I,
jakkolwiek konsekwencje tego zamachu dało się odczuć w całym świecie:
od zwiększonych kontroli bezpieczeństwa w każdym możliwym miejscu po
kampanie przeciw terrorystom, to najbardziej zmieniły się same Stany
Zjednoczone.
Wystarczy
spojrzeć na ich zachowanie w ciągu ostatniej dekady, by zobaczyć tego
wyraźne ślady. Na początku można zaobserwować fatalną interwencję w
Afganistanie. Fatalną z każdego punktu widzenia, ponieważ cel,
tj. zniszczenie Al Kaidy, nie został osiągnięty, zaś konsekwencje
humanitarne, finansowe i polityczne nadal są odczuwalne. Dwa
lata później pojawiła się druga wojna w Zatoce i mimo, że spreparowane
dowody na istnienie w Iraku broni masowego rażenia, tudzież zachowanie
Stanów na arenie międzynarodowej w trakcie przygotowania inwazji, były
wyjątkowo szkodliwe dla ich pozycji na arenie międzynarodowej, sam fakt
usiłowania przekonania opinii międzynarodowej świadczy, że jakieś lekcje
już zaczęły być odrabiane w Waszyngtonie.
Naturalnie,
można argumentować, że interwencja w Iraku nie była konieczna, jednak
należy pamiętać o wewnętrznej sytuacji politycznej w USA w tamtym
okresie. Brak spektakularnych sukcesów w Afganistanie i nadchodzące
wybory były katalizatorami, które doprowadziły w końcu do podjęcia
decyzji o kolejnej kosztownej i długoterminowej interwencji zbrojnej.
Jednak kolejne niepowodzenia i nieumiejętność w zaprowadzaniu
stabilności w następnym okupowanym kraju sprawiły, że republikanie
przegrali wybory i prezydenckie, i parlamentarne.
Już
po zmianie administracji w Białym Domu widać zdecydowaną zmianę w
polityce zagranicznej. Nie tylko odcięcie się od przymusowych
ekstradycji i tajnych więzień, ale również wyraźna zmiana zachowania na
arenie międzynarodowej ukazzała większą dojrzałość Ameryki. W tym roku
widać to było podczas rosnącego niezadowolenia i wybuchu powstania w
Libii. Jeżeli republikańskie Stany były szybkie we wspieraniu opozycji
do reżimów niedemokratycznych (Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie,
„kwietne” rewolucje na Kaukazie i w Azji Środkowej), to prezydent Obama
pokazuje, że będzie dążył do spokojniejszych i bardziej wyważonych
działań. Stany Zjednoczone nie zaangażowały się samodzielnie na rzecz
powstańców z Benghazi, lecz poczekały na odpowiednie decyzje ONZ, a i po
nich USA jest obecna w Libii tylko za pośrednictwem struktur NATO.
Taką
zmianą był też słynny „reset” stosunków z Rosją. Rozpoczęcie na nowo
dialogu z tym, może już nie supermocarstwem, ale nadal istotnym graczem w
światowej polityce, pokazuje odejście od liberalnego idealizmu „Końca
historii” Fukuyamy na rzecz większego pragmatyzmu w amerykańskim
podejściu do swoich partnerów. Brak wymagania zaadoptowania
„amerykańskiej drogi”, czyli demokratyzacji prowadzonej według
sztampowego, zachodniego wzorca, otwiera Amerykanom drogę do nowych,
szerszych możliwości dialogu i współpracy, która, paradoksalnie, może
szybciej, łatwiej i taniej doprowadzić ich do efektów, które
republikanie usiłowali osiągnąć przez operacje wojskowe. Po raz kolejny,
przykładem tutaj może być Libia, której obecni przywódcy troszczą się
bardzo, by nie stracić wsparcia zachodnich przywódców. Ewenementem,
jeżeli chodzi o takie przewroty, jest zapobieganie (w miarę możliwości)
mordom odwetowym. Równie zaskakujące jest oświadczenie jednego z
przywódców, Mustafy Abdula Dżalila, że jest gotów, po zakończeniu
powstania, poddać się osądowi za swoje czyny, jako ministra
sprawiedliwości w rządzie Kaddafiego; prawdziwość tej deklaracji
pozostaje kwestią otwartą, ale już samo jej złożenie, sam fakt, że
powstańcy przejmują się opinią szeroko rozumianego Zachodu, pokazuje
istotną zmianę w perspektywie.
Stany
Zjednoczone w ciągu 10 lat od zamachów z 11 września (liczba mnoga, bo
nie można zapominać o Pentagonie, czy też czwartym samolocie, na którym
terroryści zostali obezwładnieni przez pasażerów) przeszły długą drogę.
Dojrzały, są teraz bardziej wyważone w sądach, ostrożniejsze w swoim
zachowaniu; mają większą dozę szacunku dla swoich partnerów i instytucji
międzynarodowych. Musiały poświęcić pewne marzenia – zwłaszcza te o
świecie pełnym dobrobytu i wolności, co budzi pewien smutek,
szczególnie, gdy z powodu kryzysu, świat pogrąża się w dyskusji na temat
finansów i długów. Sen o
sprawach praktycznych i ważnych, lecz pozbawionych tego rozmachu,
który charakteryzował cele polityki amerykańskiej po rozpadzie Związku
Radzieckiego, skończył się. Stany Zjednoczone przestawiają się na życie
dojrzałe, pełne kompromisów i poświęceń – już bez rozmachu, ale za to z
mniejszą liczbą dramatów i konfliktów.
http://www.geopolityka.org/index.php/komentarze/1029-przebudzenie-w-dorosloscArtykuł jest głosem dyskusji ECAG o 11 września 2001 r. Przeczytaj inne artykuły:
Marcin Domagała: 20 chłopców zaatakowało...
Kornel Sawiński: Rocznica 11 września: dekada geopolitycznej ofensywy USA
Ryszard M. Machnikowski: 10. rocznica wydarzeń 11 września
a.me.