Oponenci zarzucili wymienionym autorom, że zbytnio zależy im na przychylności opinii publicznej, co rzekomo jest prawdziwą przyczyną ich krytycznego stosunku do ostatnich wydarzeń. Zdaniem co poniektórych komentatorów, na opinię publiczną nie ma co się oglądać, lecz trzeba robić swoje.
Czytając niektóre utrzymane w tym tonie komentarze, odnoszę wrażenie, że polska prawica nie zdaje sobie sprawy z tego, jak funkcjonuje współczesna polityka. Wielu jej przedstawicieli zdaje się wierzyć, że można zdobyć władzę, lekceważąc zupełnie podstawowe mechanizmy funkcjonowania aktualnie miłościwie panującego nam systemu.
Co więcej, osoby które zwracają uwagę na samo istnienie tych mechanizmów (sic!), odżegnywane są od wszelkiej czci. Na zasadzie: ten, kto o czymś mówi, automatycznie musi to popierać.
A obecny system polityczny tak jest skonstruowany, że walkę o władzę wygrywa ten, komu uda się przekonać do siebie większą część opinii publicznej. Ponadto, wszystkie działania polityczne wymagają odpowiedniego „przyklepania“ przez nią. „Przekonywaniu“ – w końcu jak by nie było – „suwerena” co do słuszności decyzji politycznych podejmowanych przez jego reprezentantów służy PR.
Konserwatyści patrzą na ten system z obrzydzeniem. Cóż, postawa ta jest jak najbardziej uzasadniona, ale również nie zanosi się na to, żeby system miał się w najbliższym czasie zmienić. Konserwatyści mogą więc przyjąć postawę biernych kontestatorów, którzy będą stać z boku i wytykać systemowi jego wady. Władzy przez to jednak nie zdobędą. Mogą też zastanowić się nad tym, jak używać reguł rządzących tym systemem do swoich własnych celów. W ten sposób zdobycie władzy byłoby opcją jak najbardziej otwartą.
Pójście drugą ścieżką wymaga gruntownego zaznajomienia się z tym, jak działa ten system. Ten kto twierdzi, że opinię publiczną należy lekceważyć, wybrał ścieżkę numer 1.
Czy szukanie poparcia opinii publicznej jest z samej swojej istoty niemoralne? Oczywiście nie. Wszystko zależy od tego, jakich środków używa się do osiągnięcia celu. Zamiast więc wręcz unosić się pychą, polska prawica powinna zadać sobie pytanie o to, jak za pomocą środków zgodnych z etyką katolicką mogłaby dotrzeć do opinii publicznej. Prawdę mówiąc, to od właściwego wykonania tego akurat zadania zależy jej własna przyszłość.
Poparcie opinii publicznej decyduje wręcz o politycznym być albo nie być całych państw. Bardzo dobrze ukazał to Arnold Lunn w eseju: „The Responsibilities of the Catholic in the Modern World“ („Odpowiedzialność katolików we współczesnym świecie“; artykuł został opublikowany w: „The McAuley Lectures 1959: Tradition: Heritage and Responsibility“, Saint Joseph College, West Hartford, Connecticut 1960). Autor wskazuje na rolę nacisku opinii publicznej w Anglii i USA na rządy tych krajów w walce hiszpańskich katolików z komunistami. Angielskiemu i amerykańskiemu Kościołowi katolickiemu udało się zmobilizować wiernych do wywierania nacisku na ich rządy, tak by nie wspierały sił walczących przeciwko Franco. Zdaniem Lunna, bez takiej pomocy Hiszpania prawdopodobnie byłaby stracona dla Kościoła. Jednocześnie Lunn zadaje pytanie, dlaczego taka pomoc ze strony angielskich czy amerykańskich katolików nie została udzielona Polsce w 1945 r.? Jedno, jego zdaniem, jest pewne: w tym przypadku zabrakło politycznej woli udzielenia takiej pomocy („All that was lacking was the will to save Poland for we had the power“). Opinia publiczna tych dwóch krajów nic właściwie dla nas nie zrobiła.
Czy odpowiedni nacisk opinii publicznej mógłby wpłynąć na przebieg wydarzeń? Nie jest to wykluczone. W każdym bądź razie taka bierność nie dziwi, przynajmniej w przypadku USA, gdyż amerykańskie społeczeństwo przez całą wojnę było karmione antypolską propagandą. Traktuje o niej wspomniana już przeze mnie książka M. Biskupskiego „Nieznana wojna. Hollywood przeciwko Polsce. 1939-45” (http://www.fijor.com/2011/08/10/2793/).
Polska znowu znajduje się w trudnej sytuacji politycznej. Polski katolicyzm i tradycja narodowa są celem zmasowanego ataku ze strony lewactwa. Lewactwo mobilizuje przeciwko nam światową opinię publiczną. Warto wspomnieć tu o używanym przez liczne ośrodki opiniotwórcze sformułowaniu „polskie obozy koncentracyjne“ jak również kreowaniu Polski na kraj antysemitów. (O niektórych aspektach toczonej przeciwko nam wojny propagandowej pisałam w tekście „O tym, jak przegrywamy wojnę propagandową“ http://www.konserwatyzm.pl/artykul/166/o-tym-jak-przegrywamy-wojne-propagandowa).
Antypolska propaganda przedstawia nas jako nacjonalistów, antysemitów, szowinistów, kryminalistów, itp. Medialny przekaz Marszu idealnie wpisuje się w tę właśnie strategię działania: światowa opinia publiczna mogła teraz „naocznie przekonać się“ o tym, że z tymi polskimi bandytami rzeczywiście trzeba uważać!
Jak widać po reakcji niektórych wspomnianych na początku komentatorów, polska prawica ciągle nie zdaje sobie sprawy, że przeciwko niej toczona jest totalna wojna propagandowa. Może najwyższy czas, aby niektórzy prawicowcy zadali sobie takie oto pytanie: Gdyby wrogowie Polscy przystąpili do „ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej prawicy“, czy moglibyśmy liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony światowej opinii publicznej? Obawiam się, że nie. Wręcz przeciwnie, za jej przyzwoleniem Polska mogłaby nawet zostać zrównana z ziemią. Wszystko jest kwestią umiejętnego PR.
Polska prawica musi więc sobie postawić pytanie o to, czy w zaistniałej sytuacji rzeczywiście może sobie pozwolić na dalsze lekceważenie opinii publicznej. I to nie tylko rodzimej, ale także – a być może nawet przede wszystkim – światowej.
Magdalena Ziętek
[aw]