W Wielką Sobotę 23 kwietnia 2011 roku, gdy cały zachodni świat chrześcijański przygotowywał się do uroczystości Świętej Nocy Zmartwychwstania, minister spraw zagranicznych Republiki Francuskiej Alain Juppé na swój sposób pozdrowił chrześcijan Syrii, którzy Wielkanoc obchodzić będą trochę później. Nie ukrywał on bowiem słów potępienia dla tolerancyjnych przecież wobec chrześcijan władz syryjskich, krytykując użycie broni palnej przeciw demonstrantom już po zniesieniu stanu wyjątkowego, co minister szczególnie podkreślił w swej wypowiedzi. Siły porządkowe otworzyły ogień do protestujących, zabijając i raniąc kilka osób.
Od Wielkiej Soboty minęło już kilka dni i wydarzenia przybierają w Syrii obrót coraz bardziej tragiczny. Wypowiedź ministra skłoniła mnie do zastanowienia się nad nikłym zainteresowaniem, jakie wydarzenia na Bliskim Wschodzie wywołują wśród francuskiej opinii publicznej. Historycznie rzecz ujmując, Francja jako taka ma prawo do pewnego stopnia ingerencji w procesy zachodzące na obszarach jej byłej dominacji. W Syrii obecna była ona jeszcze w czasie II Wojny Światowej i jej obecności w tym kraju kres położyła dopiero Anglia. Podobnie jeszcze kilkadziesiąt lat temu Francja obecna była w krajach Afryki Północnej: w Algierii, w Maroku, w Tunezji, zaś cywilizacyjnie obecna była również w Egipcie.
Być może ta postkolonialna świadomość tłumaczy częściowo brak zainteresowania bliskowschodnią awanturą prezydenta Sarkozy’ego, choć Libia, do której wewnętrznych problemów Francja wmieszała się dużo wcześniej, nigdy nie była w orbicie wpływów francuskich. Być może przyczyną braku zainteresowania ostatnimi wydarzeniami (co jest wyraźne również u ludności pochodzenia arabskiego mieszkającej we Francji) jest ogólny marazm i coraz bardziej widoczne zmęczenie społeczeństwa.
Przyznaję, że sam bardzo długo wahałem się i nie poruszałem tego tematu z braku jasnego stanowiska w omawianej kwestii, co się tłumaczy faktem, że wiele już od trzydziestu lat widziałem interwencji wojskowych Francji poza jej granicami i instynktownie miałem wrażenie oglądania ciągle tego samego filmu. Wypowiedź ministra spraw zagranicznych skłoniła mnie wreszcie do następujących refleksji:
Republika Francuska nie ma moralnego prawa upominać rządów innych państw co do tego, jak należy rozwiązywać konflikty wewnętrzne. To dziedziczka Rewolucji 1789 roku i jest ona ze swej natury systemem krwawym i niejeden raz wykazała w przeszłości brutalność i okrucieństwo. Wyrosła z terroru, z masakr wrześniowych, z masakr w Wandei. Przypomnijmy chociażby słynne, a prawie dziś zapomniane „Dni Czerwcowe”, kiedy to II Republika zainicjowała swą krótką egzystencję, mordując między 22 a 26 czerwca 1848 roku 5000 robotników paryskich. To oznaczało 1000 zastrzelonych każdego dnia. Jest dla mnie zastanawiające, że żaden z przywódców arabskich nie wypomniał Republice Francuskiej tamtych wydarzeń.
Dawanie lekcji innym w imię praw człowieka stało się specjalnością demokracji zachodnich, gdyż zapomniały one najwyraźniej, że same są reżimami potencjalnie zdolnymi do niezwykle brutalnych represji. Zaangażowanie Republiki Francuskiej po stronie rebeliantów w Syrii jest również aktem wymierzonym przeciw rządowi kraju spokojnego i tolerancyjnego, popieranego przez większość ludności, w tym przez cieszących się wolnością chrześcijan.
O ile awantura syryjska ze strony Francji ma tylko charakter wojny nerwów, to ingerencja w wewnętrzne sprawy Libii miała od początku charakter wojskowy. Interwencja w Libii nie spowodowała jednakże nagłego wylania przez francuskich publicystów hektolitrów atramentu na papier, jak to miało miejsce w przypadku pierwszej wojny w Iraku. Wojna w Libii jest Francuzom obojętna. Na prawicy interwencje potępił znany publicysta i archiwista Emmanuel Ratier. Zrobił to jednak tylko na marginesie wypowiedzi dotyczącej zupełnie innego zagadnienia. Potępił ją również prawicowy i nacjonalistyczny tygodnik „Rivarol”, poparły zaś niektóre postacie upatrujące w prezydencie Sarkozym „katechona”.
