Wizerunek Polski, mimo wszystkich strat poniesionych przez nią w walce przeciwko bolszewizmowi, komunizmowi, jak i nazistowskiemu faszyzmowi, jest wyjątkowo negatywny. Jak to jest możliwe, że Niemcom, państwu, które doprowadziło do śmierci tylu istnień ludzkich, udało się pozyskać sympatię w gruncie rzeczy swoich własnych ofiar? Natomiast Polska, która od wieków prawie na wszystkich kontynentach świata walczy „za wolność naszą i waszą”, przez swoich dłużników postrzegana jest z wyraźną niechęcią?
Zanim przejdę do analizy przyczyn takiego stanu rzeczy, chciałabym najpierw postawić diagnozę: jesteśmy wielkimi przegranymi wojny propagandowej. Jesteśmy przegranymi, gdyż większość Polaków, w tym przede wszystkim politycy, o istnieniu takiej wojny nawet nie wiedzą. Trudno bowiem coś wygrać tak zupełnie przez przypadek, bez świadomości tego, że się jest częścią gry. A gra się toczy, i my ją przegrywamy, z kretesem. Wielkim wygranym są oczywiście Niemcy, kraj, który miałby wiele do stracenia, gdyby opinia publiczna przy formowaniu swoich wyroków kierowała się prawdą historyczną.
Jednym z twórców teoretycznych podstaw marketingu był Niemiec, Hans Domizlaff. Swoje najważniejsze tezy wyłożył w książce pt. „O pozyskiwaniu publicznego zaufania” (Die Gewinnung des öffentlichen Vertrauens. Ein Lehrbuch der Markentechnik, I wyd. 1939). Wcześniej, w 1932 wydał książkę pt. „Środki propagandy idei państwa” (Propagandamittel der Staatsidee). Pozycję tę dobrze znał Goebbels, sam Domizlaff nie udzielał się politycznie. Tytuł pierwszego wymienionego dzieła dokładnie wskazuje na to, o co tak właściwie chodzi zarówno w propagandzie, która po II Wojnie Światowej została przemianowana na public relations, jak i w marketingu. Celem środków propagandowych, jak i marketingowych jest właśnie zdobycie zaufania opinii publicznej oraz konsumentów. „Królewską” drogą jest oczywiście dostarczanie produktów najwyższej jakości oraz rzeczywiste dbanie o korzyści ludzi, których zaufanie chce się pozyskać. Ale technika jest techniką i może służyć różnym celom.
Podstawy technik propagandowych wyłożył Edward Bernays, w słynnej pracy z 1928 zatytułowanej nie inaczej jak właśnie „Propaganda”. Podstawowe założenie technik propagandowych jest banalnie proste: chodzi o świadome i celowe kształtowanie obrazu rzeczywistości, który odbiorcy będą brać za samą rzeczywistość. Każdy człowiek ma swoje własne wyobrażenia o rzeczywistości, które mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Drugim celem technik propagandowych jest wpływanie na uczucia odbiorców, między innymi poprzez łączenie określonych przekazów z ich negatywną bądź pozytywną oceną. W ten sposób kształtowane jest negatywne bądź pozytywne nastawienie odbiorców technik propagandowych do konkretnych pojęć, idei, zjawisk czy też osób. Jest to bardzo ważny aspekt propagandy, gdyż człowiek bardzo często działa według prostego schematu nagradzania tych, których lubi, i karania tych, których nie lubi. Nawet, gdy obiektywne przesłanki nakazują ukaranie kogoś, kogo lubimy, to w większości przypadków będziemy skłonni do wymierzenia mu lżejszej kary bądź też do zupełnego odstąpienia od jej wymierzenia. W przypadku, gdy kogoś nie lubimy, będziemy skłaniać się ku temu, by go nawet mocniej ukarać, niż jest to wskazane z punktu widzenia obiektywnych przesłanek. Mechanizmy te są nie do przecenienia w świecie demokracji i konsumpcji. Powodzenie wielu przedwsięzięć o znaczeniu publicznym bądź też komercjalnym coraz bardziej zależy od tego, czy cieszy się ono pozytywnym nastawieniem opinii publicznej bądź też konsumentów, czy nie. Dlatego też opanowanie sztuki pozyskiwania zaufania opinii publicznej to często sprawa życia i śmierci.
