Tytuł tego eseju ma inspirować myślącego czytelnika do uświadomienia
sobie i przemyślenia powszechnej w społeczeństwie polskim niekonsekwencji. W
społeczeństwie tym, jeśli ktoś siebie przestawia jako frankofila, anglofila,
czy też jakiegokolwiek innego “fila”, w odniesieniu do partnerskich
narodów, z jakimi jesteśmy związani unijną wspólnotą europejską, to deklaracja
taka traktowana jest ze zrozumieniem, a co najwyżej z uśmiechem pobłażania dla
podobnego hobby. Z jednym wszelako znamiennym wyjątkiem: jeśli ktoś ma
odwagę powiedzieć o sobie “Jestem germanofilem”, automatycznie
ryzykuje narażenie się na ostracyzm
towarzyski, jako parszywa owca, skazana na pogardę ze strony “Prawdziwych Polaków”. Ktoś inny w
takim środowisku, za byle nieostrożną, pozytywną opinię o Niemcach, czy o
Niemczech, usłyszeć może epitet: germanofil. Bo wyraz ten w tym kraju
nie stanowi analogii do frankofila, anglofila, itd. : on jest tu wyzwiskiem,
mającym upokorzyć i zdyskredytować adwersarza. Co więcej adwersarz taki
rzadko kiedy odpowie: “Tak, jestem
germanofilem”; z reguły zareaguje on świętym oburzeniem i
pobiegnie do prokuratora albo sądu, żądając publicznych przeprosin za podobne ohydne
znieważenie jego osoby.
Kiedy narodziła się taka
jednostronna, zawzięcie antyniemiecka postawa?
“Prawdziwy Polak” odpowie na to, że istniała od zawsze, o czym
świadczy przysłowie: “Jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi
bratem”. A kiedy się to zmieni? Kolejna odpowiedź: Nigdy – patrz
wspomniane przysłowie.
Otóż jest to nieprawda. Wszelkie patologie społeczne są zjawiskami
historycznymi: można wyśledzić ich początek i racjonalnie prognozować czas ich
wygasania. W społeczeństwie polskim owa antyniemiecka fobia wybuchła i
przerosła w groźną epidemię dopiero u schyłku XIX wieku, kiedy dotarł tu
nowotwór nacjonalizmu, zrodzony wiek wcześniej w rewolucyjnej Francji i od
tamtego czasu, na podobieństwo komórek rakowych, rozlewający się coraz to dalej
ku wschodowi Europy. To właśnie ów nowotwór zrodził plemię “Prawdziwych
Polaków” ze wszystkimi jego zwyrodnieniami. Do tego czasu było to
społeczeństwo “Starych Polaków”, opłakujących swą wieloetniczną i
wielowyznaniową ojczyznę, którą była, zniszczona przez rozbiory, Rzeczpospolita
Obojga Narodów. Oczekiwało ono jej odrodzenia
zawsze i jedynie w granicach z 1771 roku, czyli przedrozbiorowych, kiedy
w poszczególnych tego państwa regionach, współżyły zgodnie, ze sobą przemieszane,
różne grupy etniczne, w tym także Niemcy,
dominujący liczebnie w nadbałtyckich regionach Rzeczypospolitej.
Celem nacjonalistów było stworzenie “Polski dla Polaków”.
Stanisław Mackiewicz-Cat, z pokolenia “Starych Polaków”, przeciwstawiał
się tej koncepcji, powtarzając słowa jednego z
jego kresowych pobratymców, które on skierowywałpodadresemzwolennikówPolskietnograficznej, nazywającich
pomniejszycielami ojczyzny[1].
Gwoli ścisłości, celem nacjonalistów było coś więcej, niż Polska
etnograficzna. Jej pierwowzorem było
napoleońskie Księstwo Warszawskie, z granicą wschodnią na Bugu i na Niemnie;
spodziewano się jego dalszego rozrostu na południu, aż po San; wtedy istotnie
tworzenie Polski etnograficznej zostałoby dokończone. Nacjonalistyczna “Polska
dla Polaków” miała sięgać dalej na wschód, obejmując Lwów i Wilno
oraz tyle tylko ziem kresowych o mieszanej etnicznie ludności, aby nie groziło
to, że Polaków byłoby w tym państwie mniej od
“mniejszości narodowych”, razem wziętych. Taką była logika
polsko-sowieckiego traktatu ryskiego z 1921 roku: “Polska otrzymała tyle
Ukraińców i Białorusinów ile mogła ich strawić – oto było zwycięstwo programu
Dmowskiego i Grabskiego”[2].
