W ciągu ostatnich pięciu lat
coraz głośniej w Polsce o tzw. ekumenicznej wspólnocie z Taizé. Jej nagła
popularność, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych, osiągnęła takie rozmiary,
że zjawisko to można bez przesady określić mianem fenomenu. Tym bardziej dziwne
jest, iż nie doczekało się ono dotąd wyczerpującej analizy z pozycji katolickich.
Główne dzieła animatora tej neoprotestanckiej grupy, Rogera Schutza (zwanego
czasem z niewiadomych powodów “bratem” – nie otrzymał on bowiem nigdy żadnych
święceń ) ukazały się bez koniecznej zgody władz Kościoła Katolickiego. Pomimo
to sprzedawane w rzekomo katolickich księgarniach wykupywane są masowo przez
młodzież, pochłaniającą je bezkrytycznie z wypiekami na twarzy. Niniejsze
opracowanie jest próbą analizy – pobieżnej siłą rzeczy – ideologii (używam tego
słowa z pełną odpowiedzialnością ) ruchu, który wywiera rosnący wpływ na
katolickie środowiska młodzieżowe w naszym kraju.
Sztandarową jego postacią
jawi się wspomniany już Roger Schutz – urodzony w Szwajcarii 12 maja 1915 r.
jako syn pastora, w rodzinie o wielowiekowej tradycji “reformacyjnej” sięgającej
XVII wieku. We wczesnej młodości w wyniku frustracji religijnych popadł w
agnostycyzm, z którego - jak sam opisuje w swoich wspomnieniach, wydobył się
dzięki lekturze jansenistycznych “Myśli” Pascala (znajdujących się nota bene na
indeksie ksiąg zakazanych). Od tej chwili dojrzewa w nim idea, której
urzeczywistnieniu odda się później bez reszty. Jest nią ekumenizm, ale
ekumenizm pojęty bardzo swoiście. Nie chodzi mu bowiem o powrót protestantów na
łono Kościoła, ale o “pogodzenie się z katolicyzmem bez porzucania wiary
protestanckiej”. W celu lepszego przygotowania do tego zadania rozpoczyna
obszerne studia teologiczne, a jego duchowym mistrzem staje się ... Marcin
Luter.
W tym miejscu, aby lepiej zrozumieć znaczenie tego faktu i jego wpływ na
dalsze kształtowanie się światopoglądu Schutza, wypada przypomnieć mniej
zorientowanym czytelnikom postać “wielkiego reformatora”, który wniósł tak
doniosły wkład w budowę ekumenizmu. Urodzony w 1483 r. W Eileben, po krótkim
przebywaniu w klasztorze Augustianów w Erfurcie porzuca stan duchowny, aby całą
swoja energię i niewątpliwy talent obrócić na zniszczenie Kościoła
Katolickiego. Eksponowany zwykle przez lewicowe podręczniki “epizod z
odpustami” odegrał w jego życiu znaczenie drugorzędne. Już w 1518 r. W dyskusji
w klasztorze Augustianów w Heidelbergu Luter formalnie wyłożył swoje propozycje
antykatolickie: negacji sakramentów, odrzucenia hierarchii, powszechne
kapłaństwo, usprawiedliwienie jedynie przez wiarę (bez uczynków ) i
predestynację. Śluby zakonne miał w głębokiej pogardzie. “Czy kto powie Bogu 'przyrzekam Ci obrażać Cię przez całe życie', albo czy Mu kto powie 'przyrzekam
Ci przez całe życie zachować ubóstwo i czystość', jest to wszystko jedno. Należy
przeto nie tylko zerwać podobne śluby, ale karać surowo tych, którzy je
wykonują i niszczyć klasztory do ich wytępienia”. (Krótkie wnioski o ślubach i
życiu klasztornym, Walcha, EXIX, p.797).
