Nauczam od kilkunastu lat. Mam za sobą doświadczenie nauczyciela
gimnazjalnego, licealnego, pracy ze studentami. Od pewnego czasu na to, co
dzieje się w oświacie, patrzę z pozycji dyrektora szkoły. Chcę się podzielić
moimi przemyśleniami.
Reformę edukacji wprowadzono bez poważnej debaty i pogłębionej analizy
istniejącego stanu rzeczy. Doświadczyłem tego osobiście w czasie tzw. narad i
szkoleń organizowanych dla dyrektorów szkół warszawskich. Szefowa zespołu do
spraw reformy programowej przedmiotów polityczno-społecznych przyznała w
ubiegłym roku, że zespół pracuje pod presją czasu (dla porównania: w Finlandii
przygotowanie i wdrożenie reformy trwało prawie dwie dekady!). O fikcji
konsultacji prowadzonych drogą elektroniczną nie będą się w ogóle rozwodził.
Przez całe dwie dekady reformuje się szkołę na podstawie różnorakich wzorców
zachodnich, opartych głównie na ideologii postępowej, odwołującej się do
pedagogiki J.J. Rousseau, mówiącej o naturalnej dobroci dzieci i uznającej dyscyplinę
za relikt przeszłości. Skutkiem działań wychowawczych opartych na błędnych
założeniach antropologicznych jest problem z kształtowaniem właściwych postaw
moralnych u dzieci i młodzieży. Podejmowane działania są logiczną konsekwencją
wynikająca z przyjęcia powyższych założeń.
Główne mankamenty reform? Oto one:
W gimnazjach wiele dzieci nie potrafi czytać (kilkanaście procent)! –
stwierdza to prof. Michał Wojciechowski („idziemy”, nr 7(232), s. 14), a moje
doświadczenia z pracy z uczniami to potwierdzają.
Nowa matura, mimo dość niskich wymagań, ujawnia duże braki u osób zdających,
premiuje przeciętność (skądinąd trudno się dziwić skoro jednym z najczęściej
powtarzanych sloganów jest wyrównywanie szans, które w praktyce oznacza
równanie w dół). Jest to jeden z przejawów drastycznego obniżenia się poziomu
wykształcenia ogólnego także wśród absolwentów liceów ogólnokształcących (w 40
osobowej grupie studentów dziennych historii tylko 5 osób przeczytało choć
jedną część „Trylogii”!). To, że dziś zdecydowanie większa część młodzieży
podejmuje naukę w liceum niż piętnaście czy dwadzieścia lat temu, a co za tym
idzie poziom intelektualny przeciętnego ucznia jest dużo niższy niż wcześniej,
nie zmienia faktu, że obniża się poziom kształcenia.
Słabną efekty wychowawcze szkoły. Jedną z przyczyn jest doprowadzony do
absurdalnych rozmiarów katalog praw ucznia, który sprawia, że nauczyciel
niejednokrotnie nie może nawet ostrzej skarcić tego, którego ma również
wychowywać. W sytuacji, gdy prawie wszyscy przechodzą do następnej klasy (np.
ocena „dopuszczająca” stanowi taką furtkę), ocena negatywna straciła swoją
skuteczność. Usunięcie ucznia ze szkoły za bandyckie zachowanie jest
praktycznie niemożliwe, a wymagający nauczyciel jest źle widziany także przez
dyrekcję szkoły. Znaczący wpływ na opisywaną sytuację ma szeroko propagowana
demokratyzacja życia szkolnego. Prowadzi to wprost do sytuacji, w której szkoła
staje się instytucją chwiejną, uznającą prawdę za coś prowizorycznego.
Wyodrębnienie dwóch etapów edukacyjnych: gimnazjum i liceum. Skupienie
młodzieży w najtrudniejszym wychowawczo wieku w jednej szkole z założenia nie
mogło przynieść dobrych owoców. Jeden z etapów trwa za krótko, a żaden nie
pozwala na realizację solidnego ogólnego wykształcenia. Mijają trzy lata i
kolejna szkoła, w której kontynuować będzie się ten sam program (uważam, że nie
ma dobrego sposobu rozdzielenia materiału zawartego w programach nauczania
między gimnazjum i kolejnym etapem nauczania).
