Omówienie zarzutów i wątpliwości natury „doktrynalnej” (ale sformułowanych na bardziej „ogólnym” poziomie precyzyjności)
- Czy głoszę błędy i herezje (jansenizm, purytanizm, etc)?
Ciągle
powtarzającym się twierdzeniem wysuwanym w kierunku mej pisarskiej
aktywności jest zarzut przypisujący mi promowanie takich błędów i
herezji jak: purytanizm, kalwinizm czy jansenizm. Często sugeruje mi się
też, że propaguję moralność „muzułmańską”. Spotkałem się nawet z
głosami, jakoby, wspierał „manicheizm” czy nawet „kataryzm”. Jako, że
nigdy owe oskarżenia nie są poparte merytorycznymi dowodami
(polegającymi na wykazaniu, które konkretnie z promowanych przeze mnie
poglądów są odrzuconymi przez Magisterium Kościoła błędami czy
herezjami) czasami zarzuty te są nieco łagodzone i zamiast np.
kalwinizmu „sensu stricte” przypisuje mi się zaledwie „kalwinistyczną mentalność” lub też „inspirowanie się protestantyzmem”. Wszystkie te zarzuty i oskarżenia są bzdurne, głupie i bezsensowne z kilku powodów:
Po pierwsze:
głoszona przeze mnie „surowość moralna” (która w swej istocie jest tak
naprawdę jasnością, konsekwencją i klarownością w objaśnianiu
tradycyjnych zasad moralności katolickiej) była i jest inspirowana przez
szczerą chęć podążania za katolicką ortodoksją. Każdy z poglądów, który
promuje w swych artykułach i książkach udowadniam za pomocą licznych
odwołań do zarówno przed jak i posoborowego Magisterium Kościoła oraz
pism i wypowiedzi Ojców, Doktorów, Świętych, katolickich teologów o
uznanej prawowierności. W porównaniu z ilością owych zaczerpnięć z
tradycyjnie katolickiej doktryny, teologii i duchowości, odwołania jakie
można odnaleźć w mych artykułach do samego Pisma świętego są rzadkie, a
wówczas, gdy się one tam znajdują i tak upewniam się, czy aby nie
podążam w ich interpretacji tylko za swą prywatną wykładnią
(sprawdzając, jak dany fragment Biblii tłumaczyło Magisterium i
katolicka teologia). W rzeczywistości też znajomość tego co mówi
tradycyjnie protestancka teologia na temat takich kwestii jak mieszane
tańce i plaże, skromność strojów, zawodowy boks, prawo władz cywilnych
do karania nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, jest w mym przypadku
acz nader skromna w porównaniu z analogiczną wiedzą, jaką w ciągu wielu
lat zdobyłem na owe tematy studiując tradycyjną teologię katolicką.
Przykładowo, jestem w stanie podać jakieś 70 wypowiedzi autorytetów
katolickich, w których przestrzega się przed tańcami i balami, ale nie
wiem, czy byłbym zdolny przytoczyć choćby 5 cytatów autorstwa
protestanckich pastorów i kaznodziei na ów temat.
Po drugie:
mimo mych wielokrotnych próśb, które w przeciągu wielu lat, kierowałem
do oponentów „brawaryzmu” o wykazanie, które z tez promowanych w mych
artykułach, zostały napiętnowane, odrzucone albo przynajmniej
skrytykowane przez Magisterium Kościoła, nikt z nich, nie był w stanie
podać choćby jednego takiego poglądu. Inaczej rzecz ujmując: choć wciąż
jestem zarzuca mi się błędy i herezje, to ilekroć wołam „sprawdzam”
(domagając się konkretnych dowodów na poparcie tych zarzutów) następuje
ze strony mych przeciwników milczenie. Faktycznie więc przeciwnicy
„brawaryzmu” posługują się gołosłownymi oskarżeniami i pustosłowiem,
które – przyjmując założenie, iż posługują się oni nimi świadomie –
należałoby nazwać oszczerstwami, kalumniami i zniesławieniami.
Po trzecie:
choć jest prawdą, iż kalwiniści i purytanie bardzo niechętnie odnosili
się do tańców damsko-męskich, zaś janseniści krytykowali np. praktykę
polegającą na bardzo łatwym udzielaniu rozgrzeszenia nałogowym
grzesznikom, fakt ten jeszcze w żaden sposób nie świadczy, że
przekonania takie są błędne, heretyckie czy też na inny sposób
niekatolickie. Wszak obok błędnych poglądów kalwiniści, purytanie i
janseniści głosili też sporą ilość opinii zgodnych z odwiecznym
nauczaniem Kościoła. Zwolennicy tych herezji nie zostali potępieni przez
Magisterium Kościoła za niechęć względem tańców i balów, domaganie się
skromności strojów, twierdzenie, iż władze cywilne mają prawo karać
nierząd i cudzołóstwo czy też krytykę zbyt łatwego rozgrzeszania pewnych
notorycznym złoczyńców. Pośród setek tez wyznawanych przez kalwinistów,
purytan czy jansenistów, które zostały uznane przez Stolicę Apostolską
za błędne, heretyckie lub w najlepszym wypadku za nieroztropne i
nierozważne, nie znajduje się opinia o treści: „Tańce
i bale zazwyczaj są bliską okazją do grzechu”; „Władze publiczne
powinny karać i zakazywać niemałżeńskich związków seksualnych”;
„Mężczyźni i niewiasty nie powinni kąpać się razem lub przebywać w
stopniu prawie całkowitego negliżu w tym samym miejscu”; „Brak
przemiany życia jest dowodem na to, iż prawdopodobnie skrucha penitenta
była zwodnicza, fałszywa i w takim wypadku kapłan powinien wstrzymać
się z udzieleniem rozgrzeszenia”
(oczywiście nie ma tam też zdania, które co prawda nie brzmiałoby
identycznie, lecz jego sens dał by się ująć w tych słowach). Kalwinizm,
purytanizm i jansenizm są błędne, obrzydliwe i heretyckie z całkowicie
innych powodów.
Wskazywanie zaś na to, że któryś
z poglądów był podzielany przez jansenistów, a następnie twierdzenie,
iż ktokolwiek powtarzający ową opinię dziś jest zwolennikiem jansenizmu
jest tyle bezsensowne, co i głupie. Na takiej zasadzie można by wszak
twierdzić, że np. sprzeciw wobec aborcji czy homoseksualizmu jest
poglądem „fundamentalistycznie protestanckim”, gdyż przecież
również wielu protestanckich fundamentalistów potępia te obrzydliwości.
Tym bardziej groteskowe jest nazywanie w ten sposób poglądów, które nie
dość, że nie zostały potępione przez Magisterium Kościoła, ale jeszcze
stały się jego częścią albo też przynajmniej zostały przez nie
zaaprobowane.
Po czwarte: moje
zainteresowanie różnymi takimi kwestiami tradycyjnej moralności
chrześcijańskiej jak: tańce, skromność strojów, mieszane plaże, boks
zawodowy, relacje chrześcijanie – popkultura, prawo władz cywilnych do
karania pewnych grzechów, etyka sytuacyjna (w tym kwestia bezwzględnej
niedopuszczalności kłamstwa), ma swój początek w studiowaniu
różnorodnych publikacji katolickich (wydawanych przed Vaticanum II
kościelnych pism, katechizmów, kazań, etc), a także w mym zaangażowaniu
się w ruch tradycjonalistyczny (sprawą skromności strojów
zainteresowałem się czytając artykuły w piśmie „Zawsze Wierni” temu
poświęcone).
Po piąte:
choć wydaje się być prawdą, iż – historycznie rzecz biorąc – pewne
postulaty „brawaryzmu” były praktycznie rzecz biorąc, częściej
realizowane w łonie społeczności protestanckich aniżeli katolickich, to
okoliczność ta i tak niczego jeszcze nie dowodzi. Powoływanie się wszak
na to, co miliony katolików czyniło w faktycznej opozycji do tego czego w
danej kwestii nauczał Kościół, musi bowiem prowadzić na manowce.
Owszem, trudno jest zaprzeczyć temu, że np. tańce i bale na przestrzeni
wieków częściej występowały w krajach katolickich, aniżeli
protestanckich, ale analogiczną obserwację można wyciągnąć odnośnie
skali popularności i poparcia, jaką cieszyły się różne radykalnie
lewicowe ruchy w obu tych grupach krajów. Otóż, gdy przyjrzymy się
historii takich krajów jak Włochy, Francja, Hiszpania, nie mówiąc już
nawet o Ameryce Łacińskiej, to zauważymy, iż ugrupowania komunistyczne i
socjalistyczne cieszyły się tam wsparciem dużej części społeczeństwa.