Dalej jeszcze posunął się w
atakach na Mszę św.: “Księża, którzy odprawiają mszę, zasługują na śmierć,
podobnie jak każdy bluźnierca publiczny przeklinający Boga na ulicy”. Niwecząc
wolną wole człowieka pisał: “Wszystkie rzeczy następują według nieodzownych wyroków
Boga. Bóg sprawia w nas zarówno złe jak i dobre i podobnie jak nas zbawia bez
naszej zasługi, potępia nas również bez naszej winy”. (De libero arbitio
dicribe, Walcha XVIII, p.19, 62). W zawierusze buntu chłopskiego Müntzera, który
nawiasem mówiąc sam wywołał podżeganiem do zrzucenia jarzma księży i panów –
poślubia Luter porwana z klasztoru Katarzynę Bora (jego zasady małżeńskie były
co najmniej dziwne: “jeżeli małżonka odmawia – udaj się do służącej, a jeżeli
ta nie chce, wystaraj się o Esterę i wypraw Waste, jak to uczynił król
Asswersus” /O pożyciu małżeńskim, p.11, fol.168/). W 1537 r. Błogosławił oddziały
Ligi Szmalkaldzkiej: ”Niech Bóg napełni was nienawiścią przeciw papizmowi”.
Zmarł 18 lutego 1546 r. – we relacji świadków pogrążony w przerażeniu – widząc
na łożu śmierci otwierające się przed nim piekło. Imię jego długo jeszcze było
sztandarem bandy “reformatorów” topiących we krwi całą Europę – podczas wojen
hugenockich, szwedzkich etc. (wszystko to nie zraża jednak Schutza, co więcej,
jest on zdumiony widząc “irracjonalizm przeszkód” (Jego miłość jest ogniem,
s.91), które spowodowały owe “wieki nieporozumień” (walka ludzi pokoju, s. 61).
Idzie nawet dalej zdobywa się bowiem na wspaniałomyślność- “Nie potępiam żadnej
ze stron (...) nie chcemy dowodzić, kto miał racje, a kto zawinił” (Walka ludzi
pokoju, s.64-65).
Abstrahując jednak od przeszłości spróbujmy ocenić szczerość
jego – jak to sam określa fascynacji katolicyzmem. Pomimo wielkiego szacunku
dla urzędu papieskiego, Taizé otwarcie neguje dogmat o nieomylności papieża w
sprawach wiary, co najdobitniej uwydatniło się po ogłoszeniu przez Pisa XII,
dogmatu o Wniebowzięciu NMP. Tego dnia Roger Schutz zapisał w swoim dzienniku:
“Dla nas jest to dzień żałoby” (Brat Roger- założyciel Taizé , c. 60).
Z kolei spróbujmy
przeanalizować kwestię zasadniczą – stosunek Taizé do sakramentów. Przez całą
“twórczość” Schutza przebija lekceważący stosunek do grzechu – tak typowy dla
luteranizmu: "Człowiek zostaje zwolniony
z ciężaru odpowiedzialności odziedziczonego przez przodków. Na czym polega więc
grzech ?(...) kto nas potępia skoro modlił się za nas Jezus (...) skąd się bierze
uczucie, że są potępieni, skąd ten ciężar obwinienia, który nie ma nic
wspólnego z grzechem ? (Niech twoje święto trwa bez końca, s.164), nie należy
się temu dziwić pamiętając słowa mistrza (M. Lutra) z listu do Melanchtona z
1521 r.: “Crede firmiter et pecca fortiter – silnie wiem, że Bóg ci odpuści i
grzesz jeszcze więcej”. We wspomnieniach z więzień kobiecych w Chile Roger
Schutz pisze: “Te kobiety nie są złe, u niektórych z nich jest pewne
rozdwojenie. Niektóre z nich to matkobójczynie. Ale one nie są złe ...” (Jego
miłość jest ogniem, s. 67).
Eucharystia – tu wypowiedzi
“brata” nie są nigdy jednoznaczne. Pewne sformułowania pozwalają jednak
domyślać się, iż jako luteranin w transsubstancjację (przemienienie) nie wierzy.
