Od kilkudziesięciu lat polska narodowo-katolicka tradycja jest w sposób planowy niszczona, od dwudziestu lat m.in. pod płaszczykiem polsko-niemieckiego pojednania. W imię budowania zjednoczonej Europy, Polacy poddawani są procesowi reedukacji, który polega na publicznym dezawuowaniu wszystkiego, co związane z polskością. Efekt jest taki, że dla większości z Polaków liczy się tylko dobrobyt. Wielu Polaków wstydzi się własnej polskości, bo kraj kojarzy im się tylko z zacofaniem i biedą. I wreszcie wielu Polakom jest wszystko jedno, czy rządzi nimi Warszawa, Berlin, czy Bruksela. Ważne jest to, żeby była kasa na postawienie domu, wyposażenie go zgodnie z najnowszymi standardami, na urlop, na konsumpcję. W celu odpowiedniej reedukacji buduje się dla Polaków centra handlowe i galerie, które kształtują ich preferencje i cele życiowe. Polacy chcą, by stać ich było na zakupy w luksusowych sklepach, na chodzenie do restauracji i generalnie na rozrywkę w świątyniach konsumpcji. To jest ich świat, to ich kręci, i na to chcą mieć kasę. W 2008 r. Niemiecki Instytut ds. Polski w Darmstadt (Deutsches Polen-Institut Darmstadt) opublikował sprawozdanie na temat polskiej młodzieży (Jahrbuch Polen 2008 Jugend, http://www.deutsches-polen-institut.de/Publikationen/Jahrbuch-Ansichten/Jahrbuch19_2008.php).
Obraz wyłaniający się z tej pozycji jest dość przygnębiający. Polska młodzież to w dużej mierze konsumenci. To dzieci rodziców, których po zakończeniu okresu komuny opanował szał dorabiania. Dorabiania po to, żeby nadrobić stracony czas: stracone możliwości konsumpcji w dzieciństwie i całym dorosłym życiu. Polak przez dziesięciolecia patrzył z zazdrością na bogatych Niemców i chciał żyć tak samo. I jak w końcu mógł się zacząć dorabiać, całe swoje życie podporządkował właśnie temu dorabianiu się. Polska młodzież to dzieci pokolenia dorobkiewiczów, dla których rodzice często nie mieli czasu, bo właśnie się dorabiali. Ba, nierzadko w ogóle nie było ich w domu, bo przebywali za granicą, a dzieci tymczasem były podrzucane dziadkom. Dorabianie się i konsumpcja – tak wygląda świat przeciętnego Polaka.
Wartości narodowe? One są mu głęboko obce. Polska tradycja narodowo-katolicka była i jest w sposób celowy i planowy ośmieszana. M.in. poprzez ciągłe prowokowanie coraz bardziej irracjonalnych postaw tzw. polskiej prawicy. Czy np. polski MSZ rzeczywiście zawinił w sprawie tablicy smoleńskiej? A może właśnie o to chodziło, żeby swoją bezczynnością, która musiała doprowadzić do całkiem racjonalnej reakcji Rosjan, właśnie sprowokować taką sytuację i podgrzać atmosferę? A polską prawicę podgrzać trudno nie jest. I tak się ją podgrzewa, i podgrzewa, że popada w coraz większy irracjonalizm. I tak na końcu polska prawica sama rzuci się do „ostatniego boju”, w którym w bohaterskim czynie da się po prostu wyrżnąć. Nie rozumiejąc przy tym, że tak naprawdę tylko reaguje na bodźce wysyłane przez tych, którzy wiedzą, jak się steruje masami. A „moderniści” ze stoickim spokojem skwitują to stwierdzeniem: no cóż, mieliśmy rację, polski konserwatyzm i nacjonalizm to baaardzo niebezpieczna sprawa. I „cywilizowany świat” odetchnie z ulgą. Moim zdaniem, gdyby rzeczywiście katastrofa smoleńska nie okazała się zwykłym wypadkiem, to nie dlatego, że ludzie, którzy siedzieli w tym samolocie byli tak bardzo niebezpieczni, tylko dlatego, że byłby to najlepszy sposób na „zagotowanie” polskiej prawicy. A jeśli był to tylko wypadek, z tego samego powodu był on bardzo na rękę „modernistom”.
