Sala: W blaskach dworu Zygmunta I Starego

24 sierpnia 2011 | Formacyjne

Zygmunt Jagiellończyk zasiadł więc na tronie krakowskim i wileńskim dość przypadkowo, ale żadna z decyzji jego długiego panowania przypadkową nie była.

24 stycznia 1507 r. w katedrze wawelskiej polska korona królewska ozdobiła skronie Zygmunta Jagiellończyka. Pewnie nikt z uczestników tej wspaniałej uroczystości nie domyślał się, że po zmarłych w kwiecie wieku braciach – Janie I Olbrachcie i Aleksandrze I Jagiellończyku - dobiegającego czterdziestki Zygmunta czeka ponad drugi tyle lat panowania (1506-1548). Ale czy ktokolwiek domyślał się, że piąty z kolei syn Kazimierza IV Jagiellończyka w ogóle zasiądzie na polskim i litewskim tronie?

Gdy Kazimierz, „ojciec królów”, zapewnił w 1471 r. swej najstarszej latorośli – Władysławowi II – czeską koronę św. Wacława, planował już każdego ze starszych synów osadzić na jakimś tronie. Dysponował polskim i litewskim, spodziewał się też sukcesji jagiellońskiej na Węgrzech po Macieju I Korwinie. W Polsce „ojciec królów” widział swym następcą drugiego syna – Kazimierza Jagiellończyka juniora. Węgierska korona św. Stefana przypaść miała trzeciemu – Janowi Olbrachtowi (to polska wersja imienia Albrecht), zaś tron wielkich książąt litewskich – Aleksandrowi. Najmłodszego, Fryderyka, przeznaczono do kariery duchownej (zapewni mu ona – wyjątkowo dla królewicza połączone – godności biskupa krakowskiego i arcybiskupa gnieźnieńskiego, zatem prymasa Polski i Litwy). Tylko Zygmunt pozostawał bez przydziału... Zamierzenia Kazimierza IV Jagiellończyka zweryfikowało życie – Kazimierz młodszy, podobno najzdolniejszy z braci, zmarł za życia ojca w opinii świętości (ponad sto lat później zostanie wyniesiony na ołtarze jako patron Litwy), a Jan Olbracht przegrał rywalizację o tron węgierski z... Władysławem II czeskim (szkoda, że energia tego władcy kończyła się na „kolekcjonowaniu” koron królewskich...). Ostatecznie „ojciec królów” przeznaczył dla niego tron polski. Aleksander po staremu zostawał na Litwie, a Zygmunt na lodzie. Już jako król Polski Jan I Olbracht chciał - być może – nieszczęsnego beniaminka osadzić na mało prestiżowym tronie mołdawskim, ale klęska sławnej wyprawy bukowińskiej z 1497 r. przekreśliła takie plany, o ile w ogóle istniały. Po przedwczesnej śmierci Jana I Olbrachta tron polski (w rywalizacji z niezawodnym Władysławem II) przypadł wielkiemu księciu litewskiemu Aleksandrowi I Jagiellończykowi, a Zygmunt znów pozostał bez przydziału. Pechowego beniaminka przytulił król Czech i Węgier, ofiarując mu księstwa głogowskie i opawskie na Śląsku, a następnie namiestnictwo całego Śląska i Łużyc. Królewicz dał się tam poznać jako wspaniały gospodarz, fundując północnym prowincjom Korony św. Wacława lokalny przedsmak polskiego „złotego wieku”. Wreszcie w 1506 r. śmierć (w odniesieniu do kiepskiego władcy sformułowanie „przedwczesna” brzmiałoby nieco dziwacznie) Aleksandra I Jagiellończyka zapewniła Zygmuntowi tron polski i litewski.

W planach Kazimierza IV Jagiellończyka każdy ze starszych synów miał mieć swoją własną koronę, której zabrakło dla młodszych. U schyłku pierwszej dekady XVI stulecia żyło już tylko dwóch bezpośrednich męskich potomków „ojca królów” – najstarszy i przedostatni – a każdy z nich dzierżył berło dwóch monarchii. Jak widać, w Europie Środkowej trudno cokolwiek planować...

Zygmunt Jagiellończyk zasiadł więc na tronie krakowskim i wileńskim dość przypadkowo, ale żadna z decyzji jego długiego panowania przypadkową nie była. Do historii przeszedł jako Zygmunt I Stary, nie tyle z racji wieku, ile dla odróżnienia od syna o tym samym imieniu (chodzi oczywiście o Zygmunta II Augusta), którego uczyni współwładcą (a więc „młodym królem”). Można więc śmiało powiedzieć: „Stary, ale jary”!

