Mam jeden zasadniczy żal do generała Wojciecha Jaruzelskiego. Że zawsze z rękami „po szwam” słuchał Moskwy.
Ucichł jazgot związany z rocznicą 13 grudnia. Główny protagonista tamtych wydarzeń jest stary i umierający. Na pewno jednak zdaje sobie sprawę, iż u kresu jego dni w przestrzeni społecznej historyczny opis jego życia będzie obecny. Nieraz już słuchał złych słów, a nawet fizycznie cierpiał. Nie chcę tu wypominać generałowi efektów doktryny „mniejszego zła”. Poszkodowani i bliscy ofiar pacyfikacji nie przyjmą do wiadomości, że byli tylko mierzwą dziejów. Refleksję na ten temat generał już nieraz musiał podejmować i nie o to mi chodzi. Z pewnością wszakże, kiedy już w nowym systemie cieszył się nietykalnością, mógł wspomóc w dowolny sposób ludzi poszkodowanych w wyniku jego decyzji. Wierzę zresztą, że miał dość sumienia, by to wielkie zadanie podjąć. Bo usprawiedliwiać się można publicznie. A pokutować prywatnie też można.
Historyk nie powinien mieć do nikogo pretensji, bo jego zadaniem jest badanie historii, a nie przeżywanie jej. I cóż z tego? 1 maja 1982 roku widziałem bezwładne ciało dziewczyny pakowane do milicyjnego wozu na Krakowskim Przedmieściu… Czy to była Jola Lenartowicz? Widziałem też drastyczne sytuacje po 1989 roku, więc nie mam skłonności do wyróżniania stanu wojennego jako wyjątkowego okresu w dziejach. Przemoc powraca niezależnie od ustroju. Odrażająca głupota doraźnej przemocy domaga się od nas wszystkich równie szybkiej reakcji. Mordowanie rozpalonych patriotyzmem dziewczyn nikomu nie jest potrzebne, a na sprawców ściąga straszliwą odpowiedzialność. Niestety generał jako bezrefleksyjny wojskowy godził się na tę głupotę. Godził się także na bezosobową przemoc, na salwę „po wsiem” zarządzoną przez generała z Katowic, który postanowił przy pacyfikacji „Wujka” zastraszyć całą Polskę.
Mam więc żal do generała. Mam żal o wybór życiowy. O tę jego opcję fundamentalną, która tak wiele kosztowała innych ludzi. O to, że nigdy nie zapragnął być wolnym człowiekiem. Ale – póki jeszcze żyje – może o tę swoją wolność zawalczyć. Póki żyje, ma szansę.
Wojciech Jaruzelski, tłumacząc się żołnierskim obowiązkiem, całe życie wykonywał rozkazy z Moskwy. Dla mnie akurat nie jest ważne, że chodziło o Moskwę. Mógł to być Waszyngton, Pekin, Berlin, Bruksela - jakakolwiek stolica. Trafiło się, że podlegał akurat Moskwie. I dlatego właśnie wojsko, Wojsko Polskie, stało się – co nietypowe w obozie sowieckim – głównym promotorem zmian i – być może – przez krótki czas głównym ich beneficjentem.
Generał wykonywał rozkazy w latach 60-tych. W roku 1970 utorował drogę do władzy Edwardowi Gierkowi, a już niespełna sześć lat później uczestniczył w prowokacyjnej rewolcie przeciw niemu. Narażę się wielu znajomym, ale muszę zauważyć, że Gierek w warunkach niemal kolonialnych zrobił dla Polski więcej niż Donald Tusk w pozornie niepodległej Polsce.
Generale! Pewni ludzie w grudniu 1981 roku chcieli stworzyć alternatywny rząd. Dostałeś rozkaz i sprzeciwiłeś się im. Ale niebawem sytuacja zmieniła się diametralnie. W 1985 roku w Moskwie doszedł do władzy człowiek z tej właśnie grupy. Michaił Gorbaczow kazał Ci stawić się na dywaniku u Davida Rockefellera i Zbigniewa Brzezińskiego (w roli tłumacza). Natychmiast wykonałeś zadanie ku zgorszeniu własnych towarzyszy. W miejsce kryzysu zadłużeniowego dostaliśmy plan Balcerowicza. W miejsce rannego niedźwiedzia po Polskę sięgnęły nowe mocarstwa kolonialne. W miejsce PRON-u przyszli dawni rewizjoniści. Zawsze można powiedzieć: „Gdybym ja tego nie zrobił, zrobiłby to ktoś inny”. Ale debatę na temat tego usprawiedliwienia ludzkość już ma za sobą.
Generale, Polacy czekają na słowa prawdy od człowieka, który próbuje u schyłku życia trafić na ścieżkę do swojego niebieskiego Ojca. Od prywatnego człowieka nie wymaga się publicznych wyjaśnień. Szefowie (by nie rzec: „ojcowie”) narodów muszą się liczyć z publiczną odpowiedzialnością.
Marcin Masny
aw