„Życie z dziurą w potylicy” („Rzeczpospolita – Weekend”, 7.01.2012) to artykuł o tchórzostwie polskich elit bojących się „prawdy” niewygodnej rzecz jasna dla Rosji. W tekście czyni paralelę między milczeniem w sprawie zbrodni katyńskiej (w imię „realizmu politycznego”, którego w takim wydaniu redaktor Z. nie znosi), a milczeniem w sprawie „zbrodni smoleńskiej”.
Pisze: „Rządowy tupolew z dwoma prezydentami RP – aktualnym i byłym prezydentem na wychodźstwie – bohaterską Anną Walentynowicz i kilkudziesięcioma innymi wybitnymi obywatelami spadł pono wypadkiem, bo we mgle podczas próby lądowania zahaczył skrzydłem o drzewo. Zahaczył, bo rosyjski kontroler upewniał pilotów, że są „na kursie i na ścieżce", ale nauczyliśmy się już nie wypominać tego Rosjanom, w końcu wiadomo, jacy są drażliwi, i jak bardzo naszym zachodnim sojusznikom zależy na tym, żeby polskie fobie nie komplikowały im stosunków z tak ważnym graczem światowej polityki. Kilka miesięcy po Tragedii Smoleńskiej inny tupolew, pod względem konstrukcji kadłuba identyczny jak ten nasz, podczas przymusowego lądowania zahaczył o lasek i skosił kilkadziesiąt drzewek, żłobiąc w nim sporą przecinkę ? a skrzydła mu nie odpadły. Można zobaczyć zdjęcia z tego zdarzenia w Internecie”.
Chyba nie ma sensu wracać do dyskusji o przyczynach katastrofy, bo i po co. Wspomnę jedynie, że to, iż Tu-154 zahaczył o brzozę, to nie był rezultat wsłuchiwania się polskich pilotów w głos rosyjskiego kontrolera (tenże kontroler miał do dyspozycji stare sowieckie radary, które nie odczytywały wysokości, a poza tym nikt w kabinie nie reagował na jego słowa) – lecz błędnej decyzji o podjęciu lądowania w skrajnie niekorzystnych warunkach pogodowych (mimo komunikatu z wieży: „nie ma warunków do lądowania”) i odczytywania wysokości nie z tego wysokościomierza, co trzeba. Ale niech tam, redaktor pewnie i tak uważa to za kagiebowską propagandę. Recz w czym innym – red. Ziemkiewicz powinien jednoznacznie ogłosić, że jego flirt z realistyczną myślą Romana Dmowskiego definitywnie się kończy. Jego ideowe miejsce jest zupełnie gdzie indziej. Po co robić z siebie komedianta i męczyć się w przyciasnym kostiumie? Czyż nie lepiej odetchnąć pełną piersią? Wykrzyczeć swoje przeciwko Sowietom, Putinowi i ich krajowym sługusom, sprawcom zamachu? Od razu będzie lżej. Po diabła do tego ten Dmowski?
Teraz z nieco innej beczki, ale może wcale nie aż tak innej. George Friedman, jak czytamy w Wikipedii: „amerykański politolog żydowskiego pochodzenia, absolwent City College of New York”, nie tak dawno doradca amerykańskich dowódców wojskowych – udziela nam w wywiadzie dla tejże „Rzeczpospolitej” (31.12.2011 – wyd. internetowe) cennych rad, co mamy robić jako państwo. Oczywiście największym wyzwaniem jest rysujący się sojusz niemiecko-rosyjski: „Rosja, i Niemcy nie lubią Stanów Zjednoczonych i boją się ich. Rosja wierzy, że USA nieustannie próbują podkopać jej międzynarodową pozycję. Niemcy wierzą, że Amerykanie są nieodpowiedzialni i wikłają się w wojny, w których Niemcy nie chcą brać udziału. Te okoliczności sprawiają, że te państwa mają naturalny interes w pogłębianiu wzajemnej współpracy. To nie jest oczywiście relacja oparta na zaufaniu i przyjaźni, ale nie wszystkie relacje muszą być na tym zbudowane. Istnieje w końcu wiele małżeństw bez miłości. A układ Rosji z Niemcami jest właśnie takim małżeństwem z rozsądku”. Analiza z grubsza słuszna, choć autor zdaje się sugerować, że rosyjskie i niemieckie pretensje do USA są wymysłem. A co w takim razie radzi nam pan Friedman? Oto jego rada: „Rolą Polski jest pełnić rolę przeciwwagi dla tego układu”.
No i wszystko jasne. Jak się wydaje przez kilka ładnych lat tak właśnie robiliśmy, wyniki są znane. Amatorów wyciągania z ognia kasztanów w interesie Ameryki u nas nie brakuje, nawet bez rad Friedmana. W języku politycznym na taką postawę jest kilka określeń – wśród których „pożyteczni idioci” jest najłagodniejsze. Przy okazji nasunęło mi się takie pytanie – skąd się wzięła agresywna retoryka antyrosyjska i antyniemiecka w propagandzie i działaniach pewnej dużej partii? Z dogłębnej analizy zagrożeń? Z patriotyzmu i poczucia realizmu? Pozwalam sobie w to wątpić.
Jan Engelgard
aw