Liczby podawane w tabeli umieszczonej na stronie Centrum są przedmiotem licznych kontrowersji. Autorom tabeli zarzuca się manipulowanie nimi i celowe pomijanie pewnych ofiar. Zgodnie z informacją podaną na stronie, zostały tam ujęte poniższe kategorie poszkodowanych.
„Wypędzonymi” są po pierwsze ofiary akcji mających na celu trwałe usunięcie dużych narodowych i etnicznych grup z zamieszkiwanych przez nie terenów, i to niezależnie od tego, czy mieli możliwość późniejszego powrotu „na swoje”, czy nie. „Wypędzonymi” są także uciekinierzy, którym odmówiono prawa powrotu na tereny pierwotnie przez nich zamieszkiwane. „Wypędzonymi” natomiast nie są uciekinierzy, którzy po zakończeniu działań wojennych mogli wrócić na swoje terytoria. Ponadto, „wypędzonych” łączy jedno: utrata ojczyzny, jak również całego dobytku, oraz związany z tym przymus budowania egzystencji na nowo, w obcym otoczeniu. Łączy ich także taka konsekwencja „wypędzeń”, jak rozerwane rodziny, oraz fizyczne i psychiczne szkody, których skutki, ofiary muszą często dźwigać przez całe życie (http://www.z-g-v.de/aktuelles/?id=58).
Mamy tu więc zasadniczo do czynienia z dwiema kategoriami „wypędzonych”. Pierwsza kategoria odpowiada temu, co powszechnie jest pod tym pojęciem rozumiane. Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego, wypędzić — wypędzać oznacza «zmusić do odejścia skądś» oraz «wyprowadzić skądś jakieś osoby lub zwierzęta, żeby udały się w określone miejsce». Do pierwszej kategorii „wypędzonych” należą więc wymienione na stronie ofiary akcji, mających na celu trwałe usunięcie dużych narodowych i etnicznych grup z zamieszkiwanych przez nie terenów. Wśród „wypędzonych”, w rozumieniu twórców Centrum, pojawia się jednakże i druga kategoria. Są to uciekinierzy, którzy nie mogli wrócić do swoich ojczystych stron. Nie są to więc „wypędzeni” w klasycznym tego słowa znaczeniu, gdyż nie zostali wypędzeni, tylko sami opuścili swoje domostwa, uciekając przed wrogą armią. „Wypędzonymi” stają się jednak przez to, że nie mogą wrócić do swoich domostw.
Mamy tu więc do czynienia z nowym rozumieniem pojęcia „wypędzeń”: nie chodzi o akt fizycznego wypędzenia, tylko skutek w postaci trwałego pozbawienia możliwości powrotu do rodzinnych stron. Moim zdaniem, jest to przejaw celowego dokonywania zmiany znaczenia omawianego terminu. Zmiana ta polega na przenoszeniu punktu ciężkości z „działalności o charakterze wypędzania” na „skutek w postaci trwałego pozbawienia możności powrotu do ojczyzny”.
Analizując tabelę przez pryzmat takiego rozumienia pojęcia „wypędzonych”, można by uzasadnić brak w tabeli wielu rzeczywistych ofiar. „Wypędzonymi” nie byliby bowiem robotnicy przymusowi, gdyż oni po wojnie mogli wrócić do swoich domostw (przynajmniej teoretycznie). „Wypędzonymi” nie byłaby także ludność Warszawy, która po powstaniu musiała ją opuścić. W końcu, po wojnie warszawiacy mogli wrócić na zgliszcza i uczestniczyć w odbudowywaniu doszczętnie zniszczonego miasta. „Wypędzonymi” nie byliby także Polacy „usunięci” ze swojego domu przez rodziców pani Steinbach. W końcu mogli oni po wojnie wrócić do swojej własności (przynajmniej teoretycznie). Jeśli chodzi o polskie ofiary obozów koncentracyjnych, sprawa jest dość niejasna. Jeśli „wypędzonymi” są Żydzi zamordowani w obozach koncentracyjnych, to powinni być nimi także Polacy. Odnoszę wrażenie, że w przypadku Żydów twórcy tabeli przewidzieli coś w rodzaju „lex specialis”. Brak ofiar Holokaustu w tej tabeli mógłby wywołać międzynarodowy skandal. Dochodzę do takiego wniosku, gdyż jak inaczej można wytłumaczyć nie tylko brak w niej Polaków, ale także innych ofiar niemieckich akcji, mających na celu planową eksterminację całych narodów, jak np. Rosjan, Białorusinów, Ukraińców itd.? W tabeli nie pojawiają się, poza 60 tys. Słoweńców i 460 tys. Polaków, żadne inne słowiańskie ofiary niemieckich zbrodni?! Z tego co wiem, Niemcy zmietli z powierzchni ziemi np. ponad 600 białoruskich wiosek, wraz z ich mieszkańcami. Okazuje się, że to także nie są „wypędzeni”.