Panowanie Zygmunta I Starego, podobnie jak i jego syna, zapisało się na kartach dziejów Polski jako „złoty wiek”. I słusznie – potęga państwa oraz dynamiczny rozwój gospodarczy, cywilizacyjny i kulturalny określenie to w pełni uzasadniają.

W polityce królowi Zygmuntowi nie wszystko się udało. Cień na jego panowanie rzucają dwie bolesne straty: Litwa utraciła Smoleńsk na rzecz Moskwy, a Jagiellonowie z trudem zdobyte trony Czech i Węgier na rzecz Habsburgów (po bezpotomnej śmierci Ludwika II Jagiellończyka w bitwie pod Mohaczem). Jednak te dotkliwe klęski jawią się jako wyjątki w paśmie sukcesów Zygmunta I Starego. Zwycięska wojna z Krzyżakami i ostateczna likwidacja państwa zakonnego, symbolizowana przez słynny hołd Albrechta I Hohenzollerna, rozwiązały nabrzmiałą kwestię pruską, zapewniając Polsce po raz pierwszy w dziejach spokój nad Bałtykiem, a wcielenie do Korony księstw mazowieckich dopełniło sukcesów na północy. Z kolei spektakularne zwycięstwo Konstantego Ostrogskiego pod Orszą zażegnało na dłuższy czas zagrożenie moskiewskie. Nawet ustępstwa na rzecz Habsburgów nad Wełtawą i Dunajem odbyły się za cenę rozbicia ich niezwykle niebezpiecznego sojuszu z wielkimi książętami Moskwy. Na południowym wschodzie błyskotliwa wiktoria hetmana Jana Tarnowskiego pod Obertynem ocaliła polskie Pokucie i wskazała buńczucznym Mołdawianom ich miejsce w szeregu. Spokoju na południowej granicy dopełnił „pokój wieczysty” z Imperium Osmańskim (warto w tym miejscu przypomnieć, że Osmanowie określenie „Turek” uważali za niezwykle obraźliwe). W polityce wewnętrznej udało się po raz pierwszy i jedyny przeprowadzić wybór następcy – Zygmunta II Augusta – za życia ojca, a precedensowy rokosz antykrólewski nie przyniósł żadnych efektów (innego zdania były zapewne kury spod Lwowa, masowo pożerane przez uczestników owej „wojny kokoszej”).

Królestwo Polskie rozkwitało też gospodarczo. Krótko mówiąc: Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej. W dobie zygmuntowskiej swoje przełomowe dzieła tworzył najwybitniejszy polski astronom, matematyk i ekonomista – ksiądz kanonik Mikołaj Kopernik. Język staropolski rozkwitał pod piórem Mikołaja Reja i Andrzeja Frycza Modrzewskiego. W blasku „złotego wieku” dojrzewał też talent Jana Kochanowskiego, ujawniony już za Zygmunta II Augusta. Dietę Sarmatów urozmaiciło sprowadzenie przez królową Bonę Sforzę wielu gatunków warzyw, objętych wskutek tego zbiorczą nazwą „włoszczyzny”.

O ile świt polskiego renesansu należałoby datować na czasy tyleż utalentowanego co pechowego Jana I Olbrachta, to jego południe obejmuje czasy obu Zygmuntów. Pierwszy z nich rękoma sprowadzonych z Włoch mistrzów dokonał przebudowy zamku wawelskiego w przepyszną renesansową rezydencję. Do dziś Kaplicę Zygmuntowską uważa się za najwspanialsze dzieło sztuki odrodzenia na północ od Alp (!!!). Tak właśnie powstała przepyszna ozdoba królewskiego Krakowa. A w ślad za Wawelem w nowym duchu przebudowywano inne zamki królewskie oraz magnackie siedziby.

O ile jednak zasługi Zygmunta I Starego jako mecenasa architektury i sztuki są powszechnie znane, o tyle mało kto pamięta o zasługach przedostatniego Jagiellona dla polskiej muzyki. A tymczasem oblicze króla Zygmunta jest obliczem bodaj najbardziej muzykalnego spośród polskich władców.