Polski nacjonalizm znajduje się w stadium konwulsji śmiertelnych. Polska stała się krajem zamieszkiwanym przez wynarodowionych, kosmopolitycznych dorobkiewiczów i konsumentów. I europatriotów.
Inaczej ma się sprawa z Niemcami.
Jeszcze kilka lat temu w Niemczech panowała swoista moda na antyniemieckość. Było to pokłosie lewicowej rewolucji z 1968 roku. Dla przeciętnego Niemca posiadanie w domu niemieckiej flagi było sprawą zupełnie nie do pomyślenia. Podobnie ze śpiewaniem hymnu narodowego podczas oficjalnych uroczystości. W Niemczech panowało multikulti, konserwatywna koncepcja „kultury przewodniej” (Leitkultur) była ostro zwalczana.
Od kilku lat można obserwować powolną zmianę mentalności Niemców.
Jednym z przełomowych punktów były odbywające się w Niemczech w 2006 roku Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Przez bodajże trzy tygodnie panowała piękna pogoda, miliony Niemców (oraz przybyłych turystów) wyległy na ulice, by wspólnie oglądać rozgrywki piłkarskie, pokazywane na specjalnie przygotowanych do tego celu ekranach. Tzw. public viewing przyciągało tłumy. Niemiecka drużyna prowadzona przez Jürgena Klinsmanna odnosiła sukces po sukcesie. Na początku niemieckie flagi pokazywały się raczej sporadycznie. Z każdym kolejnym meczem było ich coraz więcej, i więcej. Miałam wrażenie, że Niemcy patrząc na to, jak inne narodowości paradują w całym kraju ze swoimi flagami narodowymi, powoli przełamują swoje własne bariery psychiczne. Pod koniec sporo Niemców biegało jak Indianie, wymalowani w swoje narodowe barwy. Drużyna Klinsmanna urosła do rangi bohaterów narodowych. O jej zmaganiach podczas MŚ został nawet nakręcony film pt. „Letnia bajka” („Sommermärchen”). Podczas ostatnich MŚ, odbywających się w Afryce Południowej, tradycja public viewing została podtrzymana. A niemieckie flagi zawisły wszędzie: na balkonach, samochodach, jak również na samych Niemcach. Dla oznaczenia tego zjawiska wynaleziono już nawet specjalne określenie, które trudno przetłumaczyć na język polski. Dosłowne tłumaczenie, jako patriotyzm piłkarski (Fußballpatriotismus), nie do końca oddaje treść tego terminu. W ostatnim roku „patriotyzm piłkarski” został wzbogacony o kolejne wydarzenie. Chodzi o zwycięstwo Leny w konkursie Eurowizji. Także Lena stała się narodowym bohaterem, i w tym roku również stanie do konkursu.
Kolejną kwestią, na którą chciałabym zwrócić uwagę, to sprawa Roku Hermanna (Hermannsjahr; oficjalna strona internetowa dostępna także w języku angielskim: http://www.hermann2009.de/ ). Rok Hermanna został poświęcony obchodom dwutysięcznej rocznicy pokonania Rzymian przez Germanów w lesie Teutoburskim w 9 r. n.e. Oto krótka notatka z Wikipedii na temat samej bitwy: „Bitwa w lesie Teutoburskim (niem. Schlacht im Teutoburger Wald lub Varusschlacht, również Hermannsschlacht) – bitwa stoczona jesienią 9 roku n.e. między plemionami germańskimi pod wodzą Arminiusza, wodza ze szczepu Cherusków, a wciągniętymi w zasadzkę trzema legionami rzymskimi (XVII, XVIII, XIX), dowodzonymi przez Publiusza Kwinktyliusza Warusa. Bitwa ta zapoczątkowała siedmioletnią wojnę, która ostatecznie ustanowiła granicę na Renie, jako granicę Cesarstwa Rzymskiego na okres czterech stuleci, aż do upadku Cesarstwa. Bitwa ta miała duży wpływ na kształtowanie się XIX-wiecznego nacjonalizmu niemieckiego”.