Następstwem takiego pomniejszenia ojczyzny było pozostawienie w
Sowietach wielkich grup osiadłej tam ludności polskiej, co dopiero obecnie
zostało surowo napiętnowane: “Odkąd w traktacie ryskim Polska opuściła
włościaństwo polskie na Ukrainie, w żaden sposób nie zabezpieczając jego
narodowych interesów, znikli oni ze świadomości narodu. II Rzeczpospolita
<godnie> poprzedzała PRL w swej obojętności na los sowieckich Polaków po
zakończeniu <repatriacji> lat dwudziestych”[3].
Dokładnietosamo można powiedzieć o Polakach porzuconych na
sowieckiej Białorusi. Wielu innych pozostało na Żmudzi w granicach niepodległej
Litwy i w Letgalii, stanowiącej przedrozbiorowe województwo inflanckie, w
południowo-wschodniej części niepodległej Łotwy.
U schyłku pierwszej wojny światowej we wszystkich tych narodach dokonał się
wielki przewrót; zapomniano o przedrozbiorowej ich wspólnocie, o granicach z
1771 roku i rozpoczęło się
rozszarpywanie jej ziem pomiędzy pięć państw narodowych, istniejących
na tym obszarze współcześnie. Z punktu widzenia nie tylko “Starych Polaków” ale
i podobnie myślących przedstawicieli pozostałych grup etnicznych z obszaru
przedrozbiorowego państwa, dokonała się wtedy zbiorowa zdrada przedrozbiorowej
ojczyzny, której ofiarą padli przede wszystkim ci wszyscy, którym nie dane było
znaleźć się w granicach własnego państwa narodowego. Niegdyś we wspólnym
państwie równi z równymi, teraz z dnia na dzień stawali się mniejszościami
narodowymi na ziemi, na której ich przodkowie od wieków zamieszkiwali.
Określenie to pejoratywnie dzieliło
potomków dawnej wspólnej ojczyzny na “swoich” oraz na niepożądanych w państwie narodowym “obcych”.
Natymtle oczywiście bezzasadnym i
nieuprawnionym było nazywanie międzywojennego państwa polskiego Drugą
Rzeczpospolitą. Do autorstwa tej
nazwy pretendowało kilku ówczesnych publicystów; z czasem upowszechniła się i
używa się jej niestety nadal. Międzywojenna Rzeczpospolita Polska była państwem
narodowym, gatunkowo zupełnie odmiennym od wieloetnicznej
Rzeczypospolitej Obojga Narodów. O jakiekolwiek po niej sukcesji nie może zatem
być mowy, tym bardziej, że byłoby to zawłaszczanie tego wieloetnicznego
dziedzictwa przez jeden tylko naród; identycznie jak ma to miejsce w bezmyślnie
upowszechnionym określeniu rozbiory Polski, zamiast rozbiory
Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Nacjonalizmpolski, akceptując
samoograniczanie polskiego stanu posiadania na wschodzie, rekompensował to
roszczeniami terytorialnymi na zachodnim pograniczu ziem polskich; Roman
Dmowski program taki uzasadniał słowami: więcej warta jedna gmina na
zachodzie, od jednego powiatu na wschodzie. Sprowadzałotonacjonalizmpolski na pozycje skrajnie antyniemieckie (czy antypruskie, co wychodziło
tu na jedno). Wiek XX, zapoczątkowany w tym duchu wydaniem książkowym Krzyżaków
Henryka Sienkiewicza, nagromadził niezliczoną ilość tekstów propagandowych
i pseudonaukowych, które przedstawiały dzieje stosunków polsko- niemieckich w
postaci daleko odbiegającej od prawdy historycznej. Endecką publicystykę z tego
zakresu wykorzystywała i pomnażała po 1945 roku propaganda komunistyczna w
procesie, jaki w jednym z moich esejównazwałem syndromem endekomuny[4].
