Małomówny (A cóżeście to nam za niemą marę ze Szwecji przywieźli? – gardłował Jan Zamoyski), zamknięty w sobie i trzymający dystans w kontaktach z ludźmi nie miał Zygmunt w sobie tego czaru, którym szlachecką brać uwiedzie jego syn – jowialny Władysław IV Waza. A wiadomo – lubianym wybacza się bardzo dużo, nie lubianym zaś prawie nic. Dobrze przecież wiemy, że można mieć poważne braki w edukacji, zataczać się na mogiłach pomordowanych, nałogowo wręcz kłamać przy każdej okazji i bez okazji, ochraniać podejrzanie dużo kumpli-kryminalistów, a dzięki znakomitej aparycji i godnej szczerego podziwu elokwencji zachowywać niesłabnącą popularność. Można też mieć znacznie wyższe kwalifikacje intelektualne i moralne oraz najszczersze intencje, lecz za sprawą zabawnej powierzchowności, tragicznej wręcz dykcji i straszliwej flegmy stawać się obiektem prymitywnych dowcipów przy każdej wpadce (upowszechniane przez wielbicieli twierdzenie, że zawsze niezasłużenie, byłoby jednak także sporą ekstrawagancją...). Słowem: nie lubiani nigdy nie mogą liczyć na wybaczenie czegokolwiek. Nie przebaczali też Sarmaci Zygmuntowi III Wazie, który po obiorze na króla żył jeszcze złośliwie 45 lat (1587-1632), stając się tym samym prawdziwym rekordzistą pośród władców elekcyjnych.
Wbrew opiniom wielu współczesnych i potomnych król Zygmunt był monarchą niezwykle utalentowanym. Co prawda u progu panowania miał zamiar pozbyć się polsko-litewskiej korony (przy agresywnych sąsiadach i dość słabej pozycji władcy oraz rozbuchanym systemie demokratyczno-pieniackim będącej przecież zwykle koroną cierniową), później jednak nie omieszkał w interesie Rzeczypospolitej wszcząć w 1600 r. wojny o Estonię z rodzinną Szwecją. Bezskutecznie lansował również projekty ustrojowe i militarne mające zreformować nową ojczyznę. Jako pierwszy dostrzegł też, że największym zagrożeniem dla państwa polsko-litewskiego jest Moskwa, w czym historia przyzna mu rację w XVIII stuleciu. Był człowiekiem inteligentnym i świetnie wykształconym, a dzięki szerokim horyzontom umysłowym potrafił zachować zdrowy balans pomiędzy ambitnymi planami (podporządkowanie sobie Moskwy) a realpolitik (czyli ostateczny wybór niedalekiego Smoleńska, a nie odległej stolicy carów). Zwolennik kontrreformacji i żarliwy katolik, nigdy nie podjął żadnych inicjatyw ograniczających religijną tolerancję. Zresztą, unia brzeska świadczy o głębokim szacunku „króla jezuitów” dla obrządku wschodniego i co najwyżej chęci wyeliminowania z prawosławia wpływów moskiewskich.
Ten mało może sympatyczny, ale ze wszech miar godny szacunku władca był także zasłużonym mecenasem kultury. Sprowadzeni przezeń włoscy artyści z Janem Trevano na czele przywieźli ze sobą nie tylko niezwykłe umiejętności, ale i nowe prądy. Można więc z niewielką tylko przesadą powiedzieć, że tym czym dla renesansu było panowanie dwóch pierwszych Zygmuntów, tym dla wczesnego baroku stało się panowanie trzeciego. Co prawda budowa wawelskiej Kaplicy Wazów, wznoszącej się tuż obok Zygmuntowskiej, tak odmiennej w charakterze i nastroju, a przecież tak podobnej w kunszcie i elegancji, ruszy dopiero za Jana II Kazimierza, to przecież z czasów pierwszego z Wazów pochodzą liczne wspaniałe budowle i założenia, jak choćby Kalwaria Zebrzydowska, o rozwoju wczesnobarokowego malarstwa i rzeźby nie wspominając. Tak jak ongiś reformacja, tak za Zygmunta III Wazy kontrreformacja ożywiła życie intelektualne i nadała nowych barw przybladłym ostatnio polemikom. Na marginesie bujnego życia duchowego ręka anonimowego autora skreśliła... pierwszy polski przewodnik turystyczny (‘Przewodnik abo kościołów krakowskich i rzeczy w nich wiedzenia i widzenia godnych krótkie opisanie [...]’ z 1603 r.) Z kolei do dziejów polskiej literatury pięknej czasy pierwszego z Wazów dopisały nazwiska tej miary, co trzech panów „S” – Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (‘chrześcijański Horacy’ wyniósł zresztą na wyżyny nie tyle polszczyznę, ile język Cycerona), Piotra Skargi i Szymona Szymonowica, a także braci Szymona i Józefa Bartłomieja Zimorowiców. Koniecznie trzeba też wspomnieć o znakomitym tłumaczu poezji Piotrze Kochanowskim (bratanku Jana z Czarnolasu) i fantastycznym przekładzie Biblii dokonanym przez Jakuba Wujka – pomnikowym wręcz dziele staropolskiego piśmiennictwa.
