał OZON razem z Tomaszem Terlikowskim, finansował druk książki Ernsta Jüngera i zamierzał budować "pokolenie JP2" jako lewicowiec zaufania budzić nie może. Palikota wydają się rozsadzać ambicje osobiste, ma wielki ciąg na władzę. Idee mają charakter wtórny. Może to być polityczna nadbudowa do "pokolenia JP2", a może być i obrońcą sodomitów i transwestytów. Palikot wyczuł słabość Grzegorza Napieralskiego, znalazł miejsce, stworzył partię i wziął 10%. Gdyby wyczuł podobną słabość po prawej stronie, to stworzyłby formację narodowo-katolicką i wyparł Jarosława Kaczyńskiego. Idee są wtórne wobec żądzy władzy. Publika jednak tę zabawę w lewicowość kupiła, zachwyciła się "nowością" i poparła polityka z Biłgoraju. Podejrzewam, że on sam - popijając wieczorem dobre winko - zaśmiewa się oglądając posłów wybranych do Sejmu ze swojej listy.
Upadek polityczny Napieralskiego postanowił wykorzystać nie tylko Palikot, ale także Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. Ten ostatni zręcznie okiwał przedstawiciela "kawiorowej lewicy", czyli Ryszarda Kalisza i przejął ster władzy w SLD. Widząc kompromitującą wywrotkę Kalisza i nie mając poważnego kontrkandydata dla Millera, Kwaśniewski postanowił zrobić ruch do przodu i zaproponował zjednoczenie pod swoimi auspicjami całej polskojęzycznej lewicy - tak tej od Millera, jak i tej od Palikota. Ten ostatni Kwaśniewskiego poparł, gdyż wie, że były Prezydent byłby rodzajem "autorytetu moralnego" zjednoczonej lewicy, podczas gdy realną władzę miałby on sam. Dlatego Leszek Miller - dla którego Palikot zdaje się zaplanował stanowisko wiceprzewodniczącego zjednoczonej lewicy - wyraźnie sprzeciwił się projektom federacyjnym, ponieważ oznaczałyby jego marginalizację i przejęcie władztwa nad tą częścią sceny politycznej przez "lewicę kawiorową", czyli tandem Kwaśniewski-Palikot. Powtórzymy: dopóki Leszek Miller będzie przewodził SLD, dopóty nie dojdzie do wchłonięcia SLD przez Ruch Palikota.
Ktoś powie: a co nas to wszystko obchodzi? Obchodzi to nas bardzo mocno. Po pierwsze, wspólny elektorat SLD i Ruchu Palikota to 18% głosów. Hipotetyczna Zjednoczona Partia Lewicy miałaby więc w Sejmie ok. 100 posłów. Te 18%, rozbite na dwie partie, daje zaledwie 69 mandatów, czyli 31 lewaków mniej. Wyobraźmy sobie dodatkowe kilkadziesiąt osób takich jak Biedroń, Grodzka, Senyszyn itd. Chcemy tego? Podział lewicy realnie zmniejsza jej siłę wyborczą, ponieważ istniejąca ordynacja jest niekorzystna dla małych partii, które nie wiele przechodzą ponad próg wyborczy.
Po drugie, Zjednoczona Partia Lewicy, mając 100 mandatów, miałaby szansę wejść w koalicję rządową, a po któryś tam wyborach nawet wygrać i ukonstytuować własny rząd. Wszak demokracja to system w którym socjaliści dochodzą do władzy stosunkowo częściej niż ludzie myślący zdroworozsądkowo. I teraz spróbujmy sobie wyobrazić rząd następujący: Janusz Palikot - premier; Robert Biedroń - minister edukacji narodowej; Anna Grodzka - minister zdrowia. Nie wiem jak Czytelnicy, ale ja zamiast premiera Palikota wolałbym w tej roli Leszka Millera; zamiast Biedronia Krystynę Łybacką; miast Grodzkiej Marka Balickiego.
Jak wspomniałem, nie wierzę w szczerość lewicowości Janusza Palikota. Wierzę jednak, że dla zrealizowania osobistych ambicji przywódczych jest zdolny podpalić mój kraj, zburzyć wszystko co tylko w Polsce ma charakter tradycyjny i chrześcijański; oddać Polskę na łup Brukseli i gejowskich aktywistów (co gorsze?). Jednym słowem: jest zdolny do przejścia przez kraj niczym czambuł tatarski, spustoszyć wszystko, zdeptać wszystko co nam cenne i drogie, aby tylko zostać premierem i utrzymać się przy władzy. I to go różni od Leszka Millera.
Miller to oczywiście nie jest mój świat ideowy, choć nie ukrywam, że mam dla byłego premiera pewien szacunek. Obserwowałem jego rządy i wiem, że obce jest mu lewicowe ideologiczne zacietrzewienie. To pragmatyk myślący w kategoriach racji stanu, a przynajmniej tak jak tę rację pojmuje, o czym świadczy sprawa Kuklińskiego. Wiemy, że Miller uważa Kuklińskiego za zdrajcę, jednak - w imię racji stanu - zmienił w tej kwestii zdanie. Wiemy, że nie jest przychylny Kościołowi, ale dla integracji z UE poszedł na liczne kompromisy z duchowieństwem. Co więcej, kiedy patrzę na Leszka Millera, to mam nieodparte wrażenie, że gdyby nie jego biografia, gdyby nie komunizm, to byłby to dziś polityk konserwatywnej prawicy. Tak, to jest polityk o prawicowej mentalności, którego losy złączyły z tradycją PRL. Sam kiedyś określił się mianem "konserwatysty PRL" i jest to znakomita charakterystyka.
Jeśli więc stoimy dziś w obliczu totalnej konfrontacji o przywództwo na lewicy pomiędzy Kwaśniewskim i Palikotem z jednej strony, a Millerem z drugiej, to nie mam żadnych wątpliwości po której stronie jest moja sympatia. Polityka jest miejscem, gdzie rządzi zasada "mniejszego zła". I nie mam wątpliwości, że dziś (na lewicy) tym mniejszym złem jest Leszek Miller. Polityk ten stoi na gruncie swojego rodzaju prawicowego heglizmu, czyli koncepcji lewicy etatystycznej, ale bez fajerwerków światopoglądowych, bez ideologii politycznego sodomityzmu, bez feministycznych czy ekologicznych wygłupów. To stara, dobrze nam znana postleninowska autorytarna lewica, jakże odległa od idei emancypacyjnych charakterystycznych dla "lewicy kawiorowej". Dlatego życzę dziś Leszkowi Millerowi zwycięstwa nad Januszem Palikotem.
Adam Wielomski
Tekst ukazał się w tygodniku "Najwyższy Czas!"
PS
Mam oczywiście świadomość, że judeochrześcijańscy antykomuniści niczego z tego tekstu nie zrozumieją, bo zaślepia ich dogmatyczny antykomunizm i widzą w Leszku Millerze tylko komunistycznego aparatczyka. Ciekawe jest to, że czym dalej od 1989 roku, tym bardziej antykomunizm staje się radykalniejszy. Jako rzecze klasyk: walka klasowa zaostrza się w miarę budowania socjalizmu.