Wskazują na to również fragmenty jego książek o zupełnym braku zrozumienia
istoty tego sakramentu. Przebija z nich bowiem pragnienie, by “stworzyć dostęp
do komunii katolickiej tym wszystkim, którzy nie będąc katolikami szukają ...”
(Niech twoje święto trwa bez końca, s. 40). “Czy Eucharystia katolicka zawsze
pozostanie niedostępna dla niekatolików?” – żali się (jak wyżej, s. 38). W
żądaniu, by “umożliwić chrześcijanom uczestnictwo w tej cząstce kapłaństwa,
która każdemu z nas została powierzona” (jak wyżej, s. 127) przebija luterańska
koncepcja powszechnego Kapłaństwa. Pomimo parodiowania katolickiego
zgromadzenia monastycznego “bracia” odrzucają śluby posłuszeństwa jako
poniżające człowieka oraz negują celowość wszelkich wyrzeczeń i poświęceń,
które wytworzyły zastępy wielkich katolickich świętych. “Nie należy zamartwić
się wyrzeczeniami jakie chcemy sobie narzucić, lepiej spełniać w prostocie to
się co przejawia w danej chwili” (Jego miłość jest ogniem, s. 25).
Wszystko to nie przeszkadza
jednak stwierdzić bezczelnie w “Walce ludzi pokoju”, iż “zasadniczych różnic
należy się dopatrywać jedynie w negowaniu urzędu papieskiego i ostatnich
dogmatów dotyczących NMP” (Walka ludzi pokoju, s. 77). Parę stron dalej piszę z
rozbrajająca szczerością: “Mając w perspektywie łączność duchową nawet bardziej
powszechną nie możemy zerwać ze wspólnotą naszego pochodzenia (luteranizmem –
przyp. aut.)” (jak wyżej, s. 79). Zaiste, świetlany to wzór dla katolickiej
młodzieży – człowiek, który ceni bardziej przywiązanie do tradycji - i to
jakiej) od prawdy i zbawienia własnej duszy! Obok swej fascynacji Lutrem
Schutz wypowiada się przychylnie o osobie św. Augustyna, co jest o tyle
szokujące, ze ten ostatni całe niemal dorosłe życie poświecił bezwzględnej
walce z heretykami. Warto w tym miejscu sprecyzować pojęcie heretyka.
Prawdziwym heretykiem jest wg św. Augustyna ten, kto świadomie uznaje fałsz za
prawdę, mimo, że otrzymał od innych należyte pouczenie o fałszywości swej
nauki. Do heretyków nie zaliczał chrześcijan, którzy żyją w przekonaniu, że
taka jest nauka Kościoła Katolickiego, lub innych, którzy błąd odziedziczyli po
rodzicach – ale go uporczywie nie bronią i są gotowi porzucić go, jeśli się
przekonają o jego fałszywości (ks. P .Stach., Św. Augustyn w walce z heretykami,
Lwów 1930). Według św. Augustyna heretycy nigdy właściwie nie należeli do
Kościoła. Odnosi do nich powiedzenie św. Jana: “Z nas wyszli, ale nie byli z
nas, bo gdyby z nas byli - z nami byliby wytrwali”. W kwestii zbawienia heretyków
był zdecydowany: “Przypuśćmy wiec, że ktoś jest czystym, powściągliwym,
niechciwym, niekłótliwym, lecz cierpliwym i spokojnym, trzeźwym, umiarkowanym w
jedzeniu, że nie służy bałwanom, nikomu nie zazdrości, nikogo nie nienawidzi,
lecz jest heretykiem, to dlatego samego powodu, że jest heretykiem, nie posiądzie
na pewno Królestwa Bożego” (De bapt. IV, 43-169). Naukę tę potwierdziły
wszystkie późniejsze sobory i papieże.