Obchody rocznicy tej bitwy trwały przez kilka miesięcy i zostały przygotowane z wielką pompą: budżet wszystkich oficjalnych imprez to 13 milionów euro, czyli spora sumka. Na potrzeby tych obchodów odgrzebano stary mit, który odgrywał ważną rolę w procesie jednoczenia Niemiec w XIX w. Chodzi o mit „godziny narodzin narodu niemieckiego” (Geburtsstunde der deutschen Nation). Jak wynika z oficjalnej strony Roku Hermanna, Niemcy oczywiście odżegnują się od wszelkich form nacjonalizmu. Obchody bitwy mają nieść przesłanie pokoju i podkreślać idee europejskie. Muszę przyznać, że nie bardzo zrozumiałam powiązanie między tą bitwą i tymże współczesnym przesłaniem obchodów bitwy; tekst umieszczony na stronie internetowej, moim zdaniem, nosi znamiona bełkotu. W każdym bądź razie, Angela Merkel otwierając obchody bitwy, odwoływała się właśnie do tegoż narodowego mitu. Nie trudno zauważyć, że mamy tu do czynienia z czystym mitem. I tak, np. prof. Rainer Wiegels podkreśla, że po pierwsze, Niemcy to nie to samo co Germanowie. Po drugie, nie można mówić o żadnej narodowej jedności i świadomości Germanów w tamtym czasie. Po trzecie, historyczne znaczenie bitwy jest znacznie przeceniane [http://www.16vor.de/index.php/2009/06/28/historiker-kratzt-am-urmythos-der-deutschen/]. Dr Bayer-Niemeier wskazuje natomiast na to, że niektóre plemiona Germanów żyły w obrębie Imperium Rzymskiego i pełnymi garściami korzystały z jego dobrobytu. Plemiona, które w wyniku przegranej Rzymian znalazły się poza Imperium, tak naprawdę straciły możliwość asymilacji z cywilizowanym światem [Cyt za: http://www.juanita.de/pdf/pnp/varus.pdf?39c386676b987443bedcb5ea9d64b678=76d388776e14967c76eecad66b928519]. Do czego więc Niemcy potrzebują tego mitu? Na to pytanie tutaj nie odpowiem, ale warto wiedzieć, że nastąpiło jego wskrzeszenie. Ze swojej strony pozwolę sobie tylko na pewną złośliwość. Może przyjdzie czas, że niemiecka lewica uzna, iż liczenie lat od narodzenia Chrystusa narusza ich uczucia antyreligijne, i zaproponuje, żeby za początek nowej ery przyjąć początek końca Imperium Rzymskiego (taka interpretacja tej bitwy też krąży po Niemczech). Ale to tylko moja złośliwa uwaga.
Kolejną sprawą jest oczywiście kwestia „wypędzeń”. Na początku chcę stwierdzić, że stanowczo nie zgadzam się z opinią, iż jest to temat sztucznie rozdmuchiwany przez polską prasę. Polska prasa często zbyt histerycznie reaguje na tę sprawę, to fakt. Ale twierdzenie, że cała sprawa jest tylko przejawem polskiej histerii, to nieporozumienie.
