Wypowiedź
Jarosława Kaczyńskiego o potrzebie legalizacji w Polsce kary śmierci wywołała
dyskusję, na ile jest to wyraz bieżącej gry politycznej prowadzonej przez PiS,
ale także uruchomiła debatę, czy katolik powinien popierać najwyższy wymiar
kary czy nie.
Katechizm
Kościoła Katolickiego nie pozostawia tu wątpliwości - "tradycyjne
nauczanie Kościoła nie wyklucza zastosowania kary śmierci, jeśli jest ona
jedynym dostępnym sposobem skutecznej ochrony ludzkiego życia przed niesprawiedliwym
napastnikiem" (2265). Tak jest w istocie. Pomijając nawet Stary i Nowy
Testament, można przytoczyć długą listę luminarzy zasłużonych w kształtowaniu
nauki katolickiej, którzy dopuszczali stosowanie kary śmierci: św. Klemens
Aleksandryjski, Orygenes, św Cyprian, Laktancjusz, św. Augustyn, św. Dominik,
św. Tomasz z Akwinu, św. Alfons Liguori, papieże Leon XIII, Pius XI czy Pius
XII... i wielu innych.
Poparcie dla
kary śmierci grzechem?
Wśród
przeciwników kary śmierci najdalej chyba poszedł moralista, ks. dr hab. Piotr
Kieniewicz, który wypowiadając się dla portalu fronda.pl stwierdził: "Nie
widzę możliwości, aby na gruncie moralności katolickiej i zgodnie z duchem
nauczania bł. Jana Pawła II usprawiedliwić w jakiś sposób przywrócenie kary
śmierci. Jeśli ktoś jako katolik wsparłby takie działania to popełnia grzech bo
popiera działania niemoralne, chce odebrać życie człowiekowi, nie mając do tego
prawa. Człowiek nie jest panem życia, jest nim tylko Pan Bóg, który daje życie
i je odbiera".
Jest faktem, że
bł. Jan Paweł II apelował o zniesienie kary śmierci. Na przykład podczas
orędzia na Boże Narodzenie 1998 r. stwierdził: „Niech dzięki Bożemu Narodzeniu
umocni się na całym świecie poparcie dla stosownych i pilnie potrzebnych
działań, które położą kres produkcji zbrojeniowej i handlowi bronią, pozwolą
strzec ludzkiego życia, znieść karę śmierci...”. Niemniej wypowiedzi papieża
miały charakter postulatywny, a nie rozstrzygający. Nie wiązały sumienia
wiernych ani nie zmianiały tradycyjnej wykładni katolickiej w zakresie
dopuszczalności kary śmierci.
Twierdzenie
przez ks. Kieniewicza, że katolik popełnia grzech wspierając działania na
rzecz przywrócenia kary śmierci, jest szokujące w świetle nauczania
Kościoła. Wprowadza zamęt tam, gdzie panuje jasność. Poza tym absolutyzowanie
życia przestępcy za wszelką cenę, zwłaszcza w świetle działaności stróżów
prawa, prowadziłoby do tragedii. Oto wszyscy uprawnieni - by przywołać św.
Pawła - do "noszenia miecza" nie mogliby używać broni do zadania śmierci,
skoro tylko Pan Bóg "daje życie i je dobiera". Prowadzi to do
demobilizacji władzy. Ściganie przestępców, ich eskortowanie, nadzorowanie,
włącznie z konsekwencją zabicia, osłabiałoby morale policji, strażników,
wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem przestępcy raczej nie mają tego rodzaju
dylematów.
Już nie
potrzebna?
Także Tomasz
Terlikowski dał sie poznać jako zdecydowany przeciwnik wprowadzenia kary
śmierci. Znany publicysta nie udaje, że Kościół nie dopuszcza stosowania kary
śmierci. Terlikowski dobrze zna tradycyjne nauczanie Kościoła i Katechizm.
Skądś jednak jest bardzo pewien, że zagwarantowanie obecnie bezpieczeństwa
obywateli nie wymaga istnienia kary śmierci ("Nie ma moralnych powodów,
które mogłyby usprawiedliwić przywrócenie czy wykonywanie kary śmierci").
Systemy penitencjarne mają być skuteczne bez niej. Skąd to wie, niestety nas
nie informuje.
Podaje przykład
stanu wojny albo państwa w stanie rozkładu, gdy można stosować karę śmierci. Z
jakiegoś powodu przyjmuje, że np. działalność zorganizowanej przestępczości i
zawodowych morderców nie jest stanem zagrożenia bezpieczeństwa obywateli, który
wymaga istnienia kary śmierci w kodeksie karnym. Podobnie w przypadku
recydywistów-morderców, którzy ponoć nie są zagrożeniem bezpieczeństwa dla
współwięźniów i strażników. Wizja kary śmierci nie działa. To, że autorytet i
siła wymiaru sprawiedliwości staje się w ten sposób słabsza niż siła
przestępcy, przestaje mieć znaczenie.