Drugim świętym Kościoła,
który z niewiadomych przyczyn znalazł uznanie “proroka z Taizé ” i którego
często cytuje, jest św. Teresa z Avili. Są to oczywiście cytaty starannie
dobrane... Dla przeciwwagi przytoczmy wiec parę słów świętej, rzucających światło
na jej stosunek do ekumenizmu: “Wobec tych strasznych spustoszeń, jakie
wszędzie czynią heretycy, wobec tego wielkiego pożaru coraz dalej się szerzącego,
którego żadna siła ludzka ugasić nie zdoła, choć próbowano, ale daremnie,
wstępnym bojem i siłą oręża poskromić te niecne rozruchy, jak się to zwykło
czynić czasu wojny.(...) I jakże Stworzycielu mój tą samą miłością tchnące
wnętrzności Twoje znoszą to, by to co Syn Twój z taką żarliwą miłością uczynił,
by ten Najświętszy sakrament (...) w tak strasznej był poniewierce, że heretycy
wyrzucają Go z przybytków Jego i burzą kościoły Jego (...). Ileż to razy na
każdy dzień i w każdym miejscu widzisz Go Ojcze w ręku nieprzyjaciół nad nim
się pastwiących. Ile bluźnierczych profanacji i świętokradztwa dopuszczają się
na nim nieszczęśni heretycy” (Droga do doskonałości, s.3-33). Tyle święta
Teresa.
Szczęśliwie ekumeniczne
zapędy “brata” Rogera zostały zdecydowanie powstrzymane dekretem Świętego
Officium z czerwca 1948 r., zzkazującym wszelkiego rodzaju ekumenicznych imprez.
W 1955 r. zakazano odprawiać msze heretyckie w przejętym przez wspólnotę Taizé
opuszczonym kościółku romańskim. Toteż do początku lat 70-tych “bracia”
skoncentrowali się głównie na działalności politycznej. Mieli już w tej
dziedzinie spore doświadczenie. W latach powojennych działali aktywnie w
lewicowych związkach zawodowych w kopalniach Montceau les Mines, skąd zostali
usunięci za działalność wywrotową. W swoich zapiskach z lat 60-tych R. Schutz
stawia pytanie: “Co mogą uczynić chrześcijanie dla rozwoju?”. Odpowiedź jest
prosta: “Przede wszystkim uświadomić ludziom, a zwłaszcza chrześcijanom
niesprawiedliwość i nierówność w podziale dóbr”. Przy lekturze dzieł “proroka z
Taizé ” można odnieść wrażenie, ze walka o “ bardziej słuszny rozdział dóbr
wśród ludzi” (Jego miłość jest ogniem, s.121-122) i dążenie do zniesienia
“nieznośnych przywilejów części ludzkości, które wywołują wstrząs w najszlachetniejszych
wśród młodzieży” (Niech twoje święto trwa bez końca, s.100) jest zasadniczym
powołaniem grupy Taizé, znacznie ważniejszym od celu religijnej unifikacji. W
swoich wspomnieniach przesiąkniętych marksistowską retoryką zajmuje bowiem
Schutz postawę, której nie sposób nazwać umiarkowaną: “Nie wystarczy potępić
innych chrześcijan za używanie pieniędzy, żeby stać się żywą opoką ludu Bożego”
(jak wyżej, s.118).
Jego fascynacja marksizmem osiąga apogeum w 1968 r. Podczas
rewolucji na Sorbonie, gdy pod wpływem Marcuse’a i Sartre’a bandy
zdegenerowanych studentów francuskich zmieniły uniwersytet w dom publiczny,
wywieszając portrety Lenina, Trockiego i Che Guevary i transparenty “Ani Boga
ani pana”, niszcząc wszystko co znajdowało się w ich zasięgu – wzruszony Roger
bolał nad bezwzględnością sił porządkowych (Walka ludzi pokoju, s. 23). W tym
samym roku czynnie zaangażował się w obronę komunistycznego Wietnamu, wysyłając
list protestacyjny do prezydenta USA i współorganizując demonstrację
pacyfistyczne (jak wyżej, s. 113). W centrum jego zaangażowania leży jednak
Ameryka Łacińska – oczywiście ze względu na wielką liczbę bojowników o
“sprawiedliwość społeczną”, skupionych na okopach teologii wyzwolenia. Trzeba
bowiem wiedzieć, że prorok pozostaje w serdecznych stosunkach z jednym z
niezrównanych szermierzy czerwonej teologii – Arcybiskupem Helder de Camara,
którego głównym zmartwieniem jest “nierówność nędzy” w Brazylii (Niech twoje
święto trwa bez końca, s. 73). Mając na uwadze, iż marksizm zapewnia jej równość
(poprzez powszechność) dochodzi on do przekonania, że “Współczesny ateizm ma w
sobie coś z tęsknoty za humanizmem (...). marksizm jest w zasadzie humanizmem.