Na przykład, we Włoszech przez dziesiątki lat tamtejsza partia
komunistyczna otrzymywała w wyborach od 30 do 50 procent oddanych
głosów. Nieraz zaś bywało tam tak, iż nawet zatwardziali komuniści
uważali się za gorliwych katolików, regularnie chodzili na Msze święte i
korzystali z sakramentów. Z kolei w wielu krajach Ameryki Łacińskiej
komuniści nie objęli rządów tylko dlatego, że nie pozwalały im na to
przewroty tamtejszych, opanowanych przez prawicę armii. Trudno tą
występującą w tych tradycyjnie katolickich krajach skalę poparcia dla
komunizmu i socjalizmu nawet porównać z często znikomym wsparciem, na
jakie radykalna lewica mogła liczyć w krajach tradycyjnie
protestanckich. Przykładowo, w USA czy Wielkiej Brytanii, nigdy nie
działała silna partia o charakterze stricte komunistycznym lub
socjalistycznym (wszak, mimo wszystko, trudno byłoby nazwać Demokratów
czy brytyjskich Labourzystów tym mianem). Co prawda, w historycznie
protestanckich krajach Skandynawii od lat władzę sprawują partie mające w
nazwie przymiotnik „socjalistyczna”, ale i tak trudno jest tu o jakieś
analogie, gdyż w rzeczywistości jest (i dawniej też było) tam mało
ludności (w Szwecji np. mieszka niespełna 10 milionów osób, a we
Włoszech dla porównania przeszło 60 milionów; Norwegia liczy sobie
niespełna 5 milionów mieszkańców, a Brazylię zasiedla 150 milionów
ludzi). Wychodzi więc na to, że przez dziesiątki lat, w sporej części
krajów tradycyjnie katolickich sympatia dla komunizmu i socjalizmu była o
wiele większa, aniżeli w krajach tradycyjnie protestanckich. Czy to
oznacza więc, iż komunizm i socjalizm są katolickie, a niechęć względem
nich protestanckie? Oczywiście, że nie, wszak te radykalnie lewicowe
ideologie zostały niejednokrotnie potępione przez Magisterium Kościoła.
Podobnych przykładów można by podawać więcej. Zwyczaj modlitwy przed
jedzeniem „teoretycznie” jest jak najbardziej tradycyjnie katolicki, a
mimo to wydaje się, iż znacznie częściej jest on praktykowany przez
pobożnych protestantów, aniżeli pobożnych katolików. Takie formy
synkretyzmu i okultyzmu jak voo doo, santeria czy macumba,
rozpowszechniły się o wiele bardziej na terenach katolickich (Brazylia,
Haiti, Kuba, Luizjana), aniżeli w krajach protestanckich. Czy to
oznacza, że te obrzydliwe kulty są tradycyjnie katolickie? Inny
przykład: zwłaszcza w krajach Ameryki Łacińskiej (ale także we Włoszech)
od dawna upowszechniła się kultura i mentalność bardzo sprzyjająca
różnym formom rozwiązłości seksualnej. Widać to choćby po tym, iż
jeszcze przed Soborem Watykańskim II, w wielu krajach Ameryki
Południowej większość dzieci było poczynanych poza małżeństwem, zaś
ideałem mężczyzny stanowił tzw. machos, a więc osobnik, który z
założenia źle traktuje swą żonę (zdradza ją i bije), a wyznacznikiem
prawdziwej męskości dla niego jest posiadanie licznych kochanek, wizyty w
domach publicznych, etc. Aż takiego kulturowo-społecznego przyzwolenia
na rozwiązłość seksualną trudno by szukać w protestanckich Stanach
Zjednoczonych. Czy to oznacza jednak, że kultura „machismo” jest
tradycyjnie katolicka?
2. Czy odstraszam od Kościoła? Czy kompromituję i ośmieszam naukę katolicką?
Głoszenie
całkowitego zakazu pozamałżeńskiego seksu, aborcji czy antykoncepcji
może odstraszać od katolicyzmu setki milionów tych, którzy owe
obrzydliwości praktykują. Co więcej, część z tych tradycyjnie
katolickich nauk może wydawać się dla niejednego śmieszna (sam poznałem
niejedną osobę, która śmiechem reagowała naprawdę, iż ludzie nie mają
moralnego prawa współżyć przed ślubem). Tym, dla których zasady „Public
Relation” są ważniejsze od głoszenia Prawdy „w porę i nie porę, w czas i nie w czas”,
ewentualnie PR pomyliło im się z obowiązkiem dawania dobrego przykładu,
otwarte głoszenie tych prawd i zasad, wydaje się być nieroztropne, gdyż
sprawia, że w kościołach jest coraz więcej pustych ławek. Trudno jest
mi oprzeć się wrażeniu, iż właśnie ten sposób myślenia reprezentują ci,
którzy zarzucają mi, że swą „surowością moralną” zrażam do Tradycji katolickiej wielu ludzi.
Cóż,
doświadczenie pokazuje, że wyludniają się raczej te wspólnoty i
kościoły, które „obniżają poprzeczkę” zasad i wymagań, zaś w silę rosną
społeczności mające image „wymagających”, „surowych” i
„fundamentalistycznych” (dobrym tego przykładem jest islam będący
najszybciej rozwijającą się religią świata). Temu kto jednak upiera się
przy tej opinii, polecam pochylenie się nad słowami św. Pio z
Pietlerciny: „Lepsza mała ilość przekonanych niż tłumy bez wiary”.
Cóż wszak z tego, iż zatrzymałoby się w kościołach miliony obrońców
aborcji poprzez to, iż złagodziłoby się negatywne stanowisko względem
tej zbrodni? Jeśli ci ludzie chcą dalej zdążać do piekła i potrzebują
kościołów, gdzie nie będą słyszeć kazań będących dla nich wyrzutem
sumienia, to najwyraźniej pomylili oni adresy. Jeżeli pewni notoryczni
złoczyńcy chodzą do spowiedzi po to, by „czuć, iż mają czyste sumienie”, zarazem jednak nie chcąc „raczej umrzeć niż zgrzeszyć”
oraz unikać bliskich okazji do grzechu, to najwyraźniej pomylili
konfesjonał z kozetką u jakiegoś freudystycznego psychoanalityka (ten
drugi na pewno znajdzie lepsze wytłumaczenie dla łączenia ciągłego
grzeszenia ze szczerą wolą poprawy). Parafrazując św. Pio: „Podpis spowiednika nie jest im potrzebny, by przyjęto ich do piekła”.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, iż reakcje na głoszoną przeze mnie „surowość moralną”
często były pozytywne. Nieraz czytelnicy mych tekstów stwierdzali, iż
do czegoś ich przekonałem, w jakiejś kwestii dałem do myślenia, coś
pokazałem, etc. Owszem, z drugiej strony, często spotykałem się z
reakcjami negatywnymi, a raz nawet jeden z użytkowników pewnego forum
dyskusyjnego stwierdził, iż po tym, jak uświadomiłem mu, że
prawowierność katolicka wyklucza bycie libertarianinem, on musi dokonać
aktu apostazji z Kościoła katolickiego. Czy więc w takim razie powinien –
niezgodnie ze stanem faktycznym – twierdzić, iż libertarianizm jest do
pogodzenia z doktryną katolicką? A może – w imię trzymania liberałów i
libertarian – w Kościele katolickim, powinien przynajmniej milczeć o
tych kwestiach? Jakkolwiek by to nie brzmiało brutalnie, to uważam, że
jeśli swymi tekstami uświadamiam pewnym ludziom, iż ich poglądy są
niekatolickie, a oni, zamiast je porzucić, postanawiają porzucić
katolicyzm, tak naprawdę wykonuję dobrą robotę. Jeżeli bowiem ktoś ceni
własne widzimisię od autorytetu Magisterium Kościoła, to nie ma sensu,
by człowiek taki nazywał się katolikiem. Chyba, że owym „sensem”
nazwiemy sianie zgorszenia, demoralizacji i dezorientacji wśród innych
katolików.
Nota
bene, ci, którzy zarzucają mi „odstraszanie” i „zrażanie” innych
katolików, niejednokrotnie postępowali względem mnie, tak jakby chcieli
mnie wręcz za wszelką cenę odstraszyć od katolicyzmu. Ludzie ci,
dokonywali wobec mnie takich czynów jak:
-
namawianie jednej ze współpracujących ze mną redakcji do
niepublikowania jakichkolwiek tekstów mego autorstwa z jednoczesną
sugestią, iż w razie ich publikowania, owa redakcja nie będzie dalej
przez nich wspierana. Najprawdopodobniej ci byli to te same osoby,
które potrafiły w złośliwy sposób komentować moją życiową nieporadność i
problemy materialne. Dodam tylko, że punktem wyjścia do tego zdarzenia
była publikacja przez owe pismo tekstu, który dla konserwatywnych
katolików w żaden sposób nie mógł się wydawać kontrowersyjny (broniłem w
nim tradycyjnego nauczania o wewnętrznym złu uciekania się do
antykoncepcji w ramach małżeństwa przed poglądami ks. Prusaka).
- złośliwe komentarze „Szkoda,
że w czasie, gdy Brawario chodził do szkoły, nie było kamerek w
telefonach komórkowych. Mielibyśmy dziś fajne filmiki do oglądania”
po jednej z mych wypowiedzi dotyczących słynnej sprawy 14-letniej
dziewczyny, która została przez swych kolegów rozebrana do naga, a
następnie sfilmowana przez telefon komórkowy.
- twierdzenie, iż powinienem „dostać kulę w łeb”.
- nazywanie mnie „agentem”, „zboczeńcem seksualnym”, „chorym psychicznie”
-
organizowanie internetowych ankiet odnoszących się do mej osoby, a
nazywających mnie „agentem”, „wariatem”, „koniem trojańskim”
- nazywanie mnie „zboczeńcem seksualnym”.
Jeden z mych przeciwników parokrotnie wyjawił prawdziwe intencje stojące za tego rodzaju czynami: „Weź zostań tym muzułmaninem i daj nam wreszcie wszystkim spokój” oraz „A niech sobie chłopina żyje, tylko niech się od nas trzyma jak najdalej”.
Chodziło więc i wciąż chodzi o to, by wyrzucić mą osobą poza nawias
katolickiego życia, mentalnie „ekskomunikować”, odtrącić i skazać na
izolację.
