Wielokrotnie, gdy zdarza nam się wyrazić pewien opór tudzież sceptycyzm wobec ekspansji wielu trendów współczesności, które sprowadzić można do wspólnego mianownika libertynizmu, permisywizmu tudzież rozwiązłości, słyszymy ripostę ich obrońców, wyrażającą się w zdaniach typu: „to moja sprawa, co robię w sypialni”, „to moje życie i nikt za mnie nie będzie decydował”, „żyj i daj żyć innym”, ewentualnie „będę robił, co mi się podoba, a innym wara od tego”. Maksymy te są rozpowszechnione i częstokroć powielane jako kontrargumenty.
Trafiają one w instynktowne odczuwanie wielu osób, a przy tym stanowią znaczne ułatwienie dla ich głosicieli – tak w sferze teorii, jak i praktyki. W sferze teorii dlatego, że uwalniają z obowiązku odwołania się do jakichś dalej idących uzasadnień swojego poglądu, nie doprecyzowując, z czego niby miałoby wynikać takie prawo do samowolki. W sferze praktyki natomiast dlatego, że umożliwiają egzystencję wyzutą z jakiejkolwiek refleksji nad określanymi jako archaiczne: troską o dobro wspólne, zakładaniem sobie tłumika, gdy chce się wyrazić jakąś nieprzemyślaną opinię i blokady, gdy chce się uczynić coś, czego w świetle tradycyjnych zasad robić się absolutnie nie powinno.
Co ciekawe, depozytariusze wskazanych powyżej w zarysie przekonań przedstawiają się jako afirmujący – tu najczęściej wymienia się jednym tchem – „postępowość”, „nowoczesność”, „wolność”. Wszelkie kajdany zakładane jednostce identyfikują jako myślenie bliskie totalitarnemu czy wstecznemu. Oczywiście, nie czują obowiązku odwołania do jakichś „wyższych gremiów” idei, wystarczy im proste „ja chcę”, które jest aksjomatem i które nie wiadomo z czego właściwie miałoby wynikać.
Uprawiają więc swoistą anty-filozofię, z pogardą zresztą ripostując pytającym o przyczyny ich postawy: „ty mi tu głosisz jakieś teoryjki, a ja po prostu mam prawo robienia tak jak mi się podoba”. Oczywiście, nie baczą, że to raczej „teoryjki” konstruowane przez ich ideowych pobratymców sprzed wieku/dwóch/trzech chciały tworzyć nowy świat, z lekceważeniem patrząc na ten empiryczny. Nie widzą, że to raczej multum sprzymierzeńców ideowych ich oponentów chciało odnosić się do świata rzeczywistego, a nie jakiegoś wyimaginowanego i oderwanego. Innymi słowy, to raczej filozofia oświeceniowa, której potomkami są główni zainteresowani zaszczepiała w dyskursie owe „teoryjki”.
Zastanówmy się jednak, czy filozofia „róbta, co chceta” jest naprawdę „postępowa”. Czy nie podobną, choć – rzecz jasna – nie uświadamiając sobie tego, logikę wyznawali ludzie w dżungli, żyjący przed powstaniem cywilizacji? Oni też robili, co chcieli, nie mieli żadnych ograniczeń, jedyną barierą były interesy innego członka plemienia. Różnica polega na tym, że wówczas państwa/społeczeństwa/narody, składające się na cywilizację i pełniące kulturotwórczą rolę nie istniały. Można się więc, przy odrobinie złej woli, zastanowić czy apologeci „róbta, co chceta” nie cofnęli się nawet przed barbarię. Wszak ludzie pierwotni nie znali ograniczeń, a część ludzi współczesnych po prostu świadomie je lekceważy.
Co więcej, wbrew deklaratywnej pochwale jednostkowych wolności, działania głównych zainteresowanych niewątpliwie mogą lub wręcz muszą skutkować uniformizacją. Wynika to z faktu, że skoro państwo nie może opierać się o szacunek dla zasad religijnych i musi być „neutralne światopoglądowo”, to staje się podobne do każdego innego państwa. Wszędzie decydują tylko i wyłącznie jednostki według własnego widzimisie, nigdzie nie można nikomu nic narzucać, więc wszelka specyfika państw czy regionów musi odchodzić w niepamięć. Liberalna uniformizacja? Cóż, to całkiem prawdopodobne.
Zatrzymajmy się na chwilę przy owej zbitce „państwo neutralne światopoglądowo”. Oprócz tego, że generuje ona charakterystyczne dla współczesności rozmycie tożsamości, równouprawnia wszystkie „światopoglądy” – szlachetne i nieszlachetne, mądre i głupie, złe i dobre, jest po prostu wewnętrznie niespójna, czy wręcz sprzeczna. Twierdzenie, że państwo ma być „neutralne światopoglądowo” to jest pogląd! Mało tego – pogląd, w świetle całej historii, dość radykalny. Pogląd, który uznaje, że całe dziedzictwo danego państwa, np. Polski ukształtowanej przez chrześcijaństwo jest warte tyle, co poglądy w całych dziejach to państwo podkopujące i dążące do jego destrukcji.
Wulgarność filozofii „róbta, co chceta” prowadzi nawet do tego, że jej wyznawcy mogą w efekcie osiągnąć cele dokładnie sprzeczne z tymi, które im przyświecały.
Liberałowie cyrkulują wokół dwóch założeń, które pozornie są sprzeczne, zaś w istocie posiadają punkt je scalający i doprowadzający do syntezy. Otóż, z jednej strony chcą dać państwu sporą ilość praw, by mogło chronić jednostkę, zaś z drugiej strony chcą te prawa odebrać, by państwo nie było „opresyjne”. Oczywiście, punktem łączącym te koncepcje jest „jednostka”, będąca absolutem.
Postawmy teraz pytanie – czemu, jeśli jednostka będzie się cieszyć nieskrępowaną, nie respektującą zasad wywiedzionych z historii czy tradycji wolnością, nie może tej wolności użyć, by ciemiężyć inne jednostki? Oczywiście, liberał odpowie maksymą, że „granicą wolności jednostki jest wolność innych jednostek”. Tyle że w istocie nie ma żadnej gwarancji ich respektowania, a dla nieskrępowanej powszechnie przyjętymi zasadami jednostki jedyną „zasadą” może stać się prawo siły.
I odwrotnie – społeczeństwo oparte o tradycję będzie szanować przywódców, ci zaś – niezagrożeni przez to społeczeństwo – nie będą mieli powodu, by je ciemiężyć.
Tak się jawią zwolennicy maksymy pod tytułem „państwo nie jest od tego, by zaglądać mi do sypialni”. Ich „postępowość” może prowadzić wprost do epoki kamienia łupanego, ich afirmacja jednostki – do uniformizacji na masową skalę, a ich pochwała wolności – do ograniczeń tejże na masową skalę. Cóż, trudno się dziwić, skoro wyznają oni tak jednowymiarowy i zwulgaryzowany system myślenia.
Jacek Tomczak
[aw]