Od czasu renesansu oraz Reformacji mamy do czynienia z powolnym, ale wyraźnym procesem społecznej reedukacji. Proces ten polegał m.in. na redefiniowaniu tego, co pozytywne, dobre, racjonalne, wyższe, godne pożądania, prestiżowe, itp. Lewicowe wartości zostały zakwalifikowane jako pozytywne, natomiast konserwatywne – negatywne. Aby odwrócić ten proces, konserwatyzm musi w sposób suwerenny dokonać własnej redefinicji tego, co pozytywne, dobre, racjonalne, wyższe, po prostu: godne pożądania. Jak konkretnie mogłaby wyglądać operacja takiego „kulturowo-psychologicznego przewrotu“?
Aktualny wzorzec kulturowy kształtowany jest przede wszystkim przez lewicę. Wzorzec ten ściśle powiązany jest z ideą społeczeństwa konsumpcyjnego. Społeczeństwo konsumpcyjne uważane jest przez lewicę za wyższą formę cywilizacyjną. Wszystko, co prowadzi do powstania i utrzymywania takiego społeczeństwa, uważane jest za postępowe, racjonalne, humanistyczne, czyli po prostu lepsze. Walka z lewicą to tak naprawdę walka z taką właśnie cywilizacyjną formą organizacji społeczeństwa.
Konserwatyzm ma szansę stać się bazą kulturową tylko wtedy, gdy uda mu się wykazać, że społeczeństwo konsumpcyjne nie jest żadnym szczytem rozwoju cywilizacyjnego, tylko zaprzeczeniem wszelkiej kultury i cywilizacji. A tym samym wykazać musi, że bycie beztroskim konsumentem oznacza kulturowy niedorozwój. W nadziei, że masa odwróci się od lewicy, gdy na własne oczy zobaczy, że król jest nagi.
Przyjrzyjmy się więc bliżej lewicowej formie cywilizacyjnej.
Człowiek lewicy to beztroski konsument. Jego życiowym celem jest zaspokajanie popędów i potrzeb materialnych. Nieograniczona możliwość zaspokajania popędów to dla lewicy synonim wolności. W sferze kulturowej idea lewicowej wolności najlepiej została oddana przez hasło „róbta, co chceta”. Zachęca ono, by robić to, na co ma się ochotę. (Co sprowadza się do szukania przyjemności. Trudno mieć ochotę na coś, co jest nieprzyjemne). Taki wzorzec kulturowy cementowany jest przez filozofię utylitarystyczną, której naczelną zasadą jest postulat pomnażania szczęścia, przy czym pojęcie szczęścia zazwyczaj definiowane jest w sposób hedonistyczno-materialistyczny. Rozum ludzki sprowadzony jest do roli kalkulatora, który oblicza, które zachowanie przyniesie społeczeństwu/ciału najwięcej przyjemności.
Ściśle powiązana z tą kulturową bazą jest ekonomia. Produkcja napędzana jest poprzez wytwarzanie coraz to nowych materialnych potrzeb. Funkcją rozbudzania takich potrzeb są oczywiście nałogi. Człowiek uzależniony to przecież doskonały konsument. To on przynosi największy zysk i napędza tak zwany rozwój gospodarczy. „Ideałem” dla systemu jest więc erotoman, alkoholik, palacz, hazardzista, itp. A do tego najlepiej jeszcze pracoholik.
Konsument nie szuka prawdy. Wręcz przeciwnie, rozpiera go duma, że jest „tolerancyjny”. Tolerancja w lewicowym wydaniu sprowadza się do relatywizmu. Żadne twierdzenie nie może być dyskryminowane, wszystkie muszą być traktowane równo. Stawianie pytania o prawdziwość każdego z nich staje się więc niemożliwe. Konsument, który przyjmuje różne „prawdy” za równouprawnione, nie ma więc własnego zdania na żaden możliwy temat. Mieć zdanie na jakiś temat oznacza przyjęcie pewnych twierdzeń za prawdziwe, co zakłada odrzucenie innych twierdzeń jako fałszywych. Z kwestią tak rozumianej tolerancji powiązany jest fałszywy ekumenizm. Wyznawca takiego ekumenizmu na dobrą sprawę nie ma żadnej religii, gdyż jego religia jest zwykłym eklektycznym połączeniem sprzecznych ze sobą twierdzeń.