3. Dlaczego cenię postać Girolamo Savonaroli?
Nie
jest tajemnicą, iż dużym szacunkiem darzę postać XV-wiecznego
dominikańskiego mnicha Girolamo Savonaroli. Wywołuje to zrozumiałe
kontrowersje zważywszy na fakt, iż ów zakonnik został ekskomunikowany
przez papieża Aleksandra VI. Czy zatem moja atencja dla Savonaroli nie
stanowi wyrazu nieposłuszeństwa Kościołowi? Gdyby klątwa nałożona na
tego mnicha była jedynym posunięciem ze strony władz kościelnych w jego
sprawie, do najpewniej, moje postępowanie należałoby uznać za akt
nieposłuszeństwa. Faktem jest jednak, iż jeszcze za panowania
Aleksandra VI pojawiły się widoczne oznaki, iż Kościół święty nie
traktuje zbyt poważnie ekskomuniki apostoła Florencji. Dowodem tego jest
choćby fakt, iż już w 1500 roku w Rzymie, a więc pod samym bokiem tego
Papieża, jawnie sprzedawano medale wybite ku czci Savonaroli,
"błogosławionego męczennika". Następcy Aleksandra VI: Juliusz II i Leon
X, mimo nalegań wrogów niedawno wyklętego mnicha, nie potępili jego
osoby i pism. Ostatni z tych Papieży nakazał nawet Rafaelowi wymalowanie
postaci Savonaroli obok św. Tomasza z Akwinu na obrazie
przedstawiającym debatę nt. Najświętszego Sakramentu. W miarę upływu
lat, postać Savonaroli zaczęła się w Kościele cieszyć coraz większym
uznaniem. Papież Paweł III oświadczył, iż uzna heretykiem każdego, kto
będzie atakował pamięć owego domikanina. W 1558 r., za panowania Pawła
IV, specjalnie powołana komisja papieska poddała ocenie wszystkie pisma
Savonaroli i uznała je za wolne od wszelkich błędów doktrynalnych.
Zakazano jedynie publikowania jednego traktatu i kilku kazań jego
autorstwa. Ale i one nie zostały napiętnowane jako heretyckie, a
obawiano się jedynie, iż mogą one być fałszywie interpretowane, ze
względu na surową krytykę ówczesnego Papieża i duchownych, w nich
zawartą. Papież Benedykt XIV nie krył swej atencji dla Savonaroli. W
swym wiekopomnym dziele pt. "De servororum Dei beatificatione" nie
tylko, że wielokrotnie cytował florenckiego mnicha, ale jeszcze umieścił
jego nazwisko w indeksie "błogosławionych sług Bożych i mężów czcigodnych i znakomitych świętością".
Przypomnijmy, iż Benedykt XIV cieszy się w Kościele katolickim opinią
jednego z największych Papieży i teologów. Tajemnicą nie jest też, iż
wielu Świętych bardzo ceniło Savonarolę. Można to powiedzieć, m.in. o:
św. Filipie Nereuszu, św. Piusie V, św. Janie Marii Vianneyu, bł.
Piotrze Grzegorzu Frassati, św. Franciszku Paoli, św. Katarzynie z
Bresci. I nie da się tej estymy ograniczyć jedynie do pochwalania tylko
pewnych aspektów życia Savonaroli. Święci oceniali pozytywnie Savonarolę
w generalnym i ogólnym tego słowa znaczeniu. Bez przesady można
stwierdzić, iż zaistniał wśród nich kult apostoła Florencji. Św.
Fraciszek Paola wprost uważał Savonarolę za Świętego. Św. Katarzyna z
Bresci czytała dzieła tego domikanina, a jego wizerunek miała w swej
celi. Św. Filip Nereusz swą głęboką cześć względem Savonaroli, okazywał w
ten sposób, iż na portrecie go przedstawiającym domalował aureolę. Bł.
Piotr Jerzy Frassati przyjmując szkaplerz III zakonu dominikańskiego
przyjął imię Girolamo na cześć Savonaroli. Każdemu, kto witał go tym
imieniem odpowiadał zaś: "Obym umiał go naśladować w walce i cnocie". Bł. Piotr Frassati tak to objaśniał: "Imię to przypomina mi postać drogą mojemu sercu (...) postać
Fra Girolamo Savonaroli, którego imię ja, niegodny, noszę. Żywiąc
gorący podziw dla tego zakonnika, który poszedł na śmierć jak święty,
postanowiłem zostać tercjarzem jego zakonu i wziąć go sobie za wzór,
choć niestety bardzo mi daleko do tego, by stać się do niego podobnym".
Moja
atencja względem Savonaroli i tak wydaje się być umiarkowana w stosunku
do podziwu, jakim darzyli go wyżej wspomniani święci i błogosławieni.
Poza tym, osobiście uważam, że ów mnich pobłądził będąc nieposłusznym
poleceniom papieża Aleksandra VI. Cenię go jednak za gorliwość na rzecz
obrony dobrych obyczajów, którą wykazał się tak w stosunku do Florencji,
jak i w swych krytykach rozwiązłego stylu życia części ówczesnej
hierarchii kościelnej. Ostatecznie zaś rzecz biorąc, to historia
Kościoła katolickiego pokazuje nam postacie, które mimo tego, iż
wspierały schizmę (jak Tertulian) lub herezję (jak Orygenes) były przez
wieki bardzo cenione tak przez katolickich teologów, jak i nawet samych
papieży, jako wybitni pisarze kościelni. Wszak zarówno Tertulian jak i
Orygenes przez wieki byli w sposób aprobatywni cytowani w pismach
Papieży, soborów, rzymskich katechizmach, jak i oficjalnych modlitwach
Kościoła. Widać więc, iż odrzucenie pewnych złych aspektów czyjegoś
postępowania (jak to miało miejsce w przypadku wspierającego schizmę
Tertuliana) lub błędnych stron czyjegoś nauczania (jak to miało miejsce w
przypadku głoszącego apokatastazę Orygenesa) może być do pogodzenia z
cenieniem wkładu, jakie do tradycyjnej teologii katolickiej wniosły te
osoby. Trudno stwierdzić, dlaczego podobną postawę należałoby odrzucić
do postaci Girolamo Savonaroli? Wszak w przeciwieństwie do Orygenesa,
jego wszystkie pisma zostały oficjalnie uznane za wolne od wszelkich
błędów i herezji i choć rzeczywiście tak jak Tertulian okazywał on
nieposłuszeństwo papieżowi, to jednak opór względem Aleksandra VI nie
przybrał takich rozmiarów co nieposłuszeństwo Tertuliana, w wypadku
którego można już mówić o otwartej popieraniu schizmy.
4. Modernizm, wrogość do Tradycji katolickiej.
Tego rodzaju zarzut jest stosowany przez niektórych z "tradycjonalistycznych katolików".
Ludzie ci, mogą do utraty sił, powtarzać tego rodzaju oskarżenie, ale
nie zmieni to faktu, iż sam uważam się za rzymskiego katolika o
skłonnościach wyraźnie tradycjonalistycznych, i właśnie w taki sposób
zawsze jestem odbierany przez tzw. posoborowych katolików, którzy
czytają moje teksty. Dla ścisłości, uważam się zarówno za "przedsoborowego" jak i "posoborowego" rzymskiego katolika. Sądzę zatem, iż:
-
Całość nauczania Soboru Watykańskiego II, Katechizmu Kościoła
Katolickiego (z 1992 r.), oraz posoborowych papieży (mam tu na myśli np.
ich encykliki, adhortacje apostolskie, etc, a więc te z pism, które
obligują swą treścią do okazywania im posłuszeństwa serca i rozumu) są w
pełni ortodoksyjne, a więc wolne od jakichkolwiek błędów doktrynalnych i
herezji. Dlatego też zarówno soborowemu jak i posoborowemu nauczaniu
Kościoła należy okazywać całkowite posłuszeństwo serca i rozumu, zwane
też religijną uległością ducha.
- Promulgowany w 1969
roku przez papieża Pawła VI ryt Mszy świętej jest całkowicie katolicki,
ważny i jako takie nie stanowi niebezpieczeństwa dla wiary katolickiej i
dusz.
- Choć posoborowy kryzys w Kościele jest jednym z
cięższych doświadczeń, jakie w ciągu wieków przechodziła społeczność
katolicka, to jednak pod wieloma aspektami, nie jest to kryzys, który
nie miałby w historii Kościoła już swych precedensów, ani też jego
źródłem nie jest soborowe i posoborowe nauczanie Kościoła, jak również
posoborowa reforma liturgiczna.
Czy to oznacza, iż
bezkrytycznie patrzę na wszystko co dzieje się w Kościele katolickim od
czasów Vaticanum II? Oczywiście, taki wniosek byłby gigantycznym
absurdem, gdyż oznaczałby podpisanie się przeze mnie pod tezą o
absolutnej, niczym nieograniczonej bezgrzeszności i bezbłędności
wszystkich rzymskich katolików, którym przyszło żyć w "posoborowych"
czasach. A może moja pełna akceptacja dla soborowego i posoborowego
Magisterium oraz rytu Mszy świętej z 1969 roku oznacza, że w całej
rozciągłości popieram wszystkie czyny i/ lub wypowiedzi wszystkich
posoborowych hierarchów kościelnych? I tego rodzaju wniosek jest
zupełnie fałszywy. W rzeczywistości staram się rozróżniać co jest
oficjalną nauką Kościoła (z którą muszę się w pełni zgadzać), co należy
do publicznych gestów, czynów i inicjatyw hierarchów kościelnych, którym
rzymscy katolicy nie są już zobowiązani okazywać tego rodzaju uległości
(nie sądzę by np. wszystko co się działo w czasie pamiętnych spotkań w
Asyżu wymagało od katolików pełnej moralnej aprobaty). By wyjaśnić
dokładniej na czym polega to rozróżnienie, poniżej podam trzy przykłady
tego rodzaju rozróżnień:
- Zgadzam się z nauczaniem
soborowej deklaracji "Nostra Aetate" o tym, że muzułmanie wraz z
chrześcijanami czczą jedynego Boga, ale uważam, że np. pocałunek złożony
na Koranie przez bł. Jana Pawła II był już gestem bardzo wątpliwym
moralnie i trudnym do usprawiedliwienia (sam mam nadzieję, iż wolałbym
raczej umrzeć, aniżeli pocałować Koran).