Już jako królewicz Zygmunt Jagiellończyk ujawniał wyjątkową słabość do tej tak ulotnej dziedziny sztuki. Nigdy nie brakowało przy nim lutnistów, gęślarzy i śpiewaków, a i łakomi względów żacy dobrze wiedzieli, że serce Jagiellona najłatwiej rozmiękczyć śpiewem. Zrzędził więc Mikołaj Rej: wrzeszczał kozi róg za uchem, tłuczono w bęben by w pudło, aż we łbie trzeszczało. Monarchowie także znali tę słabość królewicza. Na Nowy Rok brat Aleksander I Jagiellończyk podsyłał Zygmuntowi swoich flecistów, a mazowiecki książę Konrad III Rudy – trębaczy. Nie stronili od królewicza gęślarze Aleksandra, harfiarze prymasa Fryderyka, lutniści biskupa płockiego, ani miejscy „grajkowie”. Zygmunt szczególnie upodobał sobie nadwornego mistrza królewskiego poprzednika – Rusina Czuryłłę. W końcu „Czuryłko” stał się – wraz z bębniarzami i lutnistami – nieodłącznym towarzyszem podróży przyszłego króla. Innym faworytem królewicza był na dworze panującego w Krakowie brata niejaki Wirowski – mistrz klawicymbałów. Zachwycony jego grą Zygmunt płacił mu całe dwa dukaty (!) za występ.

Muzyczne fascynacje nie przeminęły wraz z objęciem polskiego i litewskiego tronu. Kapela nadworna pod przewodnictwem świeżo mianowanego Jurka Jazwicza staje się nieodłącznym elementem królewskiej świty. Harfiarz, lutnista, gęślarz, flecista, ruski pieśniarz czy cygański cytarysta umieli rozsłuchanego, a zwykle tak rozważnego króla Polski dosłownie pozbawić kontaktu z rzeczywistością. Zamiast poobiedniej drzemki Zygmunt I Stary zwykł oddawać się magii dźwięków.

Szczególnie ukochał jednak muzykę kościelną. Ta sytuacja doprowadziła do stworzenia w 1543 r. nadwornej kapeli rorantystów. Jej zadaniem było nie tylko codzienne w adwencie wyśpiewywanie mszy roratniej (od Rorate coeli... – Niebiosa spuśćcie rosę...), ale też anniwersarzów oraz innych mszy i nabożnych pieśni. Collegium rorantystów składać się miało z proboszcza, 9 prebendarzy, muzyków, artystów i kleryka. Pierwszym dyrygentem kapeli został w ostatnim dniu maja tegoż roku ksiądz Mikołaj z Poznania, podobno rodem z Czech. Na pierwszą śpiewaną mszę Zygmunt I Stary miał poczekać do 19 sierpnia.

Collegium rorantystów okazało się być nie tylko fanaberią jednego z polskich władców, ale też wspaniałym i trwałym dorobkiem polskiej muzyki. Do „rorantystowskiej” tradycji przyznaje się w każdym razie słynna Capella Cracoviensis, która w styczniowy wieczór 2007 r. nieprzypadkowo dała koncert na 500-lecie koronacji króla Zygmunta.

Tradycja rorantystów i Capelli Cracoviensis jest jedyną tradycją „złotego wieku”, która – w przeciwieństwie do zabytków budownictwa i pisarstwa – pozostaje wciąż żywa. Bo przecież gdy patrzymy na Polskę zygmuntowską i współczesną, trudno oprzeć się wrażeniu, że obie są sobie biegunowo przeciwstawne. Tamta była krajem autorytarnej monarchii (zasady monarchii stanowej nałożyły na Jagiellonów pewne ograniczenia, ale król pozostawał przecież decydującym czynnikiem w państwie), w której spodziewanego następcę od dziecka przygotowuje się do rządzenia. Obecna jest państwem demokratycznym, gdzie każdy może być wybrany, niezależnie od zdolności i kwalifikacji moralnych, a jednocześnie nikt przed nikim za nic nie odpowiada... Zresztą rządzący przekazują dziś władzę w ręce dotychczasowej opozycji, zatem formacji „wrażej”, a nie własnego syna... Tamta Polska była państwem dbającym o własny interes i z pewnością nie uzależniałaby go od tego, co poza granicami „wysmażą” pismacy trzeciego sortu. Była też krajem przewrażliwionym na punkcie własnej niezależności. Pobożny Zygmunt I Stary nie zawahał się nawet zrezygnować z płacenia papieżowi świętopietrza, byle tylko uniknąć choćby mglistych pozorów ograniczenia suwerenności i z pewnością nie słuchałby upokarzających „dyrektyw” z obcych stolic. Polska zygmuntowska (Zygmunta I Starego i Zygmunta II Augusta) była też państwem tolerancyjnym, w którym po najwyższe urzędy sięgali katolicy i kalwini, prawosławni bywali wielkimi magnatami, a luterańscy niemieccy mieszczanie, Żydzi i Ormianie bogacili się w spokoju, bywając nawet bankierami władców. Jakaż to różnica w porównaniu z laickim i rzekomo „tolerancyjnym” krajem odpowiednio „europejskim”, w którym religijnego człowieka dowolnej wiary i wyznania z góry podejrzewa się o „fanatyzm” czy inny „Ciemnogród”. Monarchia jagiellońska XVI stulecia była też państwem konserwatywnym na płaszczyźnie idei a jednocześnie szybko się modernizującym. Obecnie ideologiczna „postępowość” skutecznie zastępuje realny rozwój... I wreszcie poziom kulturalny – „złoty wiek” i wspaniałe dzieła doby renesansu kontra twórcza jałowość i wysyp beztalencia, prowadzące do wystawiania w rzekomo prestiżowych galeriach chałtury á la Dorota Nieznalska. Bez komentarza...