Przed 1989 rokiem odkłamywać ją można było tylko w zachodnich publikacjach
emigracyjnych. W ciągu minionych ostatnich dwudziestu lat wiele w tej sprawie
poczyniono w kraju integrującym się z Unią Europejską, ale wcześniejsze
wychowanie kilku polskich pokoleń edukacją prowadzoną w duchu tej
antyniemieckiej propagandy, pozostawiło trwałe ślady, po dziś dzień dające o
sobie znać.
Ze “Starych Polaków” z polskim
nacjonalizmem, od zarania jego pojawienia się, walczył piórem Władysław
Studnicki, tłumacząc, że gdy 80 procent terytorium dawnej Rzeczypospolitej
należy do zaboru rosyjskiego, poddawanego brutalnej rusyfikacji, dawanie
priorytetu w polityce polskiej hasłom i programom antyniemieckim, służy
świadomie, czy nieświadomie, odwracaniu uwagi od postępowania głównego zaborcy.
Zaborca ten chciał skłonić Polaków do udziału w ruchu panslawistycznym, dążącym
do tego, aby wszystkie słowiańskie strumienie znalazły swe ujście w
rosyjskim morzu. Zgubneskutki tej, w założeniu rasistowskiej,
ideologii przedstawił Studnicki w 1903
roku, w artykule Naród się zgubił (o tytule przejętymz Wyzwolenia
St. Wyspiańskiego): “Inni
nasi politycy bez busoli narodowej czepiają się pokrewieństwa lingwistycznego
jako kryterium polityki. Są oni Słowianami – może dlatego, że jedni z nich
jeszcze nie stali się Polakami, inni już być nimi przestali. Nasi Słowianie
majaczą nieraz o walce świata germańskiego ze słowiańskim. <W walce między
zachodnią i wschodnią cywilizacją, która się toczy po cichu, a kiedyś wybuchnie
jawnie, jeżeli nie chcemy wyprzeć się i zgubić siebie samych, muśimy trzymać z
Zachodem, a nie ze Wschodem> - pisał St. hr. Tarnowski w swym dziele: <Z
doświadczeń i rozmyślań>. Słowa te niech wezmą pod rozwagę nasi
słowianofile.[5]”
Kiedy zabiegi te wobec społeczeństwa polskiego
zakończyły się kompletnym fiaskiem, zmodyfikowano tę carską propagandę motywem wspólnej
słowiańskiej walki z odwiecznym zalewem germańskim, który, w zbieżności z
podobną propagandą nacjonalistów polskich, bałamucił umysły polskich poddanych
w carskim imperium. Wtedy to, w 1907 roku, Władysław Studnicki opublikował
artykuł Chorzy na Prusaków, któryiobecnie, poupływiewieku, niestracił swej aktualności. Pisał w nim: “Nasz
skołatany organizm narodowy przeżywa różne cierpienia. Od paru lat jesteśmy
chorzy na Prusaków. Ta choroba psychiczna jest wynikiem hipnozy, uprawianej
przez szereg szarlatanów politycznych, oraz realnych objawów w zaborze pruskim,
które dzięki szarlatanerii publicystyki usunęły ze świadomości naszej wszelką
inną dolegliwość narodowego organizmu. Chorzy na Prusaków są ubezwładnieni,do
żadnego czynu politycznego niezdolni, majaczy się im zawsze: Prusacy idą.
Chorzy na Prusaków każdy objaw polityczny wstręt w nich budzący, przypisują
Prusom. Dodajmy, że choroba ta czepia się słabej lub osłabionej inteligencji[6].
Europa dojrzewała już do Wielkiej Wojny,
gdy Studnicki opublikował w 1910 roku w Poznaniu najobszerniejszą ze swych
licznych książek – Sprawę polską. Wyliczył w niej 15 wojen, jakie
przedrozbiorowe państwo toczyło z caratem, a po nich trzy powstania
ogólnonarodowe, także przeciwko carskiej
Rosji skierowane, dla wykazania, że w nadchodzącej wojnie potrzebny będzie
zbrojny udział Polaków w walce z tym głównym zaborcą ziem Rzeczypospolitej.