Konsument ma za to nową religię, której podstawowym dogmatem jest wiara w prawa człowieka i demokrację. Konsument jest dumny ze swoich praw oraz roszczeń. Demokracja i prawa człowieka są bowiem powiązane przede wszystkim z przywilejami i uprawnieniami. Konsument nie poczuwa się do odpowiedzialności za siebie i innych. W końcu, to państwo jest odpowiedzialne za niego. I tak jak kiedyś zdolność do przejęcia odpowiedzialności była symbolem dojrzałości i dorosłości, tak w społeczeństwie konsumpcyjnym zapanowała moda na infantylizm.
Konsument nie ma też żadnych autorytetów. Pogardza tradycją, bo chce być bardzo nowoczesny. Synonimem wolności myślenia jest dla niego właśnie odrzucanie wszelkich dogmatów i autorytetów. Nie stara się poznać tego, co jest owocem wysiłku intelektualnego dokonanego przez jego przodków. To dla niego „starocie”, które jego zdaniem w żaden sposób nie są przydatne do kształtowania przyszłości. I w pewnym sensie ma rację: społeczeństwo konsumpcyjne potrzebuje wyłącznie kalkulatora, a nie wiedzy na temat conditio humana. W społeczeństwie konsumpcyjnym ignorancja dotycząca dziedzictwa kulturowego ludzkości została wręcz podniesiona do rangi cnoty. Postawa taka ściśle powiązana jest z lewicową ideologią scjentyzmu. Dla lewicy religia, filozofia, doświadczenie życiowe czy też zdrowy rozsądek nie są traktowane jako źródło wiedzy o świecie. Monopol na wiedzę mają tylko naukowcy. Konsument rzekomo nie wierzy w żadne dogmaty i nie ma żadnych autorytetów. Ale jeśli kilku wiodących naukowców orzeknie, że człowiek jest tylko bardziej rozwiniętą małpą, ślepo w to uwierzy.
Konsument postrzega siebie jako kawałek materii, który kiedyś powróci do obiegu materii. Ponieważ po śmierci nic go więcej nie czeka, musi się naużywać tu i teraz. Konsument używa nie tylko przedmiotów materialnych, ale także innych ludzi, jak również samego siebie. Do wzajemnego używania się został zredukowany seks. Do tego, by wolność używania mogła być pełna, potrzebne są antykoncepcja i aborcja. Ostatecznie inny człowiek staje się tylko środkiem do zaspokajania popędów.
Wszystkie zdobycze nowożytności, czyli nauka, technika, kapitalizm oraz biurokratyczne państwo, stoją w służbie urzeczywistnienia społeczeństwa konsumpcyjnego. Nauka napędza technikę, a ta z kolei produkcję. Zbiurokratyzowane państwo tworzy przywileje socjalne, tak by nikt nie był pozbawiony dostępu do konsumpcji. Państwo straciło swój transcendentalno-etyczny wymiar; stało się wielkim dozorcą, który ma wspierać dalszy rozwój społeczeństwa konsumpcyjnego.