Jak natomiast wygląda sprawa niemieckich „wypędzonych”. Uciekinierzy oraz przymusowo deportowani są w równym stopniu ofiarami polskich „wypędzeń”, gdyż w obu przypadkach skutek akcji był taki sam. Ze względu na przesunięcie granicy uciekinierzy nie mogli wrócić na swoje ziemie, więc ostatecznie jest sprawą obojętną, czy je opuścili sami, czy zostali deportowani.
Ale nie to jest największym problemem związanym z przesunięciem semantycznym, którego dokonali przedstawiciele niemieckich „wypędzonych”. Przyjmowanie niemieckiej definicji pojęcia „wypędzeń”, która kładzie nacisk na skutek jako niemożność powrotu na ziemie ojczyste, prowadzi do tego, że zrównywane są wydarzenia, które zasadniczo różnią się między sobą. I tak, przymusowa deportacja Niemców zostaje zrównana z Holokaustem, ze zbrodniami popełnionymi przez Turków na Ormianach, ze zbrodniami popełnionymi przez Niemców na Polakach i innych Słowianach, itp. A wydarzenia te różnią się między sobą w sposób zasadniczy. W przypadku Holokaustu, jak również zbrodni dokonywanych przez Niemców na Słowianach podczas II Wojny Światowej, chodziło o celowe i planowe niszczenie całych narodów, którego spodziewanym efektem miało być uzyskanie dodatkowej przestrzeni życiowej dla niemieckich kolonizatorów. Żydzi, Polacy, Rosjanie i inni stali się ofiarami brutalnej eksterminacji, ewentualnie robiono z nich niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckich „panów”. Jak wygląda natomiast sprawa niemieckich „wypędzonych”? Niemcy byli przymusowo deportowani do Niemiec, czego prawną podstawę stanowiły postanowienia poczdamskie. Po pierwsze więc, mamy tu do czynienia z działaniem zgodnym z prawem. Po drugie, celem tych działań było przetransferowanie ludności niemieckiej do jej własnego kraju, a nie eksterminacja. Czy istnieją więc jakiekolwiek przesłanki do tego, żeby deportacje Niemców traktować na równi z Holokaustem, czy też zbrodniami popełnionymi na Słowianach, którzy są wielkimi nieobecnymi w omawianej tabeli? Otóż moim zdaniem, nie.
Na skutek zmiany znaczenia terminu „wypędzeń”, dokonanej przez twórców Centrum, „wypędzonymi” stają się ci, którzy na dobrą sprawę żadnymi wypędzonymi nie są. Kiedy i kto w XX wieku próbował w sposób celowy i planowy dokonać eksterminacji całego narodu niemieckiego, jak również sprowadzić go do pozycji niewolników? Kiedy w XX wieku Niemcy byli ofiarą zbrojnej napaści, której celem było oczyszczenie tego terytorium z Niemców?
Mamy więc do czynienia z bezprecedensowym przypadkiem zakłamywania historii. W porównaniu z tworzoną przez Niemców martyrologią, nawet to, co jest określane jako „przemysł Holokaustu”, to pestka. Żydzi rzeczywiście zostali wymordowani. W przeciwieństwie do deportowanych Niemców, którzy na koniec dostali odszkodowania od własnego rządu.
Wprowadzając do obiegu swoje własne rozumienie „wypędzeń”, Niemcy kreują się na jedne z największych ofiar XX wieku, podczas gdy Polacy „stają się” jednymi z największych oprawców.