Katechizm
wskazuje, że władza powinna się ograniczyć do stosowanie środków bezkrwawych,
jeśli wystarczą one do obrony osób przed napastnikiem (2267). Wskazanie to
wcale nie zabrania istnienia kary śmierci w prawodawstwie i jej wykonywania. Rzucać
może jedynie światło na jej stosowanie w konkretnych przypadkach. Wymiar
sprawiedliwości może rozstrzygnąć, czy mamy do czynienia z sytuacją skutecznego
ukarania i unieszkodliwienia przestępcy bez odbierania mu życia czy też nie.
Droga nawrócenia
W dyskusji nad
karą śmierci pojawiają się tradycyjne argumenty za jej stosowaniem, np. wymóg
sprawiedliwości czy czynnik odstraszania. Rzadko katolicy w kontekście kary
śmierci podnoszą kwestię, która powinna być dla nich najważniejsza - chodzi o
nawrócenie i zbawienie. To jest przecież perspektywa, w której ostatecznie
Kościół postrzega rzeczywistość życia człowieka.
Dobrym
przykładem takiej właśnie optyki jest postać mordercy, który skazany został na
karę śmierci i przed wykonaniem wyroku wypowiedział znamienne zdanie: "Za
pięć godzin zobaczę Jezusa". Wiedział co jest najważniejsze.
Jakub Fesch, bo
o nim mowa, był młodym Francuzem, który uciekając z paryskiego kantoru, w
którym miał dokonać rabunku, przypadkiem śmiertelnie postrzelił policjanta. Za
ten czyn, w 1957 roku, po trzech latach od momentu ujęcia, wykonano na nim
wyrok śmierci. Po rocznej odsiadce, kiedy Jakub miał jeszcze nadzieję na
uniknięcie najwyższego wymiaru kary, nawrócił się - później do ostatnich dni
prowadził bardzo ascetyczny tryb życia, którego pozazdrościć by mu mogło wielu
zakonników.
Przed
otrzymaniem wyroku napisał bardzo ważne słowa: "Proszę nie mówić mi o
ułaskawieniu, ponieważ teraz jestem gotów umrzeć i nie byłbym zdolny spędzić
dwudziestu lat w więzieniu. Zdemoralizowałbym się. (...) Zamiast umrzeć głupio,
będę mógł ofiarować swoją śmierć za tych, których kocham”. Fesch przyjął karę
śmierci jako ofiarę za zło, które popełnił i jako wyraz sprawiedliwości.
Był jednocześnie
realistą, gdy pisał o groźbie więziennej demoralizacji. Takim samym realistą
był jego duszpasterz, o. Devoyod, który towarzyszył na szafot ok. 40 więźniom.
Mało jest ludzi tak bardzo zdających sobie sprawę z grozy kara śmierci jak więzienny kapelan; Devoyod
jednak w pełni świadomie ją popierał. Wiedział, że wyrok śmierci powodował, iż
więźniowie stawali się moralnie i duchowo lepsi, dożywocie natomiast degenerowało
ich kompletnie.
Można sobie
zresztą zrobić eksperyment myślowy. Mam jeszcze pół roku życia. To, co? Dalej -
"tańce, hulanki, swawole" czy jednak przynaglenie do lepszego życia?
Perspektywa nieuchronnego końca egzystencji za parę miesięcy, u ogromnej
większości ludzi wyzwala nadzieję na "życie po drugiej stronie", a
tym samym jest natchnieniem do refleksji i pogłebienia religijności.
Jakuba Fescha -
być może zostanie on wyniesiony na ołtarze - warto przywoływać w dyskusjach na
temat kary śmierci. Jego historia i historia jego duszpasterza są cennym
argumentem (choć przede wszystkim moralnym i religijnym) na to, że najwyższy
wymiar kary ma wpływ na przemianę przestępców.
I jeszcze jedno.
Wiara religijna w lepszą przyszłość pomaga przyjąć nieuchronny koniec, który
czeka nas na tym padole. Stąd widać jak na dłoni oczywisty związek między
społeczeństwem „humanistycznym”, zsekularyzowanym a pielęgnowaną przez nie
wrogością do kary śmierci. Nie może ono jej nadać żadnego głębszego sensu, nie
ma tu żadnej nadziei. Ofiara, zadośćuczynienie, łaska... - budzą jedynie
politowanie, niezrozumienie. Totalniactwo laickie, które jest propagowane w
krajach UE, jest wyraźnym przykładem takiej postawy.
Ale dla człowiek
wiary, np. Fescha, kara śmierci to droga do zmartwychwstania, tak jak kara
śmierci była drogą do zmartwychwstania dla Chrystusa.
Dariusz Hybel
Zastępca redaktora naczelnego magazynu "Głos dla
Życia", redaktor portalu: www.prolife.com.pl
a.me.