Skąd zmiana istoty merytorycznej kwartalnika „Pro Fide, Rege et Lege”? W pewnym momencie na piedestale przestały widnieć historie wybranych monarchów, a skierowano się ku problemom dzisiejszego świata.
- Prawdę mówiąc zszokował mnie pewien mój znajomy profesor, od nauk o zarządzaniu, stwierdzając z sympatią w głosie, że „Pro Fide” to „pismo antykwaryczne”. Zmusiło mnie to do refleksji czy – gdy Artur Górski oddał mi redagowanie pisma – rzeczywiście chcemy prowadzić antykwariat? Poza tym nie ukrywam, że problemy królewskie nigdy nie wywoływały mojego zainteresowania. Nie ma we mnie nic z nostalgicznego konserwatysty zwróconego do przeszłości. Świat się zdegenerował, podupadł. Ale trzeba o niego walczyć, a nie zasklepiać się w sympatycznym antykwariacie. Przyszłością konserwatyzmu nie jest wspomnienie o królach, ale odbudowa kontrrewolucyjnej teologii politycznej. Stąd zmiana profilu pisma.
Wydaje się, że obecnie w demokracji dominuje etyka analityczno-opisowa… Mam na myśli fakt, iż ludzie zwracają uwagę na to, co faktycznie robią, a nie na to, co robić powinni. Dopasowują się często w oportunistyczny sposób do pewnych idei – idei raczej o zabarwieniu lewicowym. Inaczej jest z Klubem Zachowawczo-Monarchistycznym, w którym – jak sądzę – dominuje etyka normatywna, ponieważ jego członkowie kierują się systemem wartości, który - w ich przekonaniu – wyznawać zwyczajnie powinni. Dlaczego współczesne społeczeństwa wolą akceptować rzeczywistość, niż zmieniać ją podług wewnętrznego systemu wartości – pewnego ideału i wzorca? Wynika to ze zwykłej chęci wygody, czy może raczej katalizatorem jest tutaj brak przekazywania przez rodziców pewnych wartości? A może przyczyny są, Pana zdaniem, inne?
- Dziś ludzi nie wychowują już rodzice, Kościół i szkoła, ale telewizja i Internet. A tu dominują wartości komercyjne. Normy źle się sprzedają. Brak norm sprzedaje się znakomicie. Większość ludzi w ogóle nie zastanawia się nad postawionym przez Pana pytaniem. Więcej, większość nie jest intelektualnie nawet zdolna aby je sobie postawić.
W jednej ze swoich książek, zauważyłem: "Kiedyś ludzka godność była nie tylko prawem do czegoś, ale i obowiązkiem. Mawiano: „Jestem człowiekiem, więc nie wolno mi zabijać… Jestem człowiekiem, więc nie wolno mi kraść… Jestem człowiekiem, więc nie wolno mi być egoistą…”. Obecnie ów stan rzeczy zmienia się radykalnie, przechodząc od obowiązków, jakie związane są z ludzką godnością do żądań i postulatów wynikających z posiadania tejże godności". Jak zapatruje się Pan na dzisiejsze pojęcie godności ludzkiej? I drugie pytanie; Czy obecne pojęcie godności, jako godności roszczeniowo-prawnej, nie przekłada się na ciągłe postulaty roszczeniowe Związków Zawodowych?
- Godność człowieka? To herezja. Człowiek nabywa godność dzięki wierze w Boga. Najpierw trzeba upaść przed Bogiem, aby móc wstać i powiedzieć sobie, że „nabyłem godność bo skłoniłem się przed Nim”. Św. Augustyn twierdzi, że bez wiary człowiek nie może nawet dokonać dobrego uczynku. Z racji urodzenia człowiek nie ma żadnej godności. To jest teoria wymyślona w XVIII wieku przez Kanta i rozpropagowana przez Hegla i heglistów (min. Kojeve’a). Jeśli z natury coś mi się należy, to jedynym sprawiedliwym ustrojem jest socjalizm. Jeśli człowiek jest godny z racji bycia człowiekiem, to nabiera cech Boga. To jest istota nowożytnej herezji, u źródeł której stoi pycha. Godność jest cechą Boga, a nie immanentną cechą człowieka.