Ale gdzieś tam, poza kratą Kaplicy Zygmuntowskiej wciąż żyje duch tamtej Polski. Polski monarchicznej, dostojnej, potężnej, niezależnej, prawdziwie tolerancyjnej, konserwatywnej, nowoczesnej, kulturalnej... Tamta Polska żyje też w dźwiękach spadkobierców zygmuntowskich rorantystów z Capelli Cracoviensis. Kto wie, może przebudzi ją kiedyś spiżowy głos dzwonu „Zygmunta”?


Bartłomiej Grzegorz Sala
[aw]


PS
O muzyce doby Jagiellonów zob. Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, t. I-IV, reprint, Warszawa 1996, hasło Muzyka i narzędzia muzyczne.





pobierz artykuł jako PDF

| komentarzy: 6

| odsłon: 2215

|

 



Musisz być zalogowany i zweryfikowany by dodawać komentarze.


| 2011-08-24 12:28:54
Tzw. Polska Jagiellońska powstała de facto w próżni politycznej, dostając w posagu od WKL wielkie tereny, zabrane Rusi podczas panowania tatarskiego/mongolskiego (czy jak mu tam). Ten kolos nie powstał w mozole zdobywania kolejnych ziem w kolejnych zwycieskich wojnach. Jeszcze pod koniec epoki jagiellońskiej stracilismy Smoleńsk ... Wcześnie zaczęło toto gnic i rozpadać się, a że było ogromne, to i proces rozpadu trwał odpowiednio długo.
| 2011-08-24 15:21:27
"(..) Kto wie, może przebudzi ją kiedyś spiżowy głos dzwonu „Zygmunta” ? - mam nadzieje ze nie,ze sie ten koszmar juz nigdy nie powtorzy i ze sie, zamiast tego, obudzi narod polski zeby bronic tradycyjnego srodowiska cywilizacyjnego. Kto jest Polakiem, ten ma obowiazki polskie, a nie litewsko-bialoruskie.
| 2011-08-24 20:50:45
Wspaniały artykul!Gratulacje!Jednakże powrót do unii z Litwą, a tym bardziej Białorusią i Ukrainą, ktorej te kraje autonomii nie miały(faktycznie) poza latyfundiami spolonizowanych książąt na obszarach tych krajów wydaje się być absolutnie niemożliwy, nie ma potrzeby ,,w obronie" tych narodów wdawać się w konflikt z Rosją(jakiejkolwiek prowinencji politycznej by ona nie była), gdyż te kraje same tego absolutnie nie chcą, co pokazały podczas okupacji niemieckiej tych terenów w latach 1941-1944, a także na tzw Zakerzoniu jak oni zwą nasze obecne wschodnie obszary, a nawet razem z wojskiem niemieckim na ulicach i przedmieściach Warszawy w sierpniu i wrześniu 1944 roku....
| 2011-08-24 21:05:51
....Zresztą na przykład mieszkańcy Galicji wschodniej, którzy nie byli poddanymi caratu(wyłączając rejon Tarnopola w latach 1809 - 1814), ale Habsburgów na każdym kroku obok kultu ,,partyzantów"- banderowców z OUN i dywizji SS ,,Hałyczyna'' oraz melnykowskiej administracji prohitlerowskiej odpowiedzialnych za zagładę Żydów i Cyganów, a także głodzenie jeńców radzieckich oraz wspierającą często czynnie rzezie Wołyńsko - Galicyjskie zwłaszcza w 1944, w ostatnich miesiącach niemieckiej okupacji) przypominają splendor(nędzę z biedą, kraj ,,Golicji i Glodomerii ') Wschodniej Galicji i stolicy całej Galicji czyli Lwowa(ślady polski usuwają z każdego obiektu i z każdej ulicy...)....To wszystko. PS Nawiasem mówiąc nie zadobrze nam te kresy wyszły co odczuli tamtejsi Polacy i za Sowietów i za Niemców(choć nie wszyscy Polacy tam żyjący byli dobrzy to inna sprawa). Pozdrawiam!
| 2011-08-27 02:02:50