Oficjalnym uzasadnieniem stworzenia „Centrum Przeciwko Wypędzeniom” jest walka przeciwko „wypędzeniom” jako takim. Niemieccy „wypędzeni” postrzegają siebie jako przedstawicieli „wypędzonych” na całym świecie. Na czym polega więc problem? Problem leży w definicji tego, czym w ogóle są „wypędzenia”. Otóż ogólnie przyjęta definicja tego pojęcia nie istnieje. Studiując różne wypowiedzi pochodzące z kręgów niemieckich „wypędzonych”, nietrudno nie zauważyć, że do jednego worka wrzucane są wydarzenia, które pod wieloma względami zasadniczo się różnią. I tak, na stronie Centrum czytamy o uciekinierach, „wypędzonych”, przymusowych przesiedleńcach i deportowanych, którym poświęcone jest Centrum. Wszystkie kategorie podpadają więc pod ogólniejszą kategorię „wypędzonych”. Ludzi tych łączy jedno: utrata ojczyzny, jak również całego dobytku, oraz związany z tym przymus budowania egzystencji na nowo, w obcym – a nawet bardzo obcym – otoczeniu. Łączą ich także takie konsekwencje „wypędzeń”, jak rozerwane rodziny, oraz fizyczne i psychiczne szkody, których skutki ofiary muszą często dźwigać przez całe życie (http://www.z-g-v.de/aktuelles/?id=58). Co cała sprawa ma wspólnego z niemieckim nacjonalizmem? Otóż, moim zdaniem, jesteśmy świadkami budowania nowego mitu niemieckiego, który ma nacjonalistyczny charakter. Żeby udowodnić to twierdzenie, wystarczy zwykły kalkulator. Otóż na stronie Centrum została umieszczona tabela, która przedstawia kronikę „wypędzeń” dokonanych w Europie w XX wieku. Tabela podaje liczby ofiar poszczególnych „wypędzeń”. I tak, zgodnie z nią, w latach 1933-41 zostało „wypędzonych” 350 tys., a w latach 1939-45 6 milionów Żydów. Ofiary obozów koncentracyjnych są więc także „wypędzonymi”. Ale nie zawsze. Otóż, jeśli chodzi o Polaków „wypędzonych” przez Niemców w czasie II Wojny Światowej, to tabela podaje tylko liczbę ofiar „wypędzeń” dokonanych od października 1939 do marca 1941. Liczba ta szacowana jest na 460 tys. I to wszystko. Polskie ofiary obozów koncentracyjnych prawdopodobnie nie są więc „wypędzonymi”, podobnie jak polscy robotnicy przymusowi. Ich liczba przekracza 460 tys. Wypędzonymi nie są mieszkańcy Warszawy, którzy po powstaniu musieli opuścić miasto (zgodnie z tabelą niemieckie wypędzenie zakończyły się w 1941 r.) Jeśli chodzi o Polaków „wypędzonych” przez Związek Radziecki, to tabela podaje następujące informacje. Od lutego 1940 do czerwca 1941 zostało „wypędzonych” 800- 900 tys. Polaków, Ukraińców i Żydów, a następnie od jesieni 1944 do wiosny 1949 już samych Polaków 1.530.000. Jak wygląda natomiast sprawa niemieckich „wypędzonych”? Zgodnie z tabelą, w XX wieku zostało „wypędzonych” 14.607.000 Niemców. Wynika z tego, że największą ofiarą XX wieku są Niemcy. I dlatego też, to właśnie Niemcy przypisują sobie „moralne prawo” do tego, by mówić w imieniu wszystkich ofiar „wypędzeń”.
Jeśli więc bezkrytycznie przyjmiemy niemiecki sposób rozumienia pojęcia „wypędzeń”, musimy liczyć się z tym, że znajdziemy się w gronie największych oprawców XX wieku. Zgodnie z tabelą, na sumieniu mamy „wypędzenie” 700 tys. Niemców w latach 1919-26 oraz 7.044.000 w latach 1944-48. W latach 1944/45 „wypędziliśmy” 530 tys. Ukraińców i Białorusinów oraz na przełomie lipca i sierpnia 1947 - 160 tys. Ukraińców. W przeciągu XX wieku „wypędziliśmy” więc 8.430.000 osób. Niemcy w tym samym czasie „wypędziły” 6.970.000 osób, a Związek Radziecki/Rosja – 9.720.000. Aktualnie na szczycie tabeli znajduje się więc Związek Radziecki/Rosja, my jesteśmy tuż za nim. Trochę mnie niepokoi nieobecność w tabeli Żydów „wypędzonych” z Polski w 1968 r. Obawiam się, że któregoś dnia pojawi się tam taka liczba ofiar, która nas wywinduje na pierwsze miejsce. A może znajdą się jeszcze inne ofiary polskich „wypędzeń”? Tak, więc, drodzy Rodacy, niemieccy „wypędzeni” z matematyczną precyzją wykazali światu, kto należy do jednych z największych oprawców XX wieku.
