Zamieszczony przez profesora Bartyzela tekst dotyczący mecenatu (http://www.legitymizm.org/mecenat-artystyczny) zachęcił mnie do wyjaśnienia, o co tak naprawdę chodzi gospodarczym liberałom w kwestii dofinansowywania inicjatyw kulturalnych. Nie może być tak, że czytelnicy Pana profesora zostaną wprowadzeni w błąd w wyniku jego błędnej interpretacji postulowanych przez liberałów tez. Tuszę iż jest to błąd poznawczy, a nie celowa dezinformacja, a Pan profesor jako prawicowiec, mam nadzieję, że dążący do Prawdy (rzecz jasna obiektywnej), zweryfikuje swoje podejście do sprawy.
W swoim artykule prof. Bartyzel nakłada pewną optykę na szeroko pojmowaną kwestię własności prywatnej (bo to ona stanowi istotę problemu), którą można znaleźć w pismach Karola Marksa (np. w tekście „Formacje poprzedzające produkcję kapitalistyczną”). Tak jak Marks, profesor Bartyzel posługuje się dziwną retoryką, wynikającą chyba raczej z logicznego i terminologicznego bałaganu, niźli konsekwentnych przemyśleń. Uważa On, że pojęcie własności miało inny sens niż w nowożytności czy czasach współczesnych. Podobnie twierdzi Marks uznając, że uspołecznienie dóbr nie jest tak naprawdę zniesieniem własności prywatnej - często spotyka się histeryczne usprawiedliwienia komunistów mówiące, że Marks nie chciał, aby szczoteczki do zębów były wspólne. Na czym jednak owo uspołecznienie ma wyglądać, skoro każdy miałby swoją szczoteczkę? Tego nie są w stanie wyjaśnić. Podobnie czyni profesor Bartyzel – nie wyjaśnia na czym polegała rzekoma różnica między własnością prywatną kiedyś, a dzisiaj. Przypomina to trochę konfuzję wynikającą ze sztucznego rozróżnienia na „sprawiedliwość” i „sprawiedliwość społeczną”. Jestem jednak skłonny zrozumieć pewne intuicje, które mogły doprowadzić Pana profesora do takich tez. Otóż zarówno w starożytności jak i średniowieczu, kiedy cesarz czy król mieli szczególną pozycję, można odnieść wrażenie braku własności prywatnej. Jednakże już w prawie rzymskim istniało wyraźne rozdzielenie na res manicipi (nienaruszalne, nie do sprzedania) oraz res in commercio (rzeczy, które można sprzedać). Te pierwsze jednak dotyczyły raczej nieruchomości (res immobiles) niż rzeczy ruchomych i wynikało to ze strategicznego dla gospodarki państwa charakteru owych res immobiles. Sam fakt zaistnienia w prawie rzymskim terminu res in commercio zakłada własność prywatną – nie można przecież sprzedać czegoś, co nie jest własnością. Maecenas, od którego imienia ukuto termin mecenat, dysponował swoim majątkiem, z którego finansował artystów. Oczywiście należy podkreślić, że obywatel rzymski oddawał podatki od posiadanych ziem uprawnych, a cesarz mógł je przydzielić komuś innemu, co może powodować owo zamieszanie dotyczące własności, lecz pieniądze dotychczas zarobione dzięki tym nieruchomościom przez owego obywatela, należały do niego. Podobnie nieruchomości użytkowe takie jak domy czy ogrody, którymi dysponowali najbogatsi, należały do nich, o czym świadczy fakt, iż w prawie rzymskim wyróżniono „posiadanie” oraz „dzierżawienie” i „własność”. Rzeczy posiadane obywatel mógł sprzedać, przepisać na potomka czy przyjaciela. Po zapoznaniu z tekstami źródłowymi dotyczącymi starożytnej Grecji, mamy do czynienia z podobnym podziałem – doskonale i w uroczy sposób obrazują to częste wtrącenia dotyczące przekazywania majątku u Diogenesa Laertiosa w ‘Żywotach i poglądach słynnych filozofów’.