Człowiek w nędzy nie może czuć się wolnym w świecie. Ci którzy pozostali na
Kubie nie chcieli niczego innego jak tylko
wyrwania z biedy i nędzy” (J. Mackiewicz, Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy, s. 226 - 227). "Cała nasza akcja jest energiczną negacją nowo kolonialnego
kapitalizmu i tworzeniem państwa socjalistycznego” - twierdzą jego owieczki na
łamach “Exelsio” z 29.11.1969 r. Sam Schutz, po wizycie w Chile i spotkaniach z
rewolucjonistami, pisze: “Solidaryzuję się całym sercem po stronie tych młodych
chrześcijan i napisałem im o tym. Przygotowują się do tego, by pewnego dnia wziąć
broń do ręki i obalić tyranię – ale są bezinteresowni” (Niech twoje święto...,
s. 78). Solidaryzował się zresztą nie tylko z nimi – po obaleniu komunistycznego
prezydenta S. Aliende, wyrażał szczere współczucie z powodu “dramatu Chile” i
zaangażował się czynnie w ratowanie życia sekretarza chilijskiej partii
komunistycznej – Coplvolana (jak wyżej, s. 175).
Współbracia “proroka” nie
pozostają oczywiście w tyle. Najbliższy jego przyjaciel i współzałożyciel ruchu
– Max Thurian, w swojej książce “Marie mëre du Segneur” pisze: “Sprawiedliwość
polityczna i społeczna, równość praw i wspólnota dóbr, są to znaki miłosierdzia
Mesjasza podkreślone przez Jego Matkę. Stąd też Ewangelia zbawienia staje się
także Ewangelią wyzwolenia człowieka. Maryja jest pierwsza chrześcijanką i
pierwszą rewolucjonistką w ramach nowego ładu”. Nic dziwnego, że zdanie to
spotkało się z zachwytem jednego z czołowych ideologów teologii wyzwolenia –
zamieszkałego w Brazylii marksistowskiego franciszkanina Leonardo Boff.
Pracował on bowiem od dawna nad udowodnieniem, że ... hymn “Magnificat” jest
zwykłym plagiatem, gdyż jest skopiowany z różnych tekstów “Starego Testamentu”.
Na podstawie tego plagiatu stara się dowieść, że “Maryja żyła nienawiścią,
żądzą zemsty i buntem wobec Rzymian, a także i swych rodaków burżujów, życzyła
im przekleństwa Bożego i wzywała do rewolucji” (Ks. M. Poradowski, Kościół od
wewnątrz zagrożony, s. 219). Dla kontrastu wystarczy spojrzeć na karty encykliki
Leona XIII “Quod apostolici muneris” z dnia 28 XII 1878 r.: "Społeczeństwo
ludzkie, jakim je Bóg ustanowił, składa się z jednostek nierównych sobie, chcieć
zrównać je sobie jest niemożliwe i byłoby równoznaczne ze zniszczeniem całego
społeczeństwa (...) Równość różnych jednostek składających społeczeństwo jest w
tym jedynie, że wszyscy mamy swój początek w Bogu, Stwórcy naszym i wszyscy
zostaliśmy odkupieni krwią Jezusa Chrystusa i że będziemy wg swych zasług i
przewinień sądzeni przez Boga (...) Nierówność zatem stanu i imienia w
społeczeństwach ludzkich są konieczne (...) Człowiek w stosunku do dóbr ziemi
ma prawo posiadania tych dóbr, które niszczą się wskutek używania, jak i tych
których używanie nie niweczy (...) Prawo posiadania własności prywatnej jako
owocu pracy lub w drodze spadku albo darowizny jest prawem naturalnym”. Pomijam
w tym artykule wszystkie przypadki świętokradztw, bluźnierczych modlitw i
bezczeszczenia świątyń podczas organizowanych regularnie spotkań Wspólnoty
Taizé z młodzieżą, są one często przytaczane przez prasę, choć nie zawsze z
komentarzem potępiającym.
Nasuwa się więc pytanie: skąd bierze się owa zaskakująca popularność ugrupowania o charakterze jawnie
antykatolickim wśród młodzieży wywodzącej się z rodzin trwających od wieków
wiernie przy Kościele? Pierwszym powodem zdaje się być rozpaczliwie niski
poziom katechizacji, sprowadzającej się obecnie niemal zawsze jedynie do
koleżeńskiej rozmowy, dowcipów (nierzadko z rzeczy świętych) przy niemal
zupełnym zaniedbaniu dogmatyki katolickiej. Prowadzący katechizacje księża nie
potrafią “zapanować” nad młodzieżą, narzucić jej dyscypliny i przemawiać mocą
autorytetu nauczycielskiego Kościoła. Zniżając się do jej poziomu, zamieniają
wykłady w luźną rozmowę na tematy zupełnie czasami z religią nie związane.
Skutek jest oczywisty – znakomita większość “katolickiej” młodzieży kończącej
katechizację na poziomie szkoły średniej nie zna Credo, prawd wiary, a nawet
Dekalogu, nie wspominając już o przykazaniach kościelnych. Zanika zrozumienie
części roku kościelnego, liturgii, sensu istnienia zakonów (zwłaszcza
kontemplacyjnych), a często i sakramentów. Znaczna część “katolików” nie wierzy
w transsubstancjację, a utwierdza ją w tym przekonaniu lekceważący stosunek
kapłanów do Najświętszego Sakramentu. Nierzadkie są przypadki usunięcia
tabernakulum z miejsca centralnego kościoła i odprawianie nabożeństw tyłem do
monstrancji etc. Podczas wystawień Najświętszego Sakramentu część wiernych
siedzi z założonymi rękami i nogami, nie spotyka się to z żadnymi uwagami
kapłanów. Cóż - postęp ... Nic więc dziwnego, że tak przygotowana młodzież staje
się łatwym łupem dla różnego rodzaju sekt nawet jawnie protestanckich.
Większość nie zna po prostu żadnych różnic pomiędzy Świętą Wiarą katolicką a
herezjami (zwykle nie rozumie pojęcia “herezja”).
Drugim powodem jest bierna,
a czasem nawet przychylna Taizé postawa dużej liczby księży, zwłaszcza młodych,
wychowanych w duchu “wzajemnej miłości i tolerancji”. Oni właśnie przez swoje
nieprzemyślane i lekkomyślne postępowanie biorą na swoje sumienie
odpowiedzialność za tysiące (!) dusz odłączających się stopniowo i
systematycznie od Jednego Świętego Kościoła.
Odbyło się kolejne spotkanie
młodych w Budapeszcie. Można jedynie przypuszczać, ilu młodych zafascynowanych
“wiarą bez religii” porzuci po nim Kościół. Tymczasem w świątyniach katolickich
wprowadza się “modlitwy Taizé”. Jaki będzie finał ? Najwyższy czas, by ci, na
których spoczywa odpowiedzialność za Kościół, przypomnieli sobie słowa
Chrystusa: “Po ich owocach poznacie ich. Nie może drzewo dobre przynosić owoców
złych, ani drzewo złe przynosić owoców dobrych” (Mat 7,16-18.). Jak dotychczas
nie doniesiono z Taizé o przypadkach cudownych nawróceń z protestantyzmu na
katolicyzm. Za to w kierunku przeciwnym ....
Tomasz Maszczyk
Przedruk za "Pro Fide, Rege et Lege” nr 1(12)1992 r.
Oprac. Mariusz Matuszewski