Analiza „Rivarola” jest szczególnie frapująca. W dwóch kolejnych numerach z 25 marca i z 1 kwietnia przypisał on zaangażowanie się Francji przeciw Kaddafiemu dyspozycyjności Republiki Francuskiej wobec interesów Izraela. Nie dysponuję żadnymi materiałami, które mogłyby tę tezę poprzeć lub obalić, a dopatrywanie się przez „Rivarol” wpływów Izraela zawsze i wszędzie jest więcej niż przysłowiowe. Na szczęście „Rivarol” nie ograniczył się do tropienia spisku żydowskiego, przypominając również istnienie ideologii praw człowieka i Nowego Porządku Światowego, choć nacisk w analizie tego tygodnika położony został na wpływy państwa Izrael. Myślę, że „Rivarol” pomylił skutki z przyczyną.
Ponieważ jednak zaangażowanie się Francji po stronie różnej maści rebeliantów w krajach arabskich jest faktem, pozwolę sobie pokusić się o próbę odpowiedzi. Zaangażowanie to odpowiada zapotrzebowaniu innemu niż dbałość o interesy Francji i Francuzów, co powinno być głównym celem wysiłków rządu Francji. Nie odpowiada ono nawet sprawie pokoju społecznego na terytorium Francji, gdyż bierność mas muzułmańskich jest od pewnego czasu zastanawiająca. Odpowiada ono wyłącznie interesom mocodawców obecnego rządu Republiki, tak samo jak w 1968 roku interwencja polskich jednostek w Czechosłowacji odpowiadała interesom ZSRS, a nie interesom Polski, choć jeżeli się dobrze zastanowić, to położenie kresu wrzenia u południowego sąsiada mogło być wtedy w interesie Polski, biorąc pod uwagę nieuregulowane jeszcze wówczas do końca stosunki z Niemcami Zachodnimi.
Z przyczyn, które im są tylko właściwe (ideologia praw człowieka, globalizm, korzyści finansowe, chęć lepszego kontrolowania złóż ropy naftowej), siły rządzące światem zdecydowały się na spowodowanie zamętu w niektórych krajach arabskich, wykorzystując pewne realne niezadowolenia, których jakiś tam stopień istnieje zawsze w każdym kraju pod każdą szerokością geograficzną. Francja przyłączyła się do tych sił, bo utraciła suwerenność narodową, ale również dlatego, że ludzie nią rządzący podzielają globalistyczne zapatrywania, między innymi dlatego, że nie widzą dla globalizmu żadnej alternatywy, a również dlatego, że ugięli się pod potęgą globalizmu i jego pomysłodawców.
Nieżyjący już Serge de Beketch, jeden z najbardziej agresywnych krytyków reżimu i jeden z twórców współczesnej prawicy francuskiej, już kilkanaście lat temu powiedział publicznie, iż nie krytykuje rządu Francji za jego posunięć, gdyż prawdziwa władza znajduje się gdzie indziej. Nieco to prowokacyjne, ale częściowo prawdziwe.
Dziś polityka Sarkozy’ego jest dyspozycyjna wobec USA i globalizmu. Prowadzenie dyspozycyjnej polityki wobec potęg tego świata nie jest samo w sobie moralnie zdrożnym, jeżeli tylko polepsza sytuację kraju i ludności. Nie jest tak jednak, ponieważ choć daleko jeszcze do zakończenia wydarzeń na Bliskim Wschodzie, już owocują one masowym napływem imigrantów z południa, co prezydent Sarkozy stara sie rozpaczliwie powstrzymać. Dyspozycyjność wobec potęg światowych nie przynosi więc samej Francji żadnych korzyści, z wyjątkiem być może tylko tej jednej, że będąc sojuszniczką globalistów, sama unika na razie bombardowań i obcej interwencji.
Nie jest jasne, jak zakończą się obecne wydarzenia na Bliskim Wschodzie. Kraje arabskie, z wyjątkiem nielicznych, nie są niczym innym jak tylko wynikiem nieszczęsnej dekolonizacji i osłabienia Europy Zachodniej. Być może niepokoje podsycane będą w tych krajach bardzo długo. Doprowadziły one już do niezwykłego podniesienia się cen paliwa i do osłabienia wymiany handlowej. Zmierzamy prawdopodobnie do ogromnej drożyzny, co leży zresztą w logice globalnego systemu.
W tej skomplikowanej i trudnej do jednoznacznego określenia sytuacji (aczkolwiek bombardowanie pałacu prezydenckiego głowy obcego państwa i działanie na szkodę mniejszości chrześcijańskiej jest jednoznacznie godne moralnego potępienia) jedno jest tylko absolutnie pewne, to mianowicie, że polityka francuska nie jest już określana w Paryżu i że Francja utraciła de facto wszelką podmiotowość. Decyzje podejmowane są gdzie indziej, przez kogo innego i w obcym interesie. Przyniesie to samej Francji wyłącznie wstyd i faktyczną niewolę, z której ludność zda sobie sprawę, kiedy już będzie o wiele za późno.
Antoine Ratnik
Specjalne podziękowania dla p. Tomasza Powyszyńskiego za pomoc w edycji tekstu.
A. Me.