Stawiał na przyjaźń i współpracę polsko-niemiecką, jako na drogę do odzyskania
niepodległości. Jego aktywne podczas pierwszej wojny światowej zaangażowanie w
ten program polityczny sprawiło, że po Wielkim Dniu, 5 listopada 1916
roku, kiedy wspólnym aktem cesarzy obu mocarstw centralnych postanowiono
odbudowę niepodległej Polski, wicekanclerz niemiecki Erzberger w swych
pamiętnikach nazwał Władysława Studnickiego “ojcem aktu piątego
listopada[7]”. Studnicki swej postawie rzecznika przyjaźni
polsko-niemieckiej pozostał wierny aż do zgonu w 1953 roku – zarówno w
dwudziestoleciu międzywojennym, jak i pod okupacją niemiecką podczas drugiej
wojny światowej oraz po tej wojnie na emigracji w Londynie. Tę swoją idee
fixe uzasadnił w Wyznaniu germanofila polskiego, opublikowanym
w 1932 roku w “Wiadomościach
Literackich” w ten sposób: “Mówię z podniesionym czołem: <Jestem
germanofilem polskim>. Czy znajdzie się polityk, który będąc moskalofilem,
powie to o sobie? Moskalofilstwo bowiem to przystosowanie się do niewoli, do
jarzma rosyjskiego; germanofilstwo natomiast u Polaka, pochodzącego z zaboru
rosyjskiego, który obejmował 80% naszego terytorium historycznego, było
dążnością do wyzwolenia politycznego Polski, do bytu samodzielnego. Kto realnie
ujmował sprawę polską ten zrozumiał, że tylko opancerzona pięść niemiecka
zdolna była do rozbicia Rosji, do oderwania od niej tak olbrzymich połaci kraju
polskiego, że o wcieleniu, o asymilacji nie mogło być mowy, że więc musiała
nastąpić prawno-państwowa odrębność Polski.[8]”
Władysław Studnicki, jako rzecznik przyjaźni
polsko-niemieckiej, zajmował w swojej epoce niekwestionowane miejsce czołowe w
społeczeństwie polskim. W porozbiorowych pokoleniach “Starych Polaków” nie
był on w tym odosobniony. Wystarczy sięgnąć do ich tekstów, by się przekonać,
jak daleko w przeszłość dziejową sięgają tradycje przyjaznych stosunków polsko-
niemieckich. Kustosz muzeum raperswilskiego, historyk Franciszek Henryk
Duchiński (1816-1893), wcześniej już demaskował brednie panslawistów o
odwiecznej wrogości i walce między Słowianami a Germanami: “Tu okazujemy, że
taka nienawiść narodu naszego ku Niemcom, jaka się okazała od roku 1848, jest
rzeczą nową, sztuczną, jest wyrobem panslawistów, Moskali; że, jeżeli biliśmy
się z Niemcami na Psim Polu za Bolesława Krzywoustego, to odtąd aż do 1848 roku
byliśmy w harmonii z Niemcami, o tyle, o ile dwa sąsiedzkie obce sobie z
pochodzenia ludy mogą być w harmonii... Inaczej uczą Moskale i ich szkoły, ale
prawda jest prawdą. Tenże sam Bolesław Krzywousty połączony z Niemcami bił
Pomorzanów”[9]. Dlaczego? Gdyż nad pokrewieństwem
etnicznym górę bierze wspólnota cywilizacyjna. W jej to imię w XII wieku
Krzywousty, zbrojnie chrystianizował pogańskich Pomorzan, a saski Henryk Lew,
pogańskich Obotrytów w Meklemburgii: “Niesłuszna też skarga niektórych pisarzy
polskich na to, że Polacy walczyli razem z Niemcami przeciw owym Lechitom.
Pokrewieństwo bywa dwojakie: ze krwi i ducha; ta prawda wielka już na te czasy
i dziś jeszcze nie mniej potrzebna, bo wszakże i dziś głoszą nam niektórzy w
imię krwi połączenie z barbarzyńcami. Chcąc ocenić stosunki Polski ówczesnej do
Niemców, pamiętajmy, że łączyła nas z nimi jedność cywilizacji, z pogańskim zaś
Pomorzem łączyły tylko węzły krwi, bez pokrewieństwa ducha.[10]”
W obronie tej wspólnej cywilizacji, walczyli później ramię w ramię Niemcy i
Polacy, przeciwko Mongołom pod Legnicą w 1241 roku i przeciwko Turkom pod
Wiedniem w 1683 roku.