Wydaje się, że żyjemy w świecie, który w Centrum wszechrzeczy ustawił człowieka. Czy takie podejście jest dla Pana faktem pozytywnym, czy też negatywnym, i dlaczego?
- Jest herezją. I świat zachodni zostanie za to ukarany. Jeśli nic nie zrobimy, to za 100-200 lat nad miastami Europy będą górowały meczety. Tamci zakończą gadanie o „przyrodzonej godności” i „antropocentryzmie”. Resztki tych gadających o „godności” zostaną sprzedane w jasyr. I słusznie: cywilizacje podupadające należy dobijać, aby nie rozsiewały swoich teorii pośród zdrowych moralnie ludów. Naszym celem jest zapobiec tej przerażającej przyszłości poprzez wyparcie dyskursu o godności i prawach człowieka. Boga islamu może pokonać tylko Bóg chrześcijan. Bóg przeciwko Bogu. Nemo contra deus nisi deus ipse.
W tygodniku „Najwyższy Czas!”, napisał Pan o demokracji w następujący sposób: „Ten typ państwa opiera się na idei przyrodzonej równości ludzi” . Przypuszczam zatem, że wyznaje Pan dziś niepopularną – aczkolwiek moim zdaniem logiczną – zasadę, iż ludzie nie byli, nie są i nie będą sobie równi? I drugie pytanie w tej sferze; Czy przypadkiem demokracja nie jest systemem „samotrawiącym się”, jeżeli takie same prawa przysługują naturalnemu prostakowi oraz profesorowi? Janusz Korwin-Mikke zauważył kiedyś, że nie jest normalnym, aby dwóch pijaków mogło przegłosować profesora…
- Idea równości ludzi to negacja grzechu pierworodnego z powodu którego powstało społeczeństwo i zdrowego rozsądku, co dowodzi podany przez Pana przykład. Demokracja jest autodestruktywna. Proszę zobaczyć Unię Europejską i padający system finansów świata zarządzanego przez demos. Kto ma pomóc UE? Chiny, gdzie nie ma demokracji, nie ma socjalizmu i trwa – dzięki temu – swobodna akumulacja kapitału. Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w Boga i akumulują kapitał na Jego chwałę. Socjalizm demokratyczny jest zaprzeczeniem obydwu tych wartości. Musi to przyznać nawet ten, kto w Boga prywatnie nie wierzy.
Nawiązując do poprzedniego pytania… Napisał Pan w tym samym artykule, który pozwoliłem sobie zacytować powyżej, iż „przedrewolucyjna hierarchia społeczna i intelektualna nie była przypadkowa”. Słowa odnoszą się do edukacji, jaka dziś stała się masowa, a jej celem jest zrównanie ludzi – zatarcie różnić intelektualnych i społecznych. W czym dokładnie Pana zdaniem tkwi głupota tych, którzy chcieliby owo zrównanie za pomocą edukacji zrealizować i jakie będą tego skutki – lub, jakie już są?
- Wiara w to, że każdy może się wykształcić, bo ma rozum jak tabula rasa, jest naiwna. Nie, tylko mniejszość ludzi ma predyspozycje do wykształcenia, nauki, kierowania i zarządzania. Z natury większość ludzi ma predyspozycję do życia w totalnej głupocie i ignorancji. Takie jest prawo natury. I słusznie, ktoś musi zamiatać ulice. Współczesny świat próbuje podważyć tę obserwację Platona i utrzymuje mit równej edukacji dla wszystkich, gdzie każdy ma równe szanse. To bajka. Geny zadecydowały już uprzednio kto będzie mógł się uczyć, a komu to nie jest pisane. Oczywiście, ten ostatni może się uczyć. Tylko po co, skoro to dla niego kompletna strata czasu? Rzeczywistość ma swoje prawa i powszechna edukacja nie jest władna ich zmienić, nawet po uchwaleniu przez 460 posłów odpowiedniej ustawy.