Można więc śmiało uznać, że teza o prywatnym mecenacie w starożytności jest jak najbardziej właściwa. Uprawomocnia ją także kolejny, bardzo istotny dla liberalizmu gospodarczego aspekt – wskazując przykłady ze starożytności czy średniowiecza, liberałowie mają na celu pokazanie, iż nie ma potrzeby pobierania podatków od obywateli, aby kultura prężnie się rozwijała. Przy wzięciu pod uwagę faktów dotyczących własności, wytrzymuje ona konfrontację ze sferą praktyczną. Oczywiście zgadzam się z tym, co profesor Bartyzel napisał odnośnie religijnego, czyli publicznego charakteru sztuki w owych czasach. Nieprawdą jest jednak, jakoby dzieła powstawały li tylko w celu służby społeczeństwu i ze skarbu państwa czy państwa-miasta! Profesor nieco instrumentalizuje ówczesną sztukę i nie pozwala, aby religijna otoczka mogła „współgrać” z prywatną inicjatywą mecenasa. Owszem, sztuki teatralne były zwieńczeniem świąt publicznych i religijnych, ale Pan profesor zapomina chyba, że nie są to jedyne formy kultury. Rzeźbiono, malowano, pisano wiersze przez cały rok i gdyby dziesiątki artystów oczekiwały na inicjatywy związane tylko z kultem lub służbą publiczną, podejrzewam, że nie zostałaby aż tak bogata spuścizna, a sami artyści pomarli z głodu. Przypominam, że standardowy dom Greka (zależnie od jego statusu majątkowego) zdobiony był mozaikami czy malunkami ściennymi. Rzymskie wille otoczone były ogrodami z ozdobnymi altanami oraz perystylami z licznymi kolumnadami i rzeźbami. Przykłady można by mnożyć, a zapotrzebowanie było ogromne, więc zdolni artyści nie narzekali na biedę. Muszę tutaj wtrącić, że mizerny artysta nie mógł się wybić, co jest zupełnie naturalne – np. dionizje miały wypaść jak najlepiej, a prywatnie każdy chciał mieć jak najładniejsze dzieło, gdyż było wizytówką jego statusu społecznego, więc brak tu miejsca na brak talentu. Nie przypominam sobie także, aby była jakaś forma zasiłku dla biednych artystów, a kultura przecież nie ucierpiała na tym – wręcz przeciwnie.
Mimochodem wkrada się nam tutaj również współczesne rozumienie artysty jako tego, który działa w zaciszu swojej pracowni. Starożytni i średniowieczni artyści byli poniekąd rzemieślnikami współpracującymi z murarzami, architektami czy dekarzami i płacono im pensje! Z usług murarzy nie korzystał przecież tylko Kościół czy król. Dodatkowo w średniowieczu istniały cechy malarskie czy rzeźbiarskie, które dawały tytuł mistrzowski oraz ułatwiały zdobycie zlecenia swoim pracownikom-artystom.
Uważam również, że należy także odpowiednio traktować sam mecenat – jest to pomoc artystom, otoczenie ich pewną opieką finansową, ale nie oznacza to, że mecenas nie oczekuje nic w zamian! Mecenasem jest również ten, który zamawia serię obrazów do swojej willi i w ten sposób wspiera zdolnego artystę, co miało miejsce już w starożytności. Teza Pana profesora dotycząca mecenatu czysto prywatnego jako wytworu czasów co najmniej po-nowożytnych jest więc jawnym fałszem.
Niestety ogromnym nieporozumieniem jest ostatni akapit tekstu profesora Bartyzela. Po pierwsze – liberałowie nie chcą państwowego finansowania kultury, a jak ustaliliśmy, część inicjatyw była faktycznie opłacana z pieniędzy np. miasta-państwa. Historycy pokazują, że istniały w starożytności i średniowieczu inicjatywy prywatne, które pozwalały na rozwój kultury i dzięki tejże, prywatnej działalności, mamy dzisiaj wiele znakomitych dzieł. Przy warunkach jakie tworzy wolny rynek (minimalizacja podatków, czyli większe środki w portfelu jednostki), kultura kwitłaby dzięki prywatnym inicjatywom. Po drugie – zarzuty dotyczące bicia monet czy jurysdykcji nad poddanymi są oznaką skrajnej ignorancji. Liberałowie postulują wartość pieniądza opartą na parytecie oraz depozycie i ze względów czysto technicznych indywidualna produkcja pieniędzy może doprowadzić do inflacji, ale nie sądzę, aby była zabroniona. Taka mennica w warunkach wolnego rynku po prostu nie opłacałaby się, dlatego też najwygodniejszy byłby koncept państwa minimalnego, którego zadaniem byłoby produkowanie pieniędzy. Co zaś się tyczy jurysdykcji – nie można uznawać, że jednostka w rzeczywistości liberalnej jest czyjąś własnością, dlatego w imię równości wobec prawa oraz sprawiedliwości (cechującej się obiektywnością), nie może być nawet podejrzenia, że sąd jest stronniczy, co wytrąca Panu profesorowi argument. Po trzecie – w rzeczywistości liberalnej nikt nie zabroniłby nikomu stworzenia własnej armii. Tutaj ponownie powołam się na koncept państwa minimalnego – armia państwowa oraz policja czuwają nad porządkiem w imię obowiązującego prawa.
Mam nadzieję, że nie muszę przytaczać konkretnych dzieł stworzonych na zamówienie. Jest ich pełno w pracach Boscha, da Vinci'ego, Caravaggia, Durera, Bacha czy Mozarta. Braki faktograficzne dotyczące prywatnych inicjatyw w starożytności czy średniowieczu świadczą raczej z tego, że nikt nie spisywał realizacji prywatnych zamówień przez artystów. Nie znaczy to jednak, że takowych nie było, czy też, że było ich mało. Analiza stylu bogatych domostw w starożytności i średniowieczu pozwala na stwierdzenie, że artyści byli aktywni w sektorze prywatnym. Dla liberałów do wyraźny sygnał, że kultura może rozwijać się dzięki prywatnym inicjatywom, dlatego nie należy obciążać podatników kosztami biurokracji mającej rzekomo ją wspierać.
Marcin Sułkowski
[aw]