Jak już wspomniałam, Niemcy opanowały tę sztukę do perfekcji. Patrząc z punktu widzenia interesów Niemiec, należy stwierdzić, że nie miały też innego wyjścia. Bez propagandy nie byłoby cudu gospodarczego, jak również całego rozwoju gospodarczego Niemiec po II Wojnie Światowej. Żeby uzasadnić to twierdzenie, należy najpierw przyjrzeć się temu, jaka była sytuacja wyjściowa Niemiec po wojnie. Niemcy to kraj ubogi w surowce naturalne. Ze względu na profil niemieckiej gospodarki, jej rozwój jest zależny od tego, czy zapewni sobie ona dostęp do tych surowców. Niemcy, jako wielki przegrany wojny, kraj, który budził w ludziach przede wszystkim uczucie nienawiści, miały więc dość kiepskie warunki wyjściowe. Ważne oczywiście było także zapewnienie sobie dostępu do obcych rynków zbytu. A „made in Germany” mogło się dobrze nie kojarzyć... Jak to się więc stało, że kilkadziesiąt lat później produkty opatrzone adnotacją „made in Germany” stały się obiektem pożądania wielu konsumentów? Oczywiście decydowała jakość produktów, ale konsument bardzo często kieruje się nie jakością, ale swoimi odczuciami i wyobrażeniami na temat tego, co dobre, a co złe.
W wykreowaniu pozytywnego wizerunku pomógł Niemcom oczywiście wybuch zimnej wojny. „Źli Niemcy” zamienili się w „dobrych Niemców”, gdyż stanęli po stronie „dobrych ludzi”. Wrogiem stał się Związek Radziecki, a nic tak nie łączy i jednoczy jak wspólny wróg. Drugim czynnikiem kreującym wizerunek Niemiec była demokratyzacja kraju, przynajmniej w sferze teoretycznej. A Niemcy demokratyczne to dobre Niemcy. Na marginesie trzeba stwierdzić, że rządy Adenauera dużo bardziej przypominały autokrację niż demokrację; ponadto opozycja socjaldemokratyczna była po wojnie dalej prześladowana, i z tym samym uzasadnieniem: ochroną kraju przed wpływami komunizmu. Trzecim czynnikiem była rzekoma denazyfikacja Niemiec. Rzekoma, gdyż na dobrą sprawę skończyła się na procesie Eichmanna i procesach norymberskich. Wyroków skazujących wydanych przez niemieckie sądy było bardzo mało, a zasądzone kary – śmiesznie niskie. Proces Eichmanna oraz procesy norymberskie stały się za to bardzo ważnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec: potrzeba sprawiedliwości, zgłaszana przez opinię publiczną, została spełniona, przynajmniej częściowo. Ważnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec było także powołanie do życia niemieckiej chadecji. Stworzenie partii rzekomo chrześcijańskiej miało również zyskać przychylność konserwatywnych środowisk na całym świecie. Napisałam rzekomo, gdyż partia ta była w dużej mierze tworzona przez byłych nazistów, którzy doskonale potrafili łączyć swój katolicyzm czy też protestantyzm ze służbą Führerowi. Kolejnym elementem kształtowania pozytywnego wizerunku Niemiec było pojednanie się ze swoimi sąsiadami, jak również sprawa odpowiedzialności za Holokaust. Pierwszym etapem było jednanie się z państwami należącymi do bloku zachodniego, przede wszystkim poprzez stworzenie Unii Europejskiej (pierwotnie EWG). Celem powołania UE oficjalnie było zapewnienie pokoju w Europie. Oficjalnie, bo pozwalając sobie na pewną złośliwość, skwituję to stwierdzeniem, że wystarczyłoby, żeby Niemcy zostawiły swoich sąsiadów w spokoju. W ciągu 200 lat Prusy i Niemcy wywołały dziewięć wojen, w tym pięć wielkich, a dwie światowe, i dodatkowo wzięły udział w rozbiorach Polski (cyt. za: S. Bratkowski, Kim chcą być Niemcy). Rewolucja bolszewicka to w dużej mierze także niemiecka zasługa. Dla swojego pojednania z sąsiadami Niemcy potrzebowały jednak gestu propagandowo dużo bardziej spektakularnego, czyli UE. Tym bardziej, że ten gest tak „zupełnie przypadkowo” leży w interesie niemieckiej gospodarki.