Zygmunt Bauman jedną ze swoich książek zatytułował „Does Ethics have a Chance in a World of Consumers?” („Czy etyka ma szansę w świecie konsumentów?”). Konserwatysta musi sobie postawić analogiczne pytanie: czy konserwatyzm ma szansę w świecie konsumentów? Trudno na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Konserwatysta nie może być kulturowo konsumentem. Albo konserwatyzm, albo społeczeństwo konsumpcyjne. W społeczeństwie konsumpcyjnym nie ma bowiem miejsca na wartości konserwatywne. Co więcej, jego dalszy „rozwój” jest możliwy tylko poprzez całkowite wyeliminowanie z życia wartości konserwatywnych. W tym właśnie celu zostały one przez lewicę powiązane z tym, co negatywne i gorsze. Sukces lewicy leży bowiem w dużej mierze w znajomości mechanizmów rządzących ludzką psychiką. Normalny człowiek wybiera to, co uważa dla siebie za najlepsze. Lewicy udało się wmówić ludziom, że to ona oferuje to, co najlepsze. Porządek, normy i reguły natomiast przedstawiane są jako zagrożenie dla wolności, a tym samym jako coś wymierzonego przeciwko człowiekowi. Asceza, czy po prostu powściągliwość w zaspokajaniu popędów, to rzekomo ograniczanie samego siebie, czyli forma pewnego wręcz kalectwa. Zdrowy jest natomiast ten, kto używa życia, ile się da. Ten, kto tego nie robi, jest wręcz upośledzony. A na pewno bardzo zacofany. Zadawanie pytań o Boga i życie po śmierci jest wyrazem nieumiejętności korzystania z życia; tylko smutasy i „niewolnicy kleru” zaprzątają sobie głowę takimi zagadnieniami. Zajmowanie się pismami antycznych czy średniowiecznych filozofów jest staromodne, nie mówiąc już o pismach świętych Kościoła katolickiego. Reasumując: konserwatysta uważany jest przynajmniej za cywilizacyjnego dziwoląga. W najgorszym wypadku – za wroga Cywilizacji.
Lewica doskonale wie, że człowiek wybiera to, co w jego kręgu kulturowym uważane jest za pozytywne, lepsze, po prostu godne pożądania. I że w gruncie rzeczy mało kto zastanawia się nad tym, dlaczego ludzie kierują się właśnie takimi, a nie innymi wzorcami kulturowymi. Właściwie każdy człowiek chce w swoim życiu coś osiągnąć, mieć udane życie, być przez innych poważany; nikt o zdrowych zmysłach nie chce być gorszy niż inni. Jeszcze do niedawna „coś osiągnąć” oznaczało: założyć rodzinę, dorobić się wnuków, być poważanym obywatelem. W społeczeństwie konsumpcyjnym natomiast sukces definiowany jest poprzez posiadanie dużej łazienki wyłożonej drogimi kafelkami. Posiadanie dużej liczby dzieci natomiast jest związane z niebezpieczeństwem ubóstwa i koniecznością ograniczenia swojego konsumpcyjnego stylu życia. Czyli: albo dzieci, albo łazienka.
Tak długo więc, jak w ludzkich umysłach tkwić będzie lewacka „mapa” wartości, będą oni wybierać dokładnie to, co lewica podsunie im pod nos. Żeby odwrócić tę tendencję, konserwatyści muszą przede wszystkim zrozumieć, że nie są w stanie przebić się w społeczeństwie konsumpcyjnym, jeśli będą „krzyczeć na ludzi”. Człowiek, który czuje się obrażany czy wręcz zagrożony w swojej autonomii samodecydowania, przybiera postawę obronną i z czystej przekory odrzuca to, co nawet obiektywnie może być dla niego dobre. Jeśli konserwatyzm chce wygrać, to musi potrafić dotrzeć do ludzi, czyli sprawić, by zrozumieli, co rzeczywiście jest dla nich dobre. Źródłem sukcesu lewicy jest w końcu to, iż wytwarza u ludzi przekonanie, że ich rozumie i dba o ich dobro. Konserwatyści wygrają, jeśli rzeczywiście zrozumieją ludzi i rzeczywiście zadbają o ich dobro.
Najwyższy więc czas, aby sami konserwatyści zadali sobie pytanie o naturę człowieka i o to, co jest dla niego dobre. Samo powoływanie się na tradycję czy religię to za mało, by oddziaływać w sposób przekonujący na tych, którzy mają inny światopogląd. Katolik musi wiedzieć, dlaczego warto być katolikiem. I zachowywać się tak, by nie-katolik dostrzegł wartość dodatnią w byciu właśnie katolikiem.
Magdalena Ziętek
Cdn.
aw