Mniej znany jest fakt, że syn Jana III szwedzkiego i Katarzyny Jagiellonki był wielkim admiratorem muzyki. Znając słabość Władysława II Jagiełły do śpiewu ptaków, zdumiewającą muzykalność Zygmunta I Starego i karierę Mikołaja Gomółki na dworze Zygmunta II Augusta, można się domyślać, że to pulsująca w żyłach Wazy krew jagiellońska mogła być źródłem owej wrażliwości na dźwięki. ‘Mara ze Szwecji’ okazała się może i niemą, ale na pewno nie głuchą...
Zasługi monarchów w tej dziedzinie kultury właściwie sprowadzały się do ściągania wybitnych artystów na swój dwór i chociaż wynikały z chęci zaspokojenia własnych potrzeb estetycznych, to przecież kultura muzyczna promieniowała z siedziby władców na cały kraj, kształtowała wzorce i pewien rodzaj wrażliwości. Owocowała też komponowanymi okolicznościowo utworami, które wzbogacały skarbiec kultury polskiej.
Z dworem Zygmunta III Wazy wiążą się osoby trzech wielkich talentów. Pierwszym był zafascynowany pięknem dźwięków wikary katedry wawelskiej Szymon z Piątka, ‘słynny z biegłości w muzyce’ - jak zapewnia nas wybitny znawca okresu staropolskiego Zygmunt Gloger. Muzykalny duszpasterz sam skomponował śpiew ku czci Ducha Świętego, stworzony specjalnie na ślub wrażliwego królewskiego słuchacza. Szymon nie odmówił sobie też osobistego wykonania utworu, ponoć wyjątkowo ‘pięknym głosem’.
Drugim ‘odkryciem’ króla Zygmunta był Diomedes Caton, przybyły z Wenecji na dwór pruskiego podskarbiego Stanisława Kostki. Niebywale utalentowany kompozytor, śpiewak i lutnista trafił w końcu do nadwornej kapeli zachwyconego Zygmunta III Wazy. Wenecjanin zasłynął wkrótce jako autor popularnych pieśni i tańców. Ułożył też tabulaturę na lutnię do ‘rytmów’ Stanisława Grochowskiego, którą wydał w Krakowie w 1606 r. Już w następnym roku Diomedes wydał z kolei ‘Pieśń o św. Stanisławie, patronie Polski’.
Utalentowany pupil króla Zygmunta był w ogóle artystą wyjątkowo płodnym. Obok wymienionych utworów pozostawił po sobie ‘Chorae Polonicae’ – zbiór ośmiu dzieł na ulubioną lutnię. Po zdolnym Wenecjaninie ostały się też cztery fantazje – a jakże! – na lutnię, cztery galiardy i dwie melodie. Jego dorobku dopełnia przypisywana mu muzyka do pieśni ‘Omni die, dic Mariae’, powstałej ku czci świeżo kanonizowanego w 1602 r. patrona Litwy – świętego Kazimierza Jagiellończyka (zresztą stryjecznego dziada Zygmunta III).
Trzeci „nabytek” pierwszego z Wazów to osoba Adama Jarzębskiego, muzyka elektora brandenburskiego Jana Zygmunta, który w 1617 r. stanie się nadwornym skrzypkiem polskiego monarchy. Do historii przejdzie jako kompozytor koncertów, canzon i wokalnego utworu ‘Missa sub concerto’, ale jego talent, ogrzany atmosferą dworu Zygmunta, rozkwitnie na dobre dopiero za Władysława IV.
W ten sposób błyszczała polska muzyka dworska i kościelna u boku Zygmunta III Wazy, stając się ważnym, a dziś zapomnianym elementem kultury Rzeczypospolitej wczesnego baroku. Czy owa niepamięć wynika z marginalizowania w ogóle historii muzyki jako dziedziny wiedzy, czy też znów zaważyła na tym niechęć do króla Zygmunta – dociec trudno...
Panowanie Zygmunta III Wazy okazało się szczęśliwe dla państwa polsko-litewskiego: odzyskano utracony przecież za potężnych Jagiellonów Smoleńsk, Rzeczpospolita Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego osiągnęła swój największy rozkwit terytorialny, a hetman Stanisław Żółkiewski jako jedyny wódz w dziejach zdobył stolicę Rosjan (cesarz Napoleon I zajmie Moskwę, gdy nie będzie już ona pełnić funkcji stołecznych). Ale nieszczęśliwa wojna ze Szwecją w dwadzieścia lat po sławetnym Kircholmie była poważnym ostrzeżeniem...