Jednym z najważniejszych elementów składających się na pozytywny wizerunek Niemiec jest sprawa Holokaustu. Niemcy szczycą się swoją gorliwością w zwalczaniu wszelkich przejawów antysemityzmu, i to nie tylko we własnym kraju, ale także za granicą. Szczególnie sprawa polskiego antysemityzmu to konik wielu kreatorów niemieckiej opinii publicznej. Publiczne przyznawanie się do winy antysemityzmu stało się wręcz rytuałem o charakterze religijnym: chodzi o dokonanie aktu ekspiacji. Niemiecka polityka historyczna w zakresie Holokaustu zapewnia Niemcom poczucie, że należą do dobrych Niemców, w przeciwieństwie do tych złych, nazistów. O tym, że jest to bardzo powierzchowne rozliczanie się ze swoją przeszłością, świadczyć może np. zasłyszana przeze mnie historia pewnej Niemki. Osoba ta podczas pobytu na terenie obozu w Oświęcimiu doznała prawdziwego załamania nerwowego, gdyż dopiero wtedy dotarło do niej, czym naprawdę był Holokaust.
Ważnym elementem tworzenia pozytywnego wizerunku Niemiec było także zastąpienie wyrażenia „niemieckich zbrodniarzy hitlerowskich” terminem naziści. Brzmi przyjemniej dla niemieckiego ucha i lepiej prezentuje się na zewnątrz. I tak sprawcami zbrodni już nie są konkretni Niemcy, tylko anonimowi naziści. Trzeba jeszcze tylko „podrzucić” obozy koncentracyjne Polakom, i sprawa jest wyczyszczona do końca. Po upadku Muru Berlińskiego – nawet obalenie komunizmu i oznaczenie początku nowej epoki Niemcy sobie zawłaszczyli – kolejnym etapem tworzenia pozytywnego wizerunku stała się kwestia pojednania Niemców z krajami Europy Wschodniej. Oficjalnie, już od 20 lat jednamy się z Niemcami, między innymi poprzez liczne programy stypendialne, jak i programy wymiany uczniów, studentów itp. Ze strony Niemiec przeznaczane są na te cele bardzo duże pieniądze. Jest to temat, któremu na pewno poświęcę osobny artykuł, w tym miejscu pozwolę sobie tylko na krótki komentarz. Moim zdaniem, celem tych wszystkich projektów jest eksportowanie niemieckiej wizji historii i stosunków polsko-niemieckich do Polski. Sprawa konkretnych niemieckich zbrodni dokonanych na Polakach jest poruszana podczas takich spotkań tylko wyjątkowo. Jeśli ktoś taki temat poruszy, to szybko jest uciszany, jako osoba, która psuje harmonijną atmosferę jednania się. I tak po 20 latach zarówno światowa opinia publiczna, jak i Niemcy nadal nic nie wiedzą o skali zbrodni popełnionych na narodzie polskim, a np. Powstanie Warszawskie jest notorycznie mylone z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Nie zanosi też się na to, żeby ten stan miał kiedykolwiek ulec zmianie.