Prof. Bogusław Wolniewicz, zauważył kiedyś, że edukacja stała się masowa, a masa zawsze ciśnie w dół. Czy przypadkiem dzisiejszy system demokratyczny, oparty na masowości i często niedorzeczności wyborów („wyborów peryferyjnych”), nie ciągnie w dół poziomu intelektualnego społeczeństwa, a także innych dziedzin naszego życia?
- Całkowicie zgadzam się z prof. Wolniewiczem.
Pozwolę sobie sądzić, że w Europie stworzono państwa opiekuńcze, które przeistoczyły obywateli w dzieci, jakie cały czas żądają – pieniędzy, bezpieczeństwa i opieki. Sądzę również, iż wydarzenia w Grecji, Hiszpanii, czy nawet Wielkiej Brytanii, są właśnie dowodem na słuszność tej teorii. Jak Pan zapatruje się na owo zjawisko?
- Tak, ale ten system zapewnia władzę tym, co obiecują. Niestety, żadne państwo – podobnie jak żadna rodzina – nie jest zdolna permanentnie wydawać więcej niż zarabia. Ale ludziom tego wytłumaczyć nie sposób, pomimo powszechnej edukacji ta prosta prawda matematyczna jest zbyt trudna dla gawiedzi, zwanej w demokracjach „suwerenem”.
Czym według Pana różni się cywilizacja lewicowa od prawicowej? Jakie jest podglebie tych różnić („tkz. rzecz sama w sobie”)?
- Prawicowa opiera się na hierarchii zaczynającej się od Boga, przez papieża, głowy państw, elity społeczne, aż po sam lud na dole. To taka piramida, gdzie źródło istnienia znajduje się na górze i spływa w dół. Cywilizacja lewicowa polega na zburzeniu piramidy. Leży blok kamienny obok bloku i wszystkie są „równe”. Bóg, patrząc na tę destrukcję, umarł.
Kiedy spojrzy Pan wstecz… Widzi Pan z pewnością różne kłopoty, z którymi borykała się Redakcja. Co było dla Redakcji najtrudniejsze? Czy były takie momenty? Chodzi mi o opinie środowisk nieprzychylnych, a może chwile zwątpienia?
- Nie przeżywam chwil zwątpienia. Moja psychika nie zna takiego pojęcia. Nie zwracam uwagi na opinie nieprzychylne. Ja mówię ludziom to co mam do powiedzenia i nie interesują mnie opinie. Jeśli ludzie nie chcą, to mogą moich tez nie przyjąć, ale nie będę zmieniał moich poglądów aby szukać popularności.
I ostatnie pytanie; Na stronie internetowej pisma stwierdził Pan, że „Redakcji naszego pisma chodzi o odtworzenie tradycyjnej filozofii politycznej prawicy […]”. Czy Pana zdaniem cel zostanie osiągnięty? Czy tradycyjna prawica nie zostanie dobita przez prawicę nowoczesną, która de facto z prawicowością ma już niewiele wspólnego?
- Odtworzenie to jedno, a popularyzacja tych idei to drugie. Myślę, że odtworzone to one już są. Temu służy „Pro Fide”. Teraz etap trudniejszy, bardzo trudny: popularyzacja treści niepopularnych w świecie mediów i komiksów. Zdaję sobie z tego problemu sprawę. Ale ja jestem naukowcem, publicystą. Nie jestem politykiem i nie muszę osobiście walczyć z „prawicą nowoczesną”. Cokolwiek Pan rozumie pod tym pojęciem. W Polsce chyba nie ma niczego takiego, bo nie ma żadnej prawicy jako partii politycznej obecnej w Sejmie.
Dziękuję za odpowiedzi,
Jacek Ponikiewski