Święte Rzymskie Cesarstwo aż do upadku cesarskiej
dynastii Sztaufów w 1254 roku było w cywilizacji zachodniej instytucją
uniwersalną; cesarz czuł się uprawniony do występowania w roli arbitra w
sytuacjach konfliktowych. W sprawach polskich miało to miejsce czterokrotnie:
gdy Otton II zgromił zaodrzańskich margrabiów za ich samowolną napaść na
chrześcijańskie państwo Mieszka I w 972 roku; gdy Konrad II interweniował na
rzecz Kazimierza Odnowiciela, nakazując Czechom zwrot Śląska, zagarniętego
przez najazd Brzetysława; gdy Henryk V interweniował zbrojnie na rzecz
Zbigniewa, w braterskim konflikcie pozbawionym jego dzielnicy przez Krzywoustego;
gdy Fryderyk Barbarossa podobnie
interweniował na rzecz Władysława Wygnańca, pozbawionego praw seniora i jego
śląskiej dzielnicy przez pozostałych synów Krzywoustego.
Tych cesarskich interwencji w żadnym razie nie
wolno nazywać wojnami polsko- niemieckimi. Taką wojnę z “całą potęgą
niemiecką” w dziejach przedrozbiorowych stoczono tylko jeden raz, za Bolesława Chrobrego,
który zresztą ją wywołał. Przypomnijmy jak surowo imperialne podboje tego
władcy oceniał Adam Mickiewicz, w wykładach prowadzonych w College de France: “Obdarzony
wielkimi zdolnościami i siłami, często ich po ludzku źle użył, prawie zawsze po
pogańsku nadużył. We wszystkich jego układach z cesarzem dobra wiara jest po
stronie Henryka; król zawsze podchodzi i oszukuje. Zdrada merseburska,
wyrzucana cesarzowi, nie zgadza się ze znanym szlachetnym charakterem tego
monarchy. Puścił on wolno Mieczysława, którego miał w ręku, nie otaczał króla
szpiegami, nie buntował złotem przeciw niemu sług i krewnych. Król polski
okrutnie postąpił z Bolesławem czeskim, haniebnie z Ulderykiem. Na koniec
przyćmił sławę ostatniej wyprawy wojennej gwałtem dopełnionym na niewiastach i
zniszczeniem bezbronnego Kijowa, do czego nie miał innych powodów, oprócz chęci
zemsty lub zysku.[11]” Na drugą i ostatnią wojnę “z całą
potęgą niemiecką” przyszło czekać aż
do XX wieku: wybuchła ona w 1939 roku a rozpoczął ją Adolf Hitler. W obu
przypadkach imperialne podboje nie wyszły ich inicjatorom na dobre: Bolesław
Chrobry wprawdzie ukończył je zwycięskim pokojem, ale po jego śmierci koalicja
poszkodowanych terytorialnie sąsiadów, odebrała je wszystkie, co do jednego;
Adolf Hitler najpierw podbił prawie całą kontynentalną Europę, ale
ostatecznie wojna zakończyła się jego
całkowitą klęską, a jej inicjator odebrał sobie życie.