Stwarzanie pozytywnego wizerunku Niemiec nie jest więc projektem zamkniętym. Kolejnym punktem jest coraz wyraźniej realizowany program kreowania Niemców na największe – obok Żydów – ofiary II Wojny Światowej. Oczywiście, mam na myśli sprawę tzw. wypędzonych. Celem tego programu jest ukazanie Niemców jako niewinnych ofiar Polaków. Jest to gra o dużą stawkę – do wygrania jest to, na czyją stronę przechyli się szala sympatii światowej opinii publicznej. Niemcy za wszelką cenę chcą zostać obiektem współczucia. Polacy są natomiast przedstawiani jako prawdziwi bandyci i zbrodniarze, których należy bezapelacyjnie potępić. Na marginesie warto wspomnieć, że ta linia jest konsekwentnie utrzymywana od 1945 roku. Uświadomił mi to następujący fakt. Po opublikowaniu jednego z moich listów czytelniczki we Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) dostałam bardzo nieprzyjemny list od anonimowego czytelnika, do którego dołączona była kopia artykułu autorstwa Roberta Jungka pt. „Z kraju umarłych” (Aus einem Totenland), który ukazał się 16.11.1945 w Die Weltwoche Zürich. Artykuł ten z jednej strony opisuje bestialstwa popełniane na Niemcach – również i Żydach – przez Polaków w „polskim sektorze”, z drugiej, jak dobrze traktowali Niemców Rosjanie, w sektorze rosyjskim. Autor artykuł zieje nienawiścią do Polaków, jak również wyraża nieskrywaną sympatię do Rosjan. Kulisom przesunięcia granic w Europie Środkowej nie poświęca wiele miejsca.
Kolejnym elementem aktualnego tworzenia pozytywnego obrazu Niemiec jest coraz większe rozdmuchiwanie sprawy niemieckiego ruchu oporu. Postacie takie jak np. Stauffenberg kreowane są na wielkich przeciwników nazizmu, którzy swoje życie oddali w walce z faszyzmem. O tym, że najpierw temu systemowi wiernie służyli, jakoś się nie wspomina. Ważną rolę odgrywa tutaj np. centrum spotkań w Krzyżowej, która stała się symbolem pojednania polsko-niemieckiego i generalnie walki przeciwko totalitaryzmom. Ponad 20 lat temu nastąpiło tam historyczne spotkanie Mazowieckiego i Kohla. Również w Krzyżowej spotykała się grupa oporu, której członkiem był Stauffenberg. I to właśnie tam przygotowywane były plany nowego porządku europejskiego, który miał zostać zaprowadzony po odsunięciu Hitlera od władzy. Sprawa jest ciekawa, gdyż wiele z tych punktów pokrywa się z punktami wcielanymi w życie przez UE. W każdym bądź razie, jeśli tendencja się utrzyma, jeszcze się okaże, że to sami Niemcy obalili faszyzm. O obaleniu komunizmu już wspomniałam.
Ostatni temat jest jednak najbardziej niepokojący. Zauważyłam, że od pewnego czasu w kręgach konserwatywnych odżył temat rzekomej polskiej odpowiedzialności za wybuch II Wojny Światowej. To nie jest żart, coraz częściej jestem konfrontowana właśnie z takimi twierdzeniami. Najpierw były to listy czytelników FAZ, którzy publicznie wyrażali swoje oburzenie faktem, że to największe kłamstwo historii XX wieku, czyli o wyłącznej odpowiedzialności Niemiec za wojnę, ciągle nie zostało zdemaskowane. Niedawno wpadła mi także w ręce skądinąd ciekawa książka pod redakcją Michaela Müllera „Dyktatura po cichu” (Die leise Diktatur), w której prezentowane są również takie żądania „odkłamania historii”.
Obraz wyłaniający się z tego krótkiego szkicu jest zupełnie czytelny: wojnę wywołali Polacy, zbrodni Holokaustu dokonali anonimowi naziści w polskich obozach koncentracyjnych, a na koniec polscy bandyci przeprowadzili akcję wypędzenia zupełnie niewinnych Niemców. Niemcy obalili faszyzm i komunizm, i generalnie są największymi na świecie orędownikami pokoju, demokracji, praw człowieka oraz światową inkwizycją, jeśli chodzi o antysemityzm. Nic, tylko adorować i współczuć. Jak wygląda wobec tego obraz Polski? Nawet nie chcę wspominać.
Jeśli my, Polacy, nie zrobimy nic, by to zmienić, to za kilkadziesiąt lat dokładnie tak będzie wyglądał obraz świata tkwiący w głowach nowych pokoleń.