Ktoś mógłby powiedzieć, że ostatecznie cała sprawa nie ma wielkiego znaczenia. W końcu to tylko „jakieś Centrum”, a poglądy reprezentowane przez jego twórców i tak nie mają żadnych skutków prawnych. Moim zdaniem, sprawa jest dużo poważniejsza, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. Otóż, wiele faktów wskazuje na to, że budowa Centrum nie jest celem, lecz tylko środkiem do osiągnięcia innego celu. Co jest tym celem? Moim zdaniem, jest nim ustanowienie nowego prawa człowieka: „prawa do ojczyzny”. Uważam, że budowa Centrum jest działaniem czysto propagandowym, którego celem jest pozyskanie opinii publicznej do sprawy ustanowienia takiego nowego prawa człowieka. Za pomocą Centrum problem „wypędzeń” ma zostać upolityczniony, tak by opinia publiczna zaczęła domagać się nowego prawa człowieka, albo przynajmniej wspierać działania Niemiec na rzecz jego ustanowienia. Sprawa jest o tyle poważna, że w przypadku pomyślnego finału, Polska znalazłaby się w gronie największych gwałcicieli tego prawa. Prawnik oczywiście mógłby stwierdzić, że i tak nie mogłoby ono być podstawą do żadnych np. odszkodowań. Nie jestem tego aż taka pewna. Dyskurs prawno-człowieczy zrywa ze wszystkimi klasycznymi zasadami prawa. Chodzi tu głównie o zasadę osobistej odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną innemu, zgodnie z którą poszkodowany musi udowodnić istnienie łańcucha przyczynowo-skutkowego między szkodą a określonym, indywidualnym czynem. W przypadku dyskursu prawno-człowieczego coraz częściej mamy do czynienia z odpowiedzialnością kolektywną za wyrządzenie innemu kolektywowi rzekomej szkody, polegającej na np. samym fakcie bycia dyskryminowanym. Jest to bardzo dobrze widoczne w przypadku problemu Czarnych w USA. Otóż, coraz częściej podnoszone jest żądanie, by biali Amerykanie wypłacili odszkodowania potomkom niewolników. Z osobistą odpowiedzialnością nie ma to nic wspólnego. W przypadku dyskursu prawno-człowieczego sprawą kluczową nie jest więc istnienie konkretnej podstawy prawnej w klasycznym rozumieniu prawa, ale odpowiedni nacisk na opinię publiczną. W rzeczywistości nie jest to więc nic innego jak prawo dżungli: wygrywa ten, kto najgłośniej krzyczy i najlepiej potrafi się bić.
Moim zdaniem, niemieccy „wypędzeni” zorientowali się, że w obecnym stanie prawnym, nie mają żadnych szans na jakiekolwiek odszkodowania. Dlatego też potrzebują nowego prawa, które będzie tak skonstruowane, że to oni będą jego największymi beneficjentami.
Przyjrzyjmy się bliżej temu „prawu do ojczyzny”. W języku niemieckim jest to Recht auf Heimat. Przetłumaczenie tego terminu na język polski jest dość problematyczne. Zazwyczaj jest tłumaczone jako ojczyzna, ale nie jest to tłumaczenie prawidłowe. Ojczyzna to niemieckie das Vatersland. Pojęcie „Heimat” to strony rodzinne, ojczyzna lokalna. To miejsce, gdzie znajduje się dom rodzinny oraz groby przodków. To miejsce, w którym człowiek wychowywał się i dorastał; to drzewo, pod którym bawił się w dzieciństwie, to krajobraz rodzinnych stron. „Die Heimat” kojarzy się z idyllą beztroskiego dzieciństwa, jednością lokalnej wspólnoty, zakorzenieniem. „Die Heimat” to podstawa własnej tożsamości. Rola „die Heimat” w niemieckiej kulturze wynika z tego, że niemiecka narodowość na dobrą sprawę została sztucznie utworzona przez dziewiętnastowieczny ruch nacjonalistyczny. Niemcy byli obywatelami wielu państw i państewek, różniących się między sobą ustrojem politycznym, religią, a także językiem. Dlatego też, pozbawienie Niemca jego „Heimat” jest dla niego życiową tragedią. To nie tylko kwestia utraty mienia, ale przede wszystkim utrata własnych korzeni. To coś w stylu zmarnowanego dzieciństwa. A co najważniejsze, strata ta jest dziedziczna. Bo potomkowie „wypędzonych” także zostali pozbawieni swoich korzeni. I tak, jeden z uczestników spotkania na temat „wypędzeń”, w którym brałam udział, skarżył się, że groby jego przodków znajdują się w Polsce i że są częściowo zdewastowane, co dla niego oznacza utratę jego „Heimat”. Polacy odarli go z jego „Heimat”. Pan miał około 50 lat, sam więc „wypędzonym” nie był, ale widział siebie także jako ofiarę „wypędzeń”, bo przez nie stracił swój „Heimat”. Na marginesie wspomnę, że ten pan pojawił się jeszcze na innym spotkaniu, na którym wręcz recytował dokładnie to samo. Zastanawiałam się, czy był tam tylko w charakterze prywatnym. Niemieccy „wypędzeni” są świetnie zorganizowani i wiedzą, jak mają działać.