Szanowni Komentatorzy! Serdecznie dziękuję za wszelkie uwagi do mojego skromnego tekstu oraz za niezwykle ciekawe spostrzeżenia! Tematyka kresowa jest mi rzeczywiście bardzo bliska, choć przyznam się szczerze, iż kreśląc słowa owego „wezwania” do dzwonu „Zygmunta” (które miało oczywiście charakter literacki) myślałem raczej nie tyle o geograficznym kierunku, ile o ogóle zjawisk ideowych, politycznych, ustrojowych, społecznych i kulturalnych (bo nieprzypadkowo tematyka kulturowa stanowi istotną treść owego artykułu). Pragnąłem wyrazić przede wszystkim tęsknotę za władzą, która wraz z rozległymi kompetencjami bierze na siebie ogromną odpowiedzialność, zamiast tłumaczyć się proceduralną niemocą. Za władzą, którą sprawują jednostki do tego uprzednio przygotowane, za władzą dziedziczną lub półdziedziczną (jak w czasach ostatnich Piastów i Jagiellonów), ewentualnie wyłanianą w obrębie sprawdzonej już, autentycznej elity (jak w dobie rządów sanacji). Jest to także tęsknota za dawną wrażliwością kulturową, owocującą prawdziwymi arcydziełami w ramach mecenatu władców i możnych, biegunowo odmienną od niskich lotów „twórczością” tzw. „celebrytów”, ochoczo kreowanych przez plebejskich horyzontów media. Pozwalam sobie także zauważyć, iż świetność jagiellońskich czasów powoli, ale konsekwentnie wytracana była już przez rządy demokracji szlacheckiej. Zgadzam się z tezą, iż już I Rzeczpospolita rozpoczęła proces ruinowania tzw. koncepcji jagiellońskiej na Ukrainie, czemu sprzyjało właśnie osłabienie władzy monarszej i fluktuacja w rządzie nie tylko dusz różnych „partii szlacheckich” (bliźniaczo podobnych do współczesnych partii politycznych). Pech chciał, że „partia ugodowa” zwykle dochodziła do władzy gdy akurat potrzebne były zdecydowane działania (np. po Beresteczku), podczas gdy w okresach wymagających autentycznego dialogu brylowała lechicka arogancja i buta (jak przez dekadę przed straszliwą rewolucją „Chmiela”). Pech pechem, ale to właśnie rotacja u władzy rozlicznych partii skutecznie uniemożliwiła okrzepnięcie jakiejkolwiek konsekwentnej polityki na dowolnym kierunku. Polityki, jaką skutecznie prowadzić wcześniej mogli choćby mający dłuższą perspektywę czasową Jagiellonowie. Perspektywę z pewnością dłuższą niż okres kilku lat... Moja tęsknota (to oczywiście pewne uproszczenie!) jest zatem tęsknotą za Polską opromienioną blaskiem królewskiego majestatu (lub choćby blaskiem buławy marszałka Piłsudskiego), pozwalającą o państwie myśleć poważnie, a nie w rytm raptem kilkuletnich koniunktur, opromienioną wykwintną kulturą (dziś pozostającej niestety zjawiskiem środowiskowym w absolutnym cieniu powszechnego bezguścia), konserwatywną, ale modernizacyjną, otwartą i tolerancyjną, ale świadomą swojego dziedzictwa. Ot, takie marzenie za „starymi, dobrymi czasami”... A tymczasem wszystkim Komentatorom i Polemistom jeszcze raz serdecznie dziękuję!
| 2011-08-27 11:02:37
Warto przypominać, nawet w tak skrótowej formie, fakt wzajemnej rywalizacji członków dynastii Jagiellonów oraz tę ich przypadłość, że nader często nie osiągali zakładanych celów. Służy to nie tylko umacnianiu wiedzy historycznej, ale przede wszystkim pokazywaniu na jak kruchych podstawach oparte są pomysły nowożytnych i współczesnych "koncepcji jagiellońskich".















RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL