Raport Makarowa
podkreśla, że z punktu widzenia Rosji wzrosło zagrożenie
konfliktami nadgranicznymi, tymczasem „w pewnych okolicznościach
konflikty o charakterze lokalnym i regionalnym mogą przerodzić się
w wojnę na większą skalę, nawet z użyciem broni jądrowej”. Od
publikacji dokumentu minęło kilka tygodni, w czasie których został
on histerycznie zaatakowany przez zachodnie, a zwłaszcza
amerykańskie media i ośrodki analityczne, zwłaszcza związane z
neokonami. Z kolei komentarze rosyjskie sprowadzają się do
konkluzji: „musicie pamiętać, że nasze bomby atomowe to nie
zabawki, tylko realne narzędzie odstraszania, z których nie
zawahamy się skorzystać w razie konieczności”.
Największe ryzyko
rozszerzenia ewentualnego konfliktu wiązane jest z sytuacją w
Afganistanie, Pakistanie, Azji Środkowej, a także z wszelkimi
sytuacjami przewidzianymi w pakcie Organizacji
Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Sztab Generalny zastrzegł
także możliwość udziału Rosji w rozwiązywaniu kwestii programów
jądrowych Iranu i Korei Północnej. Za potencjalny punkt zapalny
uznano też Arktykę i spory o zwierzchność nad terenami
zawierającymi złoża ropy i gazu. Gen. Makarow zaznaczył też, że
służby wojskowe Rosji rozpoznają techniki „stosowane przez
niektóre państwa i rządy” organizowania tzw. „kolorowych
rewolucji”. Szef SG nie wykluczył, że podobne działania mogą
być (a dziś już widać, że są) stosowane wobec Rosji.
Gen.
Makarow jednoznacznie określił tworzenie systemu obrony
przeciwrakietowej NATO, jako „istotne naruszenie równowagi sił i
stabilności strategicznej w ogóle”.
Raport
SG nie jest jednak bynajmniej pobrzękiwaniem szabelką. Makarow
uczciwie przyznaje w nim, że jeśli Rosja chce być liczącym się
graczem geopolitycznym, to musi nadrobić zaniedbania technologiczne
ostatnich dekad, m.in. w zakresie broni pancernej (czołgów T-90
ustępujących zdaniem generała np. izraelskim Merkavom, będącym
m.in. na uzbrojeniu Gruzji), czy systemów rakietowych, które mają
przecież być rosyjską odpowiedzią na tarczę. Co ciekawe,
eksperci z zakresu uzbrojenia nie podzielają czarnowidztwa szefa SG,
można więc założyć, że jego dramatyczne apele o dozbrojenie i
unowocześnienie armii są nie tyle odbiciem rzeczywistości, co
raczej dowodem na coraz większe apetyty kompleksu
wojenno-przemysłowego.
W
naszym myśleniu o Rosji mieszają się dwa sprzeczne stanowiska. Z
jednej strony jesteśmy przekonani, że „ruski niedźwiedź”
tylko czyha na naszą niepodległość, gotów do natychmiastowego
najazdu na Rzeczpospolitą. Z drugiej zaś drzemie w nas jednak
pogarda dla rosyjskiego potencjału, także militarnego, jako żywo
przypominające przedwojenne opowieści o tekturowych niemieckich
tankach i gipsowej Linii Zygfryda. Raport gen. Makarowa wskazuje, że
– o dziwo – częściowo mamy rację, a więc że Rosja zdaje
sobie sprawę, że dwie dekady demokracji opóźniły ją w
technologicznym wyścigu zbrojeń, ale że jednocześnie ciągle jest
mocarstwem, zdolnym zdmuchnąć przeciwnika z mapy świata.
Oczywiście też jednak z tej konstatacji należy wyciągnąć
wnioski zupełnie odmienne od tych, jakie łączą wszystkie polskie
główne siły polityczne. Zgodnie ze starą zasadą, że przyjaciół
należy mieć bliżej niż wrogów odradzające się imperium jest
dla Polski naturalnym sojusznikiem, zaś jego siły zbrojne byłyby
dla nas lepszym sojusznikiem, niż obcy dowódcy posyłający na
wojny neokolonialne. Zwłaszcza, że byłoby miło, gdyby to nie na
nas testowano użyteczność doktryny „taktycznego użycia broni
jądrowej”...