“Nacjonalistyczna teoria dziejów” do stosunków polsko-niemieckich zaliczyła także
konflikty Polski z krzyżackim Państwem Zakonnym. A jak to wykazał historyk Szymon Askenazy, była
to w rzeczywistości “historia z zupełnie innej bajki”: “Była potem
jedna, najwyłączniejsza, na śmierć i życie, walka z Zakonem. To znaczy
atoli,nie tyle walka z samą niemczyzną, jako taką, ile z jedną potężną
instytucją, która, jakkolwiek zrodzona u źródeł rzymsko-germańskiego imperium,
przedstawiała się przede wszystkim, jako zamknięte przedsiębiorstwo
kosmopolityczne, jako rodzaj zbrojnych
jezuitów we wschodnio-europejskim Paragwaju, która zarówno wydawała na rzeź
słowiańskie wsie, jak i niemiecki Gdańsk, zarówno ciemiężyła i wysysała podbitych
osadników niemieckich, jak tępionych tuziemców słowiańskich, i która też,
podcięta polsko-litewskim orężem została ostatecznie złamana i zwalona przy
dzielnej pomocy samychże duszonych przez nią Niemców, oddających się pod opiekę
polsko-litewskiego państwa.[12]”
Z kim tu polemika? Ano z Sienkiewiczem, którego “Krzyżacy”
dwalatawcześniejukazali się w wydaniu książkowym, a
w nich taki oto komentarz do bitwy pod Grunwaldem: “I nie tylko
przeniewierczy Zakon krzyżacki leżał oto pokotem u stóp króla, ale cała potęga
niemiecka zalewająca dotychcas jak fala nieszczęsne krainy słowiańskie rozbiła
się w tym dniu odkupienia o piersi polskie.[13]”
Pisał tę książkę człowiek wykształcony, który musiał zdawać sobie sprawę z
tego, że owa “cała potęga niemiecka” na polu bitwy grunwaldzkiej, to
wierutne kłamstwo. Krzyżacy byli brutalni jedynie wobec tych, którzy się im
przeciwstawiali: podbijanych pogańskich Prusów, atakowanych pogańskich
Litwinów, miast i wsi Królestwa Polskiego, podczas wyniszczających wojen,
toczonych za Łokietka i Jagiełły. To byli wrogowie zewnętrzni. A kim byli
wrogowie wewnętrzni Państwa Zakonnego? Ani pomorska ludność kaszubska, zajęta
bez reszty swą pracą powszednią, niezależnie od zmieniających się władców ich
kraju; ani rolnicza ludność Mazowsza, przenosząca się do wyludnionej Galindii, za czasów Państwa Zakonnego przekształcając
ją w
polskojęzyczne Mazury.
Wrogami wewnętrznymi Krzyżaków byli niemieccy
osadnicy, najbogatsza i najlepiej wykształcona część ludności Państwa
Zakonnego, przenosząca władzę świecką nad
teokratyczną władzę krzyżacką. Na Pomorzu Gdańskim wolała ona
Brandenburczyków od Krzyżaków, przez
tych ostatnich ukarana za to osławioną “rzezią gdańską” (w legendzie liczoną na 10 tysięcy ofiar,
przez współcesnych historyków zredukowana do kilkudziesięciu osób, głównie
spośród Niemców gdańskich; trzy lata później stłumienie przez Łokietka buntu
wójta Alberta, pochłonęło wielką liczbę ofiar spośród Niemców
krakowskich, z analogicznej jak w
Gdańsku przyczyny: ten akurat władca im nie odpowiadał). Gdy Brandenburgia przestała
się liczyć jako potęga, niemiecka ludność Państwa Zakonnego zaczęła się
skłaniać ku Królestwu Polskiemu. Po bitwie grunwaldzkiej Gdańsk złożył hołd
Jagielle, za co niemiecki burmistrz Leczkow i grupa niemieckich rajców została
ścięta przez Krzyżaków w Malborku. W końcu, w 1454 roku, niemiecka ludność
Państwa Zakonnego zorganizowana w konspiracyjnym Związku Jaszczurczym,
wypowiedziała posłuszeństwo Krzyżakom i oddała się pod opiekę króla polskiego.