A teraz mój prywatny ogródek: historia.
Program od starożytności do czasów współczesnych przerabia się w gimnazjum i
pierwszej klasie liceum. Druga i trzecia klasa liceum to czas na specjalizacje.
Innymi słowy całą historię trzeba powtórnie przerobić w ciągu dwóch lat. A ci,
którzy nie będą zdawali matury z tego przedmiotu edukację historyczną w
odniesieniu do starożytności, średniowiecza i historii nowożytnej zakończą w
gimnazjum. Pomysłodawcy zmian mówią: nie ma potrzeby powtarzać jeszcze raz tego
samego w liceum. Mylą się! Uczeń w wieku gimnazjalnym nie jest zdolny do
myślenia abstrakcyjnego. Szkoła dopiero kształtuje tę umiejętność. Nie zdarzyło
mi się, aby któryś z moich uczniów w gimnazjum był w stanie tę barierę – jeśli
można użyć takiego słowa – pokonać. Wychowamy kolejne pokolenie, po pierwsze
analfabetów historycznych, po drugie ludzi, którzy w przeważającej części nie
będą potrafili logicznie myśleć (w tym kontekście pozytywne jest, że wróciła na
maturę obowiązkowa matematyka), rozumieć świata, w którym żyją. No cóż, może o
to chodzi, może naszym celem ma być „produkcja” ludzi sprawnie posługujących
się narzędziami, a nie ludzi myślących. Jestem przekonany, że liceum
ogólnokształcące nikomu nie da już wykształcenia, na które wskazuje jego nazwa.
Czy można się temu dziwić? Czy nie jest przypadkiem tak, że edukacja, która
podporządkowana jest dziś państwu, które chce, tresując mózgi w państwowej
szkole od 6. roku życia, tworzyć „nową” rzeczywistość. Jest to oparte na wierze
w to, że człowiek i świat mają charakter plastyczny: nie ma ani prawa natury stworzonego
przez Boga, ani niezmiennej natury ludzkiej. Budowa nowego, rzekomo lepszego
świata zaczyna się od edukacji, którą próbuje się wykorzystać w sposób czysto
instrumentalny. Jej finalnym efektem ma być „nowy człowiek”, który w imię
postępu zerwie wszelki związek ze światem tradycyjnych wartości. Prof. Michał
Wojciechowski w przywołanym wyżej tekście pisze wprost „[…] uczeń
zdyscyplinowany, rozumujący logicznie, znający historię własnego kraju itd.
Mniej jest podatny na manipulacje medialne. Częściej wybiera więc program
prawicowy. Natomiast ludzie niezdyscyplinowani i niedouczeni, jak też
uzależnieni od pomocy państwa, częściej głosują na operującą emocjami i
obiecankami lewicę”.
Sytuację tę mogłoby zmienić tylko odejście od nakazowo-rozdzielczego systemu
edukacji na rzecz przyznania autonomii poszczególnym szkołom. Musi nastąpić
decentralizacja szkolnictwa. Jedynie wtedy szkoła nie będzie nastawiona przede
wszystkim na spełnienie wymogów władzy, tylko na wyniki nauczania. Wymagałoby
to oczywiście reformy finansowania szkolnictwa – pieniądz powinien iść za
uczniem, aby rodzice mieli możliwość wybrania dla swojego dziecka takiej
szkoły, która zagwarantuje mu nie tylko solidne wykształcenia, ale także
wychowanie w systemie wartości zgodnym z ich przekonaniami. Konieczny jest
również rozwój szkół niepublicznych. Szkoła prywatna będzie działałam lepiej
niż państwowa, bo chcąc utrzymać się na rynku będzie musiała dbać o jakość
swojej pracy). Co więcej, może być dużo tańsza.
Czy można jednak, obserwując to, co do tej pory działo się w oświacie, mieć
nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek? Wątpię.
Dr Artur Górecki
Tekst ukazał się w: „Wychowawca”Nr 9(224), wrzesień 2011.
a.me.