Moim zdaniem, mamy do czynienia z budowaniem nowego mitu, który w poważnym stopniu ignoruje fakty historyczne. Zacznijmy od samej przewodniczącej Fundacji Centrum, czyli pani Eriki Steinbach. Jak powszechnie wiadomo, pani Steinbach, jako córka niemieckiego oficera, urodziła się na terenie okupowanej przez Niemców Rumi. Pani Steinbach urodziła się w domu, z którego najpierw zostali „wypędzeni” Polacy. Ojciec pani Steinbach należał więc do sprawców „wypędzeń”, a sama pani Steinbach w swoim wczesnym dzieciństwie była tego beneficjentką. Fakt ten niemieckim orędownikom „świata bez wypędzeń” jakoś nie przeszkadza. Na ten temat krótki cytat: „Thomas Urban z satysfakcją napisał, że w Niemczech mało kogo interesuje argument, iż pani Steinbach jest – jak to określił – córką niemieckiego oficera, okupanta z Rumi koło Gdyni. Dlaczego to mało interesujący argument? Bo, jak nam spokojnie wyjaśnia Urban, Niemcy uważają, że Rumia i przed drugą wojną światową powinna być w granicach ich kraju, bo "należała do korytarza, który w roku 1920 musiał zostać bez plebiscytu odstąpiony przez Rzeszę Niemiecką"” (http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031122/plus_minus_a_5.html).
Przyjmowany przez Centrum zakres pojęcia „wypędzonych” zaciera także różnicę między uciekinierami i przesiedleńcami. Otóż w tabeli nie pojawia się osobna kategoria niemieckich „wypędzonych”, którzy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną. A sprawą, która jest kompletnie przemilczana, to kwestia „wypędzeń” dokonanych przez samych Niemców na Niemcach, a zrealizowanych w związku z działaniami wojennymi. Najbardziej tragicznym przykładem jest tu sprawa obrony Wrocławia przed Armią Czerwoną („Festung Breslau”). W wyniku przymusowej ewakuacji ludności cywilnej, zarządzonej przez gauleitera Karla Hanke, miasto w krótkim czasie opuściło około 700 tys. ludzi. Krótka notka na ten temat: „Większość uciekała pieszo, w panice, w warunkach niezwykle srogiej zimy, która wówczas panowała – temperatura dochodziła w tych dniach do minus 30 stopni Celsjusza. Pobocza dróg wylotowych z miasta szybko zaścieliły się zwłokami dzieci, niemowląt, kobiet i starszych osób, dla których trud ucieczki był zbyt wielki. (...) Pochody śmierci trwały kilka tygodni. Ocenia się, że zginęło w nich około 100 tys. osób. Większość uciekinierów z Festung Breslau dotarła do Drezna i tam zginęła podczas silnych alianckich nalotów dywanowych, między 13 a 14 lutego 1945 r. Szacuje się, że z 700 tys. ludności cywilnej, która opuściła Wrocław w styczniu 1945 r., przeżyło ledwie 30 proc.” (http://wroclawzwyboru.blox.pl/2007/01/Wielka-ucieczka-z-Festung-Breslau.html). W tabeli pojawia się liczba 2.209.000 Niemców, którzy na przełomie lat 1944 – 1948 zostali „wypędzeni” przez Polaków i Związek Radziecki. Wynikałoby z tego, że zarówno uciekinierzy, jak również ofiary przymusowych ewakuacji także zostały przypisane Polakom. Bo jak inaczej wytłumaczyć przyjęcie 1944 r. za datę początkową polskich „wypędzeń”? Sprawa powinna zostać dokładnie zbadana. Na zakończenie chciałabym jeszcze poruszyć jedną kwestię. Tabela podaje liczbę 1.580.000 Niemców jako ofiar śmiertelnych „wypędzeń” przypisywanych Polakom. Liczba ta wynika z tego, że tabela nie przyjmuje rozróżnienia na ofiary ucieczek, przymusowych ewakuacji oraz ofiary przymusowych deportacji. Również ta sprawa powinna być dokładnie wyjaśniona.
cdn.
Magdalena Ziętek
[aw]