Ostrzeżeniem dla braci szlacheckiej, nie dla królów. Ci doskonale rozumieli, że wprowadzone po wymarciu Jagiellonów elekcyjność tronu, ograniczenie władzy monarchy, sprowadzonego do roli dożywotniego prezydenta oraz ustanowienie demokracji parlamentarnej z charakterystyczną dla niej anarchią, pieniactwem, korupcją, nieuchronną oligarchizacją, niereformowalnością, prywatą i osłabieniem struktur państwowych prowadzić muszą do powolnego, lecz stałego zaprzepaszczania potęgi wyniesionej z czasów jagiellońskich. Rozumiał to dobrze zwycięski Stefan I Batory, który odgrażał się, że nie będzie „królem malowanym”, a w chwili gniewu krzyczał: [...] rozwiążcie mi ręce skrępowane waszymi prawami [...]!. Rozumiał i Zygmunt, świadek upadku własnych projektów reform i antykrólewskiego rokoszu, który musiał wycofać się ostatecznie z planów stworzenia stałego skarbu na potrzeby wojska, niezależnego od kaprysów parlamentu, a w którego otoczeniu brylował zatwardziały monarchista Piotr Skarga. Będzie rozumiał i jego syn – Jan II Kazimierz – gdy rozgoryczony niemożnością ani niedużego w gruncie rzeczy ograniczenia demokracji, ani jej reformowania, zrzeknie się „korony cierniowej” i przepowie rozbiory Rzeczypospolitej. Podobne stany emocjonalne towarzyszyć będą triumfatorowi spod Wiednia, Janowi III Sobieskiemu, gdy i on wieszczyć będzie upadek państwa (‘Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zniszczoną zostanie’). Tyleż rzutki, co pechowy August II Mocny, próbujący bezskutecznie wzmocnić swoją pozycję dzięki wojskom saskim, stwierdzi – po takich „woltach” jak nieratyfikowanie przez sejm uniezależniającego od Moskwy traktatu z Austrią i Hanowerem (pozostającym w unii z samą Wielką Brytanią) – że gdyby wiedział jaki jest w Rzeczypospolitej zakres władzy króla, a jaki hetmana, to z pewnością ubiegałby się raczej o urząd hetmański. Paradoksalnie, radykalne kroki w tej kwestii podejmie tchórzliwy król Poniatowski - Stanisław II August, który drogą przewrotu narzuci demokratycznemu dotąd krajowi monarchistyczną Konstytucję 3 Maja. Ale rok później na rosyjskich bagnetach powróci jednak stara, dobra demokracja... Zresztą w XVIII stuleciu na wszystko będzie już za późno... Nawet pucz i dyktatura wojskowa generała Tadeusz Kościuszki nic dać już nie mogły...
Przebieg „wojny o ujście Wisły” za Zygmunta III Wazy mógł więc być ostrzeżeniem tylko dla strażników demokracji: szlachty, magnatów i parlamentu. Dla nich jednak groźniejsze były mgliste wizje absolutum dominium, niż perspektywa upadku państwa. Jeszcze po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja opozycja demokratyczna wolała będzie wezwać do interwencji w Rzeczypospolitej Katarzynę II Wielką, poddając pod jej protekcję „wolnościową” konfederację targowicką, niźli godzić się na „tyrański” system rządów...
Gdy więc po „złotym wieku” Jagiellonów nastąpi „srebrny wiek” Stefana I Batorego i pierwszych Wazów, to mimo zdobycia Moskwy i świetnych nabytków terytorialnych Zygmunta III, starcia ze Szwecją staną się zapowiedzią trudnego „wieku żelaza”, zapoczątkowanego w połowie XVII stulecia przerażającym zewem z ukraińskich stepów. Na razie jednak dotychczasowe sukcesy potwierdziły mocarstwową pozycją Rzeczypospolitej. Symbolicznym sercem owej potęgi był elegancki wczesnobarokowy dwór nie lubianego króla Zygmunta. Dwór, żyjący dźwiękami Diomedesa Catona i Adama Jarzębskiego oraz zachwycający się śpiewem Szymona z Piątka...
Nigdy wprost nie sformułowany testament polityczny Zygmunta III Wazy można by w skrócie streścić jako podejmowanie reform ustrojowych, budowa silnego stronnictwa królewskiego, odzyskanie ujścia Wisły z rąk szwedzkich, utrzymanie Smoleńska i czujne baczenie na Moskwę. Swemu następcy Zygmunt pozostawił – poza poszerzonym terytorialnie państwem – znakomitą kapelę królewską. W blasku jego dworu dojrzewał przecież niezwykły talent „odkrytego” przezeń Adama Jarzębskiego. O tym, jak dobra była to szkoła, zaświadczą już późniejsze osiągnięcia skrzypka, gdy w 1632 r. zamknie oczy jego pierwszy królewski protektor...
Bartłomiej Grzegorz Sala
[aw]
O muzyce polskiej za Wazów zob. Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, reprint - Warszawa 1996, hasło Muzyka i narzędzia muzyczne.