Franciszek Duchiński skwitował to retorycznym pytaniem: “Czyż to nie Niemcy
z Chełmna, z Torunia, z Gdańska i z innych miast pruskich królewskich walczyli
przeciwko Krzyżakom? Nie oniż to powołali ojce nasze, abyśmy ich wybawili od
Krzyżaków? Oni to prezentowali się jako Niemcy, a Krzyżaków oskarżali jako wrogów
ludu niemieckiego.[14]”
W KrólestwiePolskim,później w RzeczypospolitejObojgaNarodów,
etnicznie pozostając Niemcami, prawnie czuli się Polakami, jako poddani króla
polskiego.“Wiedz Pan, iżem Polak”, pisał po niemiecku Daniel Chodowiecki
do swego niemieckiego przyjaciela. Wielu z nich z czasem polonizowało się,
nietylko w Prusach, lecz i w Inflantach, gdzie przypominał o nich Zygmunt
Gloger: “Część szlachty w Inflantach polskich pochodzi z rodów niemieckiego
rycerstwa Mieczowców, jak: Borch, Plater, Hilzen, Zyberk, Weissenhof,
Tyzenhaus, Grotus, Mohl, Denhof, Rejtan, Manteuffel i inni.[15]”
W uzupełnieniu do powyższego, należy jeszcze
skomentować dwa nacjonalistyczne mity. Pierwszy to mit Drang nach Osten, jako
zorganizowanego, złowrogiego naporu niemieckiego, wypierającego Słowian z ich
siedzib, rzekomo od tysiącleci w nich osiadłych. Drang nach Osten miał
miejsce, lecz w postaci zupełnie odmiennej od tego mitu. Kraje Młodszej
Europy[16],
organizującesię później od zachodniej części kontynentu i o rzadszym
od tamtych zaludnieniu, widziały w napływie osadników przyspieszenie własnego
awansu cywilizacyjnego. Z kolei osadników ściągała tam perspektywa poprawy
warunków bytowych. Obie strony były zatem z tej kolonizacji wewnętrznej zadowolone.
Temu spontanicznemu i pokojowemu Drang nach Osten towarzyszyłapieśń,
zapisana w średniowiecznej niemczyźnie, objaśniająca motywy tej migracji[17]:
Naer Ostland willen we riden,
Naer Ostland willen wy mee,
Al over de groene Heiden,
Frisch over de Heiden,
Daer isser en bettere Stee.
Ku Krainie Wschodu chcemy jechać,
Ku Krainie Wschodu chcemy bardziej,
Wszyscy przez zielone pustkowie,,
Żwawo przez pustkowie,
Tam będzie lepszy pobyt.
Słowianie i inni przybysze do Młodszej Europy w
kończących epokę antyczną wędrówkach ludów, unikali pasm górskich. Pozostawały
one bezludne aż do późnego średniowiecza, kiedy te potencjalnie bogate w
surowce obszary, ogarnęła kolonizacja wewnętrzna. W jej następstwie
niemiecki Drang nach Osten zaludnił Sudety, Tatry, Spisz, aż na linii
Popradu zderzył się z de nomine wołoskim, a de facto rusińskim
Drang nach Westen. Jakwidaćmigracje ówczesne były
wielokierunkowe, jak czego innym przykładem mazowiecki Drang nach Norden, zaludniający
Mazury.
Napływ obcych osadników prowokował nieraz
miejscowych do różnych w stosunku do nich złośliwości. “Kronika czeska”, z
początku XIV wieku, opisuje tego rodzaju
wydarzenie z 1300 roku: “Podczas gnieźnieńskiej koronacji Wacława II kazanie
wygłosił po łacinie przybyły w królewskiej świcie Jan, biskup tyrolskiego
biskupstwa w Brixen. Król zapytał grzecznościowo siedzącego obok arcybiskupa
Jakuba Świnkę, jak ocenia kaznodzieję. <Dobrze by mówił – odparł metropolita
– gdyby nie był Niemcem i psią mordą>. Psy, jak pamiętamy, to obiegowe wtedy
wśród Polaków określenie Niemców. Nie spodobały się te słowa królowi, <kto
bowiem – jak stwierdza czeski kronikarz – mówi takie rzeczy, pokazuje, że ma
język gorszy od psa; psi język daje wszak zdrowie, a język takiego człowieka wylewa
zabójczy jad złorzeczeń.>[18]”
Najciekawsza jest tutaj prezentacja tego incydentu w dobie rozpasanego
polskiego nacjonalizmu: “Charakterystyczne, że polscy historycy cytowali
chętnie tylko słowa polskiego arcybiskupa, mające świadczyć chlubnie o jego
patriotycznym nastawieniu, a pomijali na ogół kronikarski komentarz,
pokazujący, że już ludzie średniowiecza odnosili się nieufnie do takiego
zacietrzewienia.[19]”
AM.E