Lech Kaczyński bardzo słusznie wskazywał na to zagrożenie. I dlatego tak był nienawidzony przez niemieckie (w tym także polskie, należące do niemieckich koncernów) i niemiecko-poddańcze media. Tusk robi dokładnie to, czego Niemcy od niego oczekują. Dlatego też rok temu została przyznana mu prestiżowa niemiecka nagroda Karola Wielkiego. Lech Kaczyński nie przysłużył się jednak interesom Polski. To, co robią Niemcy, jest wysoce niemoralne, ale leży w interesie Niemców. Wielu prawicowych polskich polityków nie rozumie, że inne państwa – nawet jeśli tak twierdzą – w polityce nie kierują się względami moralnymi, lecz po prostu dbają o swoje interesy. Lech Kaczyński prowokując bezpośrednią konfrontację z Niemcami, dał im tylko świetną okazję do tego, żeby cementować negatywny obraz Polski jako kraju nacjonalistów. Świat polityki oparty jest na kłamstwie i oszustwie, współczesna polityka nie opiera się na tomistycznej wizji polityki jako realizacji dobra wspólnego. Jest to świat Machiavellego i trzeba umieć się w nim poruszać. Nawet jeśli moralność i prawdę ma się po swojej stronie, to w polityce niewiele to znaczy. W politycy liczy się skuteczność.
Dlatego też nie podoba mi się to, jak temat niemieckiej polityki historycznej i związanych z tym zagrożeń dla polskiej racji stanu traktowany jest w polskich kręgach prawicowych. Za dużo tam antyniemieckich haseł, co przez Niemców jest skrzętnie wykorzystywane w celu kreowania się na ofiarę polskiego nacjonalizmu. Polska prawica sama wbija sobie gwóźdź do trumny. Niemcy się nie zmienią, bo mają za dużo do stracenia. Argumenty moralne i apelowanie do sumienia jest zupełnie bez sensu. Zamiast tego, Polska powinna prowadzić swoją własną politykę kreowania pozytywnego wizerunku. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nie musimy wiele „ukrywać”, żeby pokazać się z dobrej strony. Nie musimy kreować sztucznej rzeczywistości, bo „prawdziwa” rzeczywistość jest dla nas „korzystna”. Dlaczego więc nic nie robimy w tym celu, żeby świat nas zobaczył takimi, jakimi jesteśmy?! Dlaczego pozwalamy na to, żeby inni za nas kreowali nasz wizerunek?
Wizerunek, który nie tylko jest niekorzystny dla nas, ale jest także niezgodny z prawdą. Samo nic się za nas nie zrobi. Liczenie na to, że przeciętny mieszkaniec światowego kołchozu sam się zainteresuje historią Polski, jest szczytem naiwności i głupoty. Jeśli w swojej ulubionej gazecie czyta o polskich obozach koncentracyjnych, to oczywiście nabierze przekonania, że „z tymi Polakami to trzeba uważać”. Konsumentowi prawdę trzeba podsunąć pod nos, sam jej nie będzie szukał. I jeśli za 30 lat będziemy przepraszać cały świat za wszystkie nasze „zbrodnie”, to sami będziemy sobie winni. W polityce wygrywa ten, kto skutecznie dba i walczy o swoje.
Od 20 lat Niemcy wysyłają do Polski całe sztaby swoich ekspertów, którzy mają cywilizować nasz kraj. Szkoda, że nie nauczyli polskich polityków tego, co sami opanowali w sposób mistrzowski. Ale trudno się dziwić: w końcu mamy tu do czynienia z jasnym konfliktem interesów. W interesie Niemiec nie leży, by Polska samodzielnie kształtowała swój pozytywny wizerunek w świecie. Wizerunek ten mógłby pokazywać Niemców w dość negatywnym świetle. O Holokauście mówi się dużo, ale to nie Niemcy są za niego odpowiedzialni, tylko naziści, którzy mordowali Żydów w polskich obozach koncentracyjnych.
Magdalena Ziętek
[aw]