Sprawa postulowanego „prawa do ojczyzny” właściwie nie jest zrozumiała dla polskiej opinii publicznej. Wprowadzenie tego prawa do katalogu praw człowieka, moim zdaniem, ma na celu doprowadzenie do tego, żeby Polska odpowiedziała za straty moralne, które ponieśli „wypędzeni”. Czy mogłaby to także być podstawa do zwrotu utraconych terenów? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno należy zwrócić uwagę na to, że niemieccy „wypędzeni” stworzyli mit tysiącletniej przynależności tych terenów do Niemiec.
Jak Polacy powinni zareagować na poczynania twórców Centrum?
Jedną z najważniejszych kwestii jest to, by nie używać pojęcia „wypędzonych” w taki sposób, jak używają go twórcy Centrum. W stosunku do niemieckich „wypędzonych” powinniśmy używać terminu deportowanych albo przesiedlonych. Jesteśmy częścią tak zwanej wojny semantycznej; jednym z jej założeń jest destrukcja zastanych pojęć oraz celowa podmiana znaczeń słów, tak by dostosować rzeczywistość do własnych potrzeb. Nie możemy pozwolić na to, by Niemcy nadawali pojęciu „wypędzonych” ich własne znaczenie. Kolejną kwestią jest walka o prawo. Nie możemy pozwolić na to, żeby Niemcy zdominowali dyskurs prawniczy.
Niemcy mają konkretny cel i są zdeterminowani do tego, żeby ten cel osiągnąć. Tak długo, jak sami jasno nie określimy naszego celu, jak również nie opracujemy skutecznego planu osiągnięcia tegoż, będziemy przegrywać. W świetle prawa staniemy się zbrodniarzami, a nasze dzieci przez następne dziesięciolecia będą płacić kontrybucje za szkody moralne, które rzekomo wyrządziliśmy niemieckim „wypędzonym”.
W swoim tekście „O tym, jak przegrywamy wojnę propagandową” pokazałam, jak naród, który jest odpowiedzialny za zbrodnie popełnione na wielu milionach ludzi, w ciągu kilku dziesięcioleci zdołał zrobić z siebie największą ofiarę oraz największego bohatera XX wieku. Pokazałam też, że w naszym przypadku jest dokładnie odwrotnie. Naród, który bohatersko walczył o wolność Europejczyków i w walce tej poniósł najwyższą ofiarę, przez opinię publiczną jest postrzegany z wyraźną niechęcią. Tekst ten napisałam nie po to, żeby Polaków „zdołować”, tylko, żeby pokazać, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Jesteśmy narodem inteligentnym i na wiele nas stać. Najwyższy czas, żeby zacząć działać.
Magdalena Ziętek
[aw]
P.S.
W związku z ostatnimi wydarzeniami wokół Katynia, chciałabym zwrócić uwagę na to, że zamiast „walczyć o Katyń” powinniśmy przeciwstawić się próbie „wybielania” zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach i innych Słowianach, z czym mamy ewidentnie do czynienia. Zbrodni, które bez wątpienia są ludobójstwem. O kwalifikacji zbrodni katyńskiej jako zbrodni wojennej bądź ludobójstwa zadecydować mogą tylko prawnicy a nie polski parlament albo skandujący na ulicy tłum. O Katyniu dowiedział się też już cały świat. O skali zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach na dobrą sprawę nie wie nikt. A niewiedza opinii publicznej w tej sprawie w każdej chwili może brutalnie zostać wykorzystana przeciwko nam.