- Zgadzam się z
nauczaniem deklaracji "Nostra Aetate" tym, iż nawet w religiach
niechrześcijańskich znajdują się prawdziwe i dobre elementy, do których
należy odnosić się ze szczerym szacunkiem, jednak sądzę, iż zapraszanie
politeistów do spotkania modlitewne w Asyżu stanowiło daleko posuniętą
dwuznaczność (gdyż w imię modlitwy do jedynego Boga - która owszem może
płynąć nawet z serc pogan, zapraszano do modłów ludzi o których z góry
było wiadomo, iż będą modlić się także, albo nawet w głównej mierze do
bożków, duchów, a także zwierząt).
- Sądzę, iż nawet w
hinduizmie tkwią pewne ziarna prawdy ( a to zgodnie z nauczaniem "Nostra
Aetate") jednak postępowanie katolickiego prymasa Anglii i Walii, abpa
Vincenta Nicholsa, który złożył kwiaty na ołtarzu poświęconym
hinduistycznym bóstwom było obrzydliwym bałwochwalstwem.
Wbrew
fałszywym sugestiom pewnych osób nie jestem zatem bezkrytycznym
zwolennikiem spotkań w Asyżu, ani też nie popieram ani nie popierałem
gestów typu całowanie Koranu. Co więcej, uważam, iż można w całości
zgadzać się oficjalnym soborowym i posoborowym nauczaniem Kościoła, a
jednocześnie być krytycznym względem tego rodzaju gestów i inicjatyw.
Mogę
zresztą podać znacznie więcej przykładów stylu myślenia czy
postępowania charakterystycznego dla niemałej części posoborowych
katolików czy hierarchów, które budzą mój sprzeciw. A zatem, nie zgadzam
się np. z takimi rzeczami jak:
- Deprecjonowanie Mszy trydenckiej. Uważam ów ryt za dostojny, czcigodny oraz godny polecenia katolikom.
- Porzucenie przez osoby duchowne sutann i habitów.
- Łatwość udzielania rozgrzeszenia osobom, które od lat tkwią w tych samych ciężkich nieprawościach.
-
Udzielanie Komunii świętej i sakramentów politykom, których działalność
w bardzo poważnych kwestiach stoi w jawnej sprzeczności z nauką
Kościoła (np. wspieranie legalności aborcji), osobom nieskromnie
odzianym, etc.
- Promowanie w nominalnie katolickich
mediach filmów i programów rozrywkowych wymierzonych w tradycyjne cnoty
chrześcijańskie. Jawnym tego przykładem była postawa TV Puls, gdzie
(jeszcze wówczas, gdy kanał ów należał do polskiej gałęzi zakonu
franciszkanów) niejednokrotnie można było ujrzeć filmy o przesłaniu
pro-aborcyjnym (np. film „Wbrew regułom”), nihilistycznym (vide: musical
„Chicago”), seriale w których pełno jest ewidentnie nieskromnych scen
oraz półpornograficzny program "Goło i wesoło".
-
Faktyczne zamiatanie pod dywan obyczajowych skandali z udziałem osób
duchownych (poprzez przenoszenie ich z parafii na parafię) zamiast
surowego ich ukarania.
- Zniknięcie z ambon i kazalnic
tradycyjnych ostrzeżeń przeciw mieszanym tańcom i nieskromnym strojom, a
co więcej traktowanie ich, jako archaicznych, przestarzałych, etc.
-
Skłonność do traktowania Biblii, jako złożonej, w dużej mierze, z
mitów, bajek i legend, w których niemało jest historycznych,
geograficznych i rzeczowych błędów.
- Brak nauczania o Bożych karach i sprawiedliwości, objawiających się jeszcze w tym życiu i na tej ziemi.
Gwoli
ścisłości dodam jednak, iż choć wyliczone przeze mnie wyżej błędy i
wypaczenia, są charakterystyczne dla niemałej części "posoborowych"
katolików i hierarchów, to pewna część z nich była mocno widoczna już na
długo przed Soborem Watykańskim II.
Jeżeli
zatem ktoś uważa, iż tego rodzaju poglądy czy postawa są wrogie
Tradycji Kościoła i wyrażają nastawienie modernistyczne, to trudno. Sam
się za kogoś takiego nie uważam. Mogę też zaręczyć, iż w oczach jakichś
99 procent "posoborowych katolików" jestem postrzegany, jako radykalny
tradycjonalista albo wręcz lefebrysta. Czy naprawdę ludzie ci tak
skrajnie się mylą co do oceny mego nastawienia i poglądów???
5. Dlaczego wśród tradycjonalistycznych katolików jest sporo oponentów „brawaryzmu”?
Faktem
jest, iż niektórzy wpływowe lub głośne osoby (świeckie) wywodzące się z
tego środowiska traktują mnie w bardzo wrogi sposób, nieraz
konsekwentnie dążąc do zupełnej marginalizacji mojej osoby i mych
poglądów. Co gorsza, nieraz ci ludzie, w owym dążeniu, nie przebierają w
środkach, począwszy od rozprzestrzeniania na mój temat fałszywych lub
mocno zniekształconych informacji, a skończywszy na wysyłaniu listów do
redakcji różnych katolickich i konserwatywnych pism oraz portali
internetowych, nalegających na to, by moje teksty nie były publikowane
na ich łamach. Jeden ze znanych mi wypadków takiego działania, ocierał
się nawet wręcz o próbę szantażu, gdyż w wystosowanym do redakcji liście
napisano, iż w razie dalszego publikowania przez ową redakcję mych
tekstów, jego autorzy będą musieli zastanowić się nad sensownością
dalszego wspierania przez nich owej medialnej inicjatywy.
Ta
wrogość okazywana mi i mym poglądom przez pewną część tradycjonalistów
jest jednak tylko jedną stroną medalu. Faktem jest, iż także, a może
przede wszystkim, to ze strony tradycyjnych katolików odbierałem i wciąż
odbieram niemało sygnałów życzliwości, sympatii i wsparcia.
Jednym
z ewidentnych tego przykładów jest choćby postawa redakcji znanego i
cenionego w środowiskach tradycyjnych serwisu "Msza.net". Redakcja tego
portalu z własnej inicjatywy zaprosiła mnie do współpracy, dała mi pełną
wolność w redagowaniu własnej podstrony, a także konsekwentnie broniła
prawa do jej istnienia w obliczu nalegań pewnego wpływowego
tradycjonalisty domagającego się jej usunięcia.
Nie
uważam więc, by większość tradycjonalistów była przeciwnikami mych
poglądów. Sądzę, iż jakieś 30 do 50 procent "tradycyjnych katolików" w
Polsce ma bardzo bliskie "brawaryzmowi" podejście do takich zjawisk jak
tańce damsko-męskie, nieskromne stroje, koedukacyjne plaże lub też
uznaje zasadność karania przez władze cywilne grzechów typu nierząd,
cudzołóstwo czy też homoseksualizm. Powyższe szacunki opieram między
innymi na internetowych ankietach, które przeprowadzałem swego czasu na
jednym z tradycjonalistycznych forów dyskusyjnych. Owszem nie zawsze, ów
poziom "brawaryzmu" jest widoczny w trakcie konkretnych dyskusji
internetowych, jednak wynika to bardziej z faktu, iż spora część
krytyków np. mieszanych tańców nie zajmuje się na co dzień studiowaniem
nauczania autorytetów kościelnych na ten temat, stąd też nie za bardzo
wie, jak ów punkt widzenia obronić w ferworze nieraz ostrej polemiki.
Co
więcej, jeśli chodzi o tradycjonalistycznych księży i zakonników, to na
swej drodze życiowej pośród nich spotkałem niejednego "brawarystę".
Rozmawiałem
na wywołujące u mych oponentów kontrowersje tematy z takimi
tradycjonalistycznymi duchownymi jak: ks. Karl Stehlin, ks. Edward
Wesołek, ks. Eryk Jacqmin czy ks. Rafał Trytek i żaden z nich nie
wygłaszał twierdzeń typu: "Zasadniczo mieszane tańce i plaże nie stanowią problemu. Nie są one zagrożeniem dla normalnych ludzi"
(a właśnie tego rodzaju twierdzenie jest zasadniczym poglądem mych
oponentów). Wprost przeciwnie: ks. Edward Wesołek w rozmowie ze mną
otwarcie stwierdził, iż już od czasów swych studiów w seminarium
duchownym jest zdecydowanie przeciw tańcom damsko-męskim, gdyż "św. Jan
Maria Vianney go przekonał" (to w nawiązaniu do lektury żywotu
Proboszcza z Ars). Później zaś, ks. Wesołek napisał nawet tekst temu
poświęcony, który został opublikowany na łamach „Zawsze Wierni” (co
raczej nie mogło się odbyć bez aprobaty ks. Karla Stehlina, który
sprawuje faktyczną kontrolę nad poprawnością teologiczną puszczanych tam
tekstów). Ks. Jacqmin był w kwestii tańców bardzo podobnego zdania co
ks. Wesołek. Ks. Rafał Trytek stwierdził, iż mieszanych tańców należy
odradzać, zaś ks. Karl Stehlin jest ( a przynajmniej wówczas, gdy go
słyszałem) zdecydowanym przeciwnikiem koedukacyjnych plaż (o mieszanych
tańcach również nie wyrażał się pochlebnie). W tonie niechętnym
damsko-męskim tańcom wypowiadali się również tacy sympatyzujący z ruchem
tradycjonalistycznym kapłani jak: ks. Karol Tomczak czy ks. Wojciech
Grzesiak.
Ze znanym, zwłaszcza w kręgach krakowskich
tradycjonalistów, o.Eugeniuszem Kwiatkowskim (wieloletnim misjonarzem,
egzorcystą, a przede wszystkim kapłanem o wielkiej świętości) na
wspomniane tematy rozmawiałem wielokrotnie i bardzo długo. Zakonnikowi
temu dałem do przeczytania nawet kilkustronicowe zestawienia mych
głównych poglądów z prośbą, by ocenił on, czy znajduje tam jakiekolwiek
błędy lub herezje. Ojciec Kwiatkowski nie dość, że nie znalazł tam
takowych, to jeszcze podsumował owe opracowanie słowa: "Bardzo dobrze piszecie
".
Choć
dobrze by było, by tradycjonalistyczni księża częściej podejmowali te
tematy na forum publicznym (co by znacznie utrudniło
"libertynom-tradycjonalistom" ich propagandę nazywającą niechęć względem
damsko-męskich tańców czy plaż mianem "purytanizmu") to również w
bardziej "oficjalnych" wypowiedziach dawali wyraz swemu "brawaryzmowi".
Przykładowo na stronach internetowych brytyjskiego dystryktu Bractwa św.
Piusa X umieszczano cytaty Świętych oraz wybitnych teologów katolickich
wymierzone w mieszane tańce. Bractwo św. Piusa X w Kanadzie wydało i
rozprowadzało broszurę piętnującą zwyczaj uczęszczania na damsko-męskie
plaże.
W wydawanym zaś przez owe bractwo w Polsce piśmie
"Zawsze Wierni" niejednokrotnie publikowano teksty, w których
znajdowały się, mniej lub bardziej silne, elementy "brawaryzmu". W
trakcie pisania tego materiału, przejrzałem pod tym kątem, treść pięć
dziesięciu czterech numerów "Zawsze Wierni". Oto jakie treści tam
znalazłem:
- nie wolno czynić najmniejszego grzechu, nawet, gdyby za jego pomocą można było uratować cały świat
- muzyka rockowa jest zła, należy definitywnie do obozu szatana i jest czymś, do należy wyrzucić z domu
-
kasety zespołów w rodzaju AC/DC stanową doskonały przykład tego, co
nie powinno znajdować się w tradycyjnie katolickich domach
- telewizja stanowi bliską okazję do grzechu, która winna być wyrzucona i całkowicie wyeliminowana z życia rodzinnego
- wspólne kąpiele mężczyzn i kobiet są zwyczajem godnym potępienia
- wszystkie, bez wyjątku, współczesne stroje kąpielowe kobiet i mężczyzn są nieprzyzwoite i bezwstydne
- dziewczęta nie powinny uczestniczyć w publicznych pokazach sportowych
-
niewiasty powinny ubierać się w sukienki lub spódnice, które zakrywają
ich kolana (również wówczas, gdy siedzą), ramiona, biust i plecy,
poza wcięciem koło szyi nie przekraczającym dwóch cali (szerokość dwóch
palców) poniżej dekoltu z przodu i takiego samego z tyłu (z
zastrzeżeniem, że niekiedy mogą być tolerowane rękawy sięgające połowy
ramienia)
- prawdziwie skromny strój niewieści nie
tylko zakrywa wymienione wyżej części ciała, ale także nie podkreśla
ich przez krój, etc.
- mężczyźni nie powinni nosić
koszulek bez rękawów i posiadających wycięcia obnażające brzuch czy
klatkę piersiową, a także koszulek siatkowych
- w zwyczajnych okolicznościach mężczyźni powinni nosić długie spodnie, nie zaś szorty
-
Kościół naucza, iż tańce stanowią okazję do grzechu, są niebezpieczne,
a wielu swych nowoczesnych formach z całą pewnością są grzeszne.
Dodam,
iż twierdzenia te są autorstwa tak reprezentatywnych dla Bractwa św.
Piusa X osób jak: bp Bernard Fellay (przełożony generalny FSSPX), bp
Tissier de Mallerais (sekretarz generalny FSSPX), ks. Karl Stehlin
(przełożony dystryktu środkowo-europejskiego FSSPX), ks. Franz
Schmidberger (przełożony FSSPX w l. 1982 - 1994), ks. Peter Scott
(wieloletni przełożony dystryktu FSSPX na Stany Zjednoczone), ks. Jakub
Emily (przełożony dystryktu FSSPX na Wielką Brytanię - d0 2003 roku).
Szczegółowy
wykaz rzeczonych fragmentów z pisma "Zawsze Wierni" zamieściłem w
jednym ze swych tekstów, który przeczytać można pod następującym adresem
internetowym:
http://salwowski.msza.net/pub/brawarystyczne-zawsze-wierni.html
Dlaczego
jednak, mimo wszystko, pewna część tradycjonalistów zalicza się do
przeciwników mojej osoby i reprezentowanych przeze mnie poglądów? Myślę,
iż przyczyny tego stanu rzeczy są bardzo zróżnicowane. Mamy tu
czynienia ze splotem rozbieżności doktrynalnych z osobistymi urazami,
nieporozumieniami i kłótniami. Spróbują poniżej naszkicować kilka
przyczyn tego stanu rzeczy:
Po pierwsze: Tradycjonaliści
nie są elitą wybranych wolną od wszelkich skaz, błędów i wypaczeń.
Również w tych kręgach jest obecne zło, które ogranicza się nie tylko do
niewłaściwych zachowań i rozrywek, ale obejmuje również określone
poglądy i styl myślenia. Tak niestety jest, iż człowiek ma skłonność do
wybiórczości. Lubimy wybierać sobie z Biblii i nauki Kościoła, to co nam
się podoba, a odrzucać bądź ignorować, to nie pasuje do naszych
utrwalonych wcześniej poglądów lub norm zachowania. Środowisko
tradycjonalistycznych katolików również nie jest wolne od tej wady.
Dzięki Bogu, owa wybiórczość jest nieco innego rodzaju, aniżeli
powszechnie występująca np. w polskim, podobno katolickim,
społeczeństwie. Nie jest więc dla tradycjonalistów problemem uznanie za
słuszne katolickiego nauczania o niegodziwości seksu przedmałżeńskiego,
antykoncepcji czy aborcji. Gdy jednak dochodzi się do kwestii bardziej
szczegółowych, takich właśnie jak damsko-męskie tańce, mieszane plaże,
normy skromności w ubiorze czy też prawo władz cywilnych do karania
nierządu, cudzołóstwa czy pornografii, wtedy również "tradycyjni katolicy"
zaczynają mieć problemy z wybiórczością. W końcu ci ludzie nie spadają z
nieba albo też nie są przenoszeni z parafii Ars za probostwa św. Jana Vianneya.
Sprawę
komplikuje dodatkowo nieraz fakt, iż do ruchu tradycjonalistycznego
często ludzie trafiają kanałami politycznymi, w tym nierzadko poprzez
ugrupowania, których idee są otwarcie sprzeczne z nauką katolicką (jak
np. UPR czy NOP). Powstaje więc pewien dysonans: z jednej strony mamy
utrwalone poglądy, rozrywki i zwyczaje, z drugiej zaś naukę katolicką,
która nierzadko jest z tymi pierwszymi sprzeczna. Nie zawsze człowiek ma
dość siły by odrzucić te pierwsze na rzecz tego drugiego. Czasami ów
opór przeradza się we wściekłą agresję wobec tych, którzy ośmielają się
wzywać do konsekwentnego przyjęcia nauki katolickiej. Niekiedy nie
pomagają tu nawet jasne apele tradycjonalistycznych księży.
Ewidentnym
przykładem takiej postawy jest sprawa relacji na linii NOP/ pismo
"Szczerbiec" - Bractwo św. Piusa X. Swego czasu księża z owego bractwa
działający w Polsce otwarcie określiło tak NOP jak i "Szczerbca" jako "szerzące idee potępione przez Boga i Kościół".
Co więcej ową krytykę wsparł sam przełożony generalny FSSPX, bp.
Bernard Fellay określając NOP mianem partii "wydającej się kłaść nacisk
na idee niezgodne z nauką Kościoła takie jak neonazizm". W czasie, gdy
omawiana sprawa była jeszcze żywa, byłem bardzo blisko Bractwa św. Piusa
X i mogłem zaobserwować jak jego świeccy zwolennicy wcielali w życie
"anty-NOPowskie" przestrogi swych księży. Bardzo często była to
całkowita ignorancja i lekceważenie tak jasnych przecież deklaracji bp
Fellaya oraz księży bractwa działających w Polsce. Wokół FSSPX w naszym
kraju kręciło się wówczas wielu sympatyków NOP, jednak nie wykazywali
oni chęci by zrewidować swe polityczne sympatie nawet w obliczu ich
potępienia przez bractwo. To była dla mnie dobra lekcja, iż selektywność
jest problemem również tradycjonalistów.
Po drugie: dla
niektórych „tradycjonalistycznych katolików” stałem się „wrogiem” i
„persona non grata” najwyraźniej ze względu na troskę o „dobry image” i
„Public Relation” tego środowiska. Promowana przeze mnie „surowość
moralna” jest postrzegana przez nich, jako zdecydowanie nie do
przełknięcia przez ludzi mogących w przyszłości dołączyć do ruchu
tradycyjnego, dlatego też moja osoba stała się czymś w rodzaju „ofiary”
złożonej na ołtarzu poprawnego „image” i „PR” środowisk tradycyjnych.
Po trzecie: część "tradycyjnych katolików"
w nieroztropny sposób daje wiarę przeinaczeniom, kłamstwom i
oszczerstwom, jakie na temat mej osoby i mych poglądów są w tych kręgach
rozpowszechniane. Sprzyja temu fakt, iż mam dość ograniczone możliwości
by bronić swych przekonań i dobrego imienia: na Forum Krzyż, które jest
chyba głównym miejscem, gdzie rozprzestrzeniane są owe nieprawdy, nie
mogę się w ogóle bronić, gdyż od sierpnia 2007 roku został nałożony na
mnie tzw. ban.
Po czwarte: spory w rodzinie są nieraz
najbardziej gwałtowne. Paradoksalnie rzecz biorąc, nieraz im bardziej
ludzie są sobie ideowo bliscy, to tym bardziej drażnić mogą ich choćby,
względnie rzecz biorąc, niewielkie różnice zachodzące pomiędzy nimi.
Po
piąte: nie można w tym wszystkim zapominać o działalności samego
szatana i jego demonów. Tam gdzie pojawia się dobro, tam zakrada się
również diabeł, by sianym przez siebie chaosem, nieporządkiem i
wrogością, próbować je zniszczyć. To odwieczne, "tradycyjna" metoda
działania demonów: skłócić bliskich ze sobą ludzi, podsycać wzajemną
pychę i wrogość. Nawet w życiu Świętych widzimy, jak szatan sięgał po
tego rodzaju metody. Przecież jednymi z najbardziej zagorzałych
oponentów św. Proboszcza z Ars byli niektórzy księża, którzy zarzucali
mu, iż jest on kryptojansenistą. Z kolei, św. Ludwik Maria Grignon de
Monfort miał ogromne kłopoty ze swymi współbraćmi w kapłaństwie. Był
czas, gdy prawie wszyscy biskupi we Francji zabraniali mu w swych
diecezjach duszpasterskiej posługi, a kiedy odwiedzał on swe dawne
seminarium duchowne, rektor tegoż miejsca nie chciał go nawet tam
wpuścić. Św. Ignacy Loyola zaś – zanim uzyskał zgodę na założenie zakonu
– był ośmiokrotnie stawiany przed sądem (zarzucano mu m.in., to, że
jest „nawiedzony”).
Święci byli jednak cierpliwi, pokorni i dobrzy, dlatego nie dawali się
wywieść w pole szatanowi poprzez takie zasadzki. Niestety mi jednak
nieraz jest bardzo daleko do postawy owych Świętych. Nieraz w obliczu
obelg, szyderstw, zniewag i innych ataków, nie zachowywałem spokoju,
lecz odpowiadałem swych oponentom w sposób agresywny. W ten sposób
ułatwiałem diabłu jego mącicielską robotę.
6. Czy jestem zwolennikiem "herezji dobroludzizmu”?
Zdarza
się, iż w kontekście zarzuca z związku a akcentowaniem przeze mnie
potrzeby prowadzenia moralnego życia oraz docenianiem pewnych dobrych
postaw i cech występujących wśród innowierców, zarzuca mi się wyznawanie
tzw herezji dobroludzizmu. Ma to polegać na rzekomym podzielaniu przeze
mnie następującej wizji „Nie ważne w co się wierzy, byle się dobrze żyło”. Oczywiście nie podzielam takiego poglądu. Idąc za słowami Pisma świętego i odwiecznym nauczaniem Kościoła uznaję, iż „Bez wiary bowiem nie można podobać się Bogu” (Hebr 11, 6); „kto nie uwierzy będzie potępiony” (Mk 16, 16); „I
w żadnym innym nie masz zbawienia, albowiem nie masz żadnego innego
imienia pod niebem (poza imieniem Jezusa), danego ludziom, w którym
mielibyśmy być zbawieni” (Dz. Ap 4, 12); „Wiara jest podstawą wszelkiego dobra (oraz) początkiem ludzkiego zbawienia”
(św. Fulgencjusz z Ruspe). Rzecz jasna, nie chodzi mi w tym miejscu też
o wiarę w cokolwiek lub kogokolwiek (Artemidę, Zeusa, Sziwę, drzewa,
kamienie, dobroć ludzkiej natury, potęgę wszechświata, etc), ale mam na
myśli wiarę w naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz wszystko co On nam
objawił za pośrednictwem Pisma świętego i Tradycji apostolskiej (co zaś
Magisterium Kościoła strzeże, wyjaśnia i podaje do wierzenia). Nie mam
wątpliwości ku temu, iż brak wiary w prawdziwego Boga ( i to co On
objawił) jest największą nieprawością i obrzydliwością. Ten kto odrzuca
wiarę w jedynego prawdziwego Boga lub też ŚWIADOMIE I Z PREMEDYTACJĄ
wybiera sobie te prawdy z Objawienia Bożego, w które chce wierzyć,
odrzucając zaś i przekręcając tą część z nich, których nie chce uznawać
za prawdziwe, to choćby człowiek taki w najbardziej idealny sposób
realizował zasady moralne na płaszczyźnie relacji międzyludzkich (które
to zostały ujęte w Dekalogu od IV do X przykazania), niechybnie pójdzie
na wieczne potępienie, jeśli przed śmiercią nie nawróci się ze swej złej
postawy w tym względzie.
Skąd biorą się więc oskarżenia względem mnie o „herezję dobroludzizmu”?
W dużej mierze bazują one na tych mych wypowiedziach, w których
chwaliłem oraz doceniałem bogobojność, gorliwość i oddanie Panu Bogu,
które dostrzegam zwłaszcza wśród pewnych konserwatywnie nastawionych
protestantów, a pewnym sensie także pośród muzułmanów, wyrażając przy
tym nadzieję, iż wielu z nich będzie kiedyś w Niebie. Co więcej, owe
„dowartościowaniu” niektórych spośród innowierców, było zestawiane z
mocną krytyką jaką kierowałem pod adresem postawy wielu katolików. Zdaję
sobie sprawę z tego, iż na pierwszy rzut oka takie, a nie inne
nastawienie z mej strony, może wydawać się co najmniej nielogiczne i
niekonsekwentne. Skoro bowiem uznaję, iż brak wiary w prawdziwego Boga
lub jakąkolwiek część Bożego Objawienia jest największym z grzechów, to
jak mogę jednocześnie chwalić moralność i bogobojność konserwatywnych
protestantów, a tym bardziej wyrażać nadzieją na ich zbawienie? Wszak
ludzie ci nie wierząc w niektóre z prawd wiary wydają się popełniać
największy grzech przeciw Bogu, a w związku z tym blednąć muszą wszelkie
ich cnoty (tak jak np. karmienie głodnych dzieci blednie w obliczu
jednoczesnego praktykowania pedofilii) i tym samym zdążają prostą drogą
do piekła. Cóż, w swym rozumowaniu i wartościowaniu tych spraw, idę po
prostu za oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymsko-katolickiego. Już wszak
„przedsoborowe” Magisterium Kościoła uznawało, iż z jednej strony „bez wiary nie można podobać się Bogu”,
a heretyków i schizmatyków czeka wieczny ogień piekielny jeśli przed
śmiercią nie wyznają wiary katolickiej (Sobór Florencki, „dekret dla
Greków”), z drugiej zaś strony nauczało: „Człowiek, który bez
własnej winy pozostaje poza Kościołem, jeżeli pozostaje w dobrej wierze
i przyjął chrzest, albo przynajmniej ma ukryte pragnienie chrztu oraz
jeżeli ponadto szczerze poszukuje prawdy i wypełnia wolę Bożą na miarę
swych możliwości, to jest rzeczywiście oddzielony od ciała Kościoła, ale
jest zjednoczony z duszą Kościoła i DLATEGO POZOSTAJE NA DRODZE ZBAWIENIA"
(Katechizm św. Piusa X, cz. I, IX). Możliwości są więc dwie. Pierwsza z
nich, to twierdzenie, iż Katechizm św. Piusa X zaprzeczył
wcześniejszemu nauczaniu Kościoła, uznając, iż heretycy, schizmatycy, a
nawet niechrześcijanie mogą znajdować się drodze do zbawienia. Drugą
możliwością jest to, iż nie błądziły ani sobory we Florencji i Trydencie
ogłaszając, że heretycy pójdą do piekła, zaś bez wiary nie można
podobać się Bogu, ani Katechizm św. Piusa X nauczając, że ci spośród
innowierców którzy są w dobrej wierze, szczerze szukają prawdy i
wypełniają wolę Bożą na miarę swych możliwości pozostają na drodze do
zbawienia. Zwolennicy o. Fenneya wybrali tą pierwszą opcję, ja zaś
obstaję przy drugiej z nich. Rozwiązaniem tej pozornej sprzeczności jest
stwierdzenie, że najwyraźniej nawet ci spośród innowierców, którzy
spełniają warunki opisane przez Katechizm św. Piusa X (szczere
poszukiwanie prawdy, wypełnienia woli Bożej na miarę swych możności) tak
naprawdę posiadają już cnotę prawdziwej wiary, zaś fakt, iż nie uznają
niektórych z prawd wiary będących częścią Bożego Objawienia nie wynika z
ich pychy, ducha buntu i nieposłuszeństwa względem Boga, ale jest
raczej wynikiem niezawinionego przez siebie błędnego rozeznania co do
tożsamości prawdziwego Kościoła i religii, zgorszeń zaciemniających
możność ich poznania, etc. Inaczej mówiąc, w wypadku tychże innowierców
trudno jest podejrzewać zaistnienie uporczywej, świadomej, herezji sensu
stricte, zwanej również mianem „herezji formalnej”. Pogłębiając i
precyzując owe tradycyjnie katolickie, „przedsoborowe” rozróżnienia,
Sobór Watykański II uznał, że tych chrześcijan, którzy urodzili się w
niekatolickich społecznościach i przepajają się wiarą w Chrystusa należy
uważać za „braci w Panu” oraz stwierdził: "Z drugiej strony MUSZĄ
katolicy z RADOŚCIĄ UZNAĆ i ocenić dobra naprawdę chrześcijańskie
płynące ze wspólnej ojcowizny, które się znajdują u braci od nas
odłączonych. SŁUSZNĄ I ZBAWIENNĄ RZECZĄ jest rzeczą uznać Chrystusowe
bogactwa i cnotliwe postępowanie w życiu drugich, którzy dają świadectwo
Chrystusowi, czasem aż do przelania krwi. Bóg bowiem w swych dziełach
jest zawsze podziwu godny i należy Go w nich podziwiać. Nie można też
przeoczyć faktu, że cokolwiek sprawia łaska Ducha Św. w odłączonych
braciach, MOŻE RÓWNIEŻ NAM POSŁUŻYĆ KU ZBUDOWANIU. Wszystko, co szczerze
chrześcijańskie, nigdy nie stoi w sprzeczności z prawdziwymi dobrami
wiary, owszem, zawsze może posłużyć ku doskonalszemu wniknięciu w samą
tajemnicę Chrystusa i Kościoła." ("Unitatis
redintegratio", n. 4). Gdy wszystko porównamy to z prawdą nauczania
katolickiego, iż samo bycie członkiem Kościoła katolickiego nie jest
jeszcze wystarczające do zbawienia, a także dostrzeganiem oczywistych
faktów polegających na tym, że wiele osób nazywających się rzymskimi
katolikami nie tylko żyje w sposób bardzo niemoralny, ale dodatkowo w
sferze wyznawanych przez siebie poglądów odrzuca nauczanie Kościoła w
niejednej ważnej sprawie wiary i moralności, to postawa dająca się ująć w
słowach „Lepszy najgorszy katolik niż najbardziej cnotliwy protestant”
staje tym bardziej wątpliwa. Z oficjalnego nauczania Kościoła jasno
bowiem wynika, iż jest dokładnie na odwrót. Dobrzy i szczerzy
protestanci są na drodze prowadzącej do zbawienia (a więc podobają się
Bogu), zaś źli katolicy zdążają ku piekłu (a więc są niemili i wstrętni
Panu Bogu). Myślę, że na gruncie zdroworozsądkowym, wielu, nawet
„antyekumenicznie” nastawionych „tradycyjnych katolików” wyczuwa tą
prawdę i np. mieszkając w USA w wyborach prezydenckich głosowali by
raczej na konserwatywnych protestantów (w rodzaju Micke'a Huckabee czy
Georga W. Busha) niż na tamtejszych „ale-katolików” w stylu Teda
Kennedy, Nancy Peloci lub Joe Biddena.
7. Czy myli mi się wiara z moralnością?
Bł.
Jan Paweł II w encyklice "Veritatis splendor" napiętnował pogląd
negujący nierozerwalny związek zachodzący pomiędzy wiarą i moralnością
(tamże, n. 4). Nierzadko nawet jednak konserwatywni katolicy mówią: "Wiara to nie moralność".
Tkwi w tym pewne ziarno prawdy, ale jest to zwrot bardzo dwuznaczny i
niebezpieczny. Wiara i moralność to system naczyń połączonych. Moralność
jest praktyczną odpowiedzią na wiarę. Bez konsekwentnej praktyki
codziennego życia, nasza wiara zaczyna umierać. Poza tym, również w
pewne zasady należące do porządku moralnego zobowiązani jesteśmy wierzyć
i odmawiając im wiary stajemy się heretykami. Częścią Bożego Objawienia
(a zarazem naturalnym prawem moralnym wypisanym przez Boga w naszych
sercach) są wszak prawdy o moralnej obrzydliwości takich zachowań jak
kradzież, oszustwo, kłamstwo, morderstwo niewinnego homoseksualizm,
nierząd, cudzołóstwo, etc. Ktokolwiek nie wierzy więc, iż np. kłamstwo
jest zawsze w oczach Pana Boga ohydą, ten tym samym odrzuca prawdę,
która została nam objawiona z Nieba i staje się w ten sposób nie tylko
niemoralnym, grzesznym człowiekiem, ale także heretykiem. Tak więc, choć
można być prawowiernym katolikiem będąc jednocześnie notorycznym i
ciężkim złoczyńcą (wówczas jednak posiada się wiarę „martwą” nie
ożywioną przez dobre uczynki), to stajemy się już heretykami wówczas,
gdy zaczynamy usprawiedliwiać dokonywane przez siebie zło (np. mówimy,
że kłamstwo może być czasami dobre, pozamałżeński seks jest sam w sobie
moralnie OK, etc).
.
Warto zauważyć, iż tak naprawdę największym wrogiem Kościoła i
chrześcijaństwa jest niemoralne życie katolików i chrześcijan. Św.
Maksymilian Maria Kolbe w jednym ze swych tekstów przytaczał masońskie
zawołanie: "My Kościoła nie zwyciężymy rozumowaniem, lecz psuciem obyczajów".
Kiedy spojrzymy na historię Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa,
dostrzeżemy, iż wolnomularze dobrze wiedzieli co mówią. Największe
kryzysy w łonie katolicyzmu często wiązały się z upadkiem moralnym
szerzącym się wśród duchownych lub katolików świeckich. Choć pozornie
rzecz biorąc mogły one wyglądać na motywowane głównie rozbieżnościami i
nieporozumieniami na tle doktryny, to gdy przyjrzymy się im głębiej, to w
wielkiej mierze stało za nimi złe świadectwo jakie wierze katolickiej
dawało wielu duchownych i świeckich katolików. Gdyby nie antyświadectwo,
jakie dawane było przez sporą część hierarchów kościelnychi
świeckich katolików, prawdopodobnie nie byłoby takich heretyckich
ruchów jak: waldensi, katarzy czy XVI-wieczna reformacja (a na pewno zaś
nie zyskałyby one tak wielu zwolenników). Tertulian mówił "Krew męczenników jest nasieniem chrześcijan", zaś św. Jan Trytoniusz powiadał: "Jeśli dobrze wierzysz, lecz źle żyjesz, własnym mieczem się zabijesz". Z
tych dwóch sentencji można wykuć następujące prawidło: O ile świętość
(przejawiająca się również w krwawym męczeństwie) jest potęgą Kościoła, o
tyle złe życie chrześcijan jest jego największym niszczycielem. To
uświęcone życie chrześcijan pozwoliło zburzyć pogańskie imperium Rzymu.
Poganie patrzyli na pierwszych chrześcijan i zadawali sobie pytanie: "Co
w nich jest takiego, że nie dość, iż potrafią żyć zupełnie inaczej od
nas, to jeszcze niejednokrotnie idą z radością i imieniem swego Boga na
ustach na okrutną śmierć?".
W ten sposób imię naszego Pana Jezusa Chrystusa było rozsławiane. Im
bardziej jednak chrześcijanie odchodzą od świętego życia, im bardziej
grzech staje się naszym życiu normą i regułą, tym więcej jest
różnorodnych schizm, herezji, rozłamów, a w ostatecznej tego
konsekwencji narody stają się coraz bardziej zlaicyzowane, a nawet
zateizowane. Kłaniają się tu słowa św. Pawła Apostoła: "Z waszej to bowiem przyczyny poganie - zgodnie z tym co jest napisane - poganie bluźnią imieniu Boga"
(Rzym 2, 24). Pismo święte i nauczanie Kościoła zawsze podkreślały wagę
i ważność dobrego przykładu, jakie winni innym dawać wyznawcy
prawdziwej wiary. Święte życie chrześcijan jest o wiele bardziej
przekonywujące, aniżeli choćby tysiące najmądrzejszych podręczników
apologetycznych. Nie wiem, czy ktokolwiek został nawrócony poprzez mądre
dywagacje rozumowo udowadniające prawdziwość wiary katolickiej (zapewne
czasami i tak się zdarzało), historia i teraźniejszość pokazuje jednak,
że największymi ewangelizatorami byli Święci, którzy własnym życiem
poświadczali prawdziwość tego w co wierzą. Jeśli katolicy nie wezmą
sobie prawdziwie do serca prawdy, iż ich powołaniem i obowiązkiem jest
świętość; jeżeli nie zaczną być solą tej ziemi, to wszelkie pretensje o
upadek cywilizacji, porzucanie przez wielu wiary katolickiej, będą mogli
mieć przede wszystkim do siebie. Właśnie z tego powodu tak wiele
miejsca poświęcam tematyce moralnej.
8. Ponuractwo, kult umartwienia, wrogość do przyjemności, radości życia, etc.
Różnej
maści liberałowie i lewicowcy od dawna kreują obraz życia posłusznego
tradycyjnym zasadom moralności chrześcijańskiej, jako egzystencji
smutnej, ponurej, pozbawionej wszelkich przyjemności i uciekającej od
radości życia. Prezentowane przeze mnie stanowisko w takich sprawach jak
tańce damsko-męskie, skromność strojów, stosunek do współczesnej
popkultury, zachowywanie umiaru w jedzeniu i piciu, notorycznie jest
ukazywane w takich samych kategoriach. Jest to zdecydowanie
niesprawiedliwy i krzywdzący obraz mego światopoglądu. Nieraz wszak
powtarzałem, iż nie mam nic przeciw czerpaniu radości z życia,
korzystaniu z dozwolonych przyjemności oraz różnym formom zabawy. Nie
mam np. nic przeciwko temu, by urządzać wycieczki w góry ciesząc się i
podziwiając piękno majestatycznych gór. Nie widzę niczego złego w
patrzeniu na pełne gwiazd nocą niebo, słuchaniu śpiewu ptaków czy też
cieszeniu się widokiem rozbłyskujących fajerwerków. Nie mam nic
przeciwko grze w piłkę, kalambury, jeździe na łyżwach, deskorolce bądź
rolkach, smacznym posiłkom, piciu z umiarem wina, wspólnym piknikom czy
też radosnym śpiewaniu przy ognisku. Z tych i wielu innych życiowych
przyjemności, jako chrześcijanie mamy pełne prawo się cieszyć jako Bożym
błogosławieństwem i pociechą, która ma nam pomóc łatwiej znosić trudy
tego życia. Istnieją jednak pewne granice, których chrześcijanie winni
nie przekraczać w swym korzystaniu z życiowych przyjemności. A są nimi
grzech i bliskie okazje doń prowadzące.
9. Dlaczego nie mam imprimatur władz kościelnych?
Moi
przeciwnicy czasami w formie zarzuty podnoszą okoliczność, iż moja
działalność publicystyczna nie jest poddawana kontroli władz kościelnych
w postaci „imprimatur” czy „nihil obstat”. Cóż fakt, iż np. witryna
„salwowski,msza.net” nie posiada asystenta kościelnego nie różni się
niczym od statutu, jaki w tym względzie mają np. „Polonia Christiana” (a
także TFP i jego polska odnoga „Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej
im. Piotra Skargi”), „Christianitas”, „Fronda” czy też „Forum Krzyż”.
Wszystkie te instytucje działają wszak, jako prywatne inicjatywy
świeckich katolików nie podlegające bezpośredniej kontroli władz
kościelnych. Dlaczego zatem kwestionuje się zasadność tej formy
działalności w przypadku mojej osoby? Jeśli ktoś podważa ortodoksyjność
mych publikacji, zawsze może to spróbować uczynić w merytoryczny sposób,
a więc wykazując, które z mych poglądów są sprzeczne z nauczaniem
Magisterium Kościoła. To zaś, że nie prowadzę swej działalności
publicystycznej pod oficjalną opieką władz kościelnych, nie znaczy, że
wyrażanych w niej poglądów nie konsultuję z osobami duchownymi. Prawdą
jest, że nieraz poddawałem tezy zawarte w mych publikacjach ocenie
księży. Kilka tego przykładów przytoczyłem powyżej, w punkcie, gdzie
omawiam sprawę napięć i nieporozumień, jakie występują pomiędzy mną a
niektórymi (świeckimi) „tradycjonalistami katolickimi – patrz: m.in.
ocena ze strony o. Eugeniusza Kwiatkowskiego z Krakowa.
Warto
też dodać, że niemała liczba mych tekstów ukazała się w pismach i
witrynach internetowych, które posiadają oficjalnych asystentów
kościelnych, a co za tym idzie treść tych artykułów była poddawana
ocenie w świetle ich ortodoksyjności. Mam tu na myśli: „Wzrastanie”,
„Źródło”, „Niedziela”, „Przewodnik katolicki”, „Katolik.pl”, „Wiara.pl”,
czy „Miłujcie się”.
Co
ciekawe, człowiek, który najczęściej i najgłośniej, podnosi omawiany w
tym punkcie zarzut, sam prowadzi bloga nie posiadającego asystenta
kościelnego, zaś wszystkie jego artykuły, które dane mi było przeczytać,
ukazywały się w pismach również pozbawionych tej formy kontroli ze
strony władz Kościoła. Być może dzieje się tak dlatego, że poglądy tego
człowieka na kwestię pojedynków (usprawiedliwia on ową praktykę), prawo i
obowiązek władz cywilnych do karania i zakazywania pozamałżeńskich
związków seksualnych (twierdzi on, że władze cywilne nie mają do tego
prawa) czy choćby muzyczne gusta (jest fanem „Iron Maiden”) nie
uzyskałyby imprimatur żadnego ceniącego sobie katolicką prawowierność
księdza – obojętnie czy byłby to ksiądz „posoborowy”, „lefebrysta”,
„indultowiec” czy „sedewakantysta”.
10. Czy manipuluję i dokonuję nadinterpretacji nauki Kościoła?
Dziwnym
jest, iż jakkolwiek często jest mi stawiany zarzut nadinterpretacji i
manipulacji nauczaniem Kościoła, o tyle bardzo rzadko próbuje się to
oskarżenie udowodnić. Do dziś np. nie wiem, na czym polega moja rzekoma
nadinterpretacja, wówczas, gdy w sposób DOSŁOWNY przytaczam pewny
fragmenty doktryny katolickiej i pragnę rozumieć je prosto, jasno i
klarownie. Jaka nadinterpretacja tkwi w stwierdzeniu, iż „tego co jest mniejszym złem nie mamy prawa czynić w żadnej sytuacji, nawet dla ratowania całego świata” w sytuacji, gdy jest ono oparte na jasnych, jednoznacznych i dosłownych wypowiedziach Magisterium, w którym czytamy, że: „W
rzeczywistości (...) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło
moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia
większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro.
Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego
co ze swej istoty narusza ład moralny - a co tym samym należy uznać za
niegodne człowieka - nawet
w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub
pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw (Paweł VI, „Humanae vitae:, n. 14); „Błędna
jest więc ocena moralności czynów ludzkich, biorąca pod uwagę tylko
intencję, która ją inspiruje, lub okoliczności (środowisko, presja
społeczna lub konieczność działania, itd.) stanowiące ich tło. Istnieją
czyny, które z siebie i w sobie, niezależnie od okoliczności i
intencji, są zawsze i bezwzględnie niedozwolone ze względu na ich
przedmiot, jak
bluźnierstwo i krzywoprzysięstwo, zabójstwo i cudzołóstwo.
Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (...). Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane
(jak kłamstwo czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (...).
Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami
czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia
dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej
kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność
sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności
nie mogą same z siebie zmienić jakości moralnej samych czynów; nie mogą
uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w
sobie złe. (Katechizm
Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754, 1756)? Jaką nadinterpretację
stosuję wówczas, gdy piszę, że jednym z takich zawsze i wszędzie
zakazanych zachowań jest kłamstwo? Przecież i w tym wypadku nie dodaję w
tej kwestii od siebie niczego co nie powiedziane by zostało przez
Magisterium Kościoła i jego Świętych: „Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie „ (Katechizm św. Piusa X, cz. III, VIII. 11); „Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) nie czyni dobrym, ani słusznym zachowania, które samo w sobie jest nieuporządkowane (jak kłamstwo czy złorzeczenie). Cel nie uświęca środków (...)” (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753); „Pismo św. Starego i Nowego Zakonu przestrzega nas przed kłamstwem. Czynią to i Święci, mówiąc, że nawet
dla uratowania świata całego od zagłady nie należałoby kłamać. Choćby
nawet przez kłamstwo można z piekła uwolnić potępionych i wprowadzić ich
do nieba, nie wolnoby nam było tego uczynić. (...) Choćbmyśmy mogli
kogoś uchronić od śmierci kłamstwem, nie wolnoby go popełnić.
(...) Dla ocalenia życia i majątku nie wolno zasmucać Boga, bo życie i
majątek trwają do czasu, a Bóg i szczęśliwość duszy trwać będą na wieki”
(św. Jan Maria Vianney)? Czy mój błąd polega na tym, iż „nigdy”
interpretuję jako „nigdy”, „nigdzie” jako „nigdzie”, a „zawsze” jako
„zawsze”, a nie zaś jako „prawie nigdy”, „zazwyczaj”, „prawie „zawsze”?
Nie
wiem też na czym polega ma rzekoma nadinterpretacja i manipulacja
tradycyjnego nauczania katolickiego na temat tańców? Czy na tym, iż ze
sformułowań tam zawartych, a mówiących, że tańce i bale są niebezpieczną
okazją do grzechu „zazwyczaj”, „prawie zawsze”, „prawie wszystkie”, „w
większości” nie traktuję jako metafor mających w rzeczywistości oznaczać
„rzadko”, „czasami”, „niekiedy”, „sporadycznie”? A może ruchy, gesty,
postawy oraz okoliczności towarzyszące tańcom z początku XXI wieku, są w
porównaniu np. z tańcami rozpowszechnionymi w 16, 18 czy 19 wieku,
skromne, niewinne oraz przyzwoite, tak, iż nie można odnieść
tradycyjnych przestróg przed tańcami do ich współczesnych odpowiedników?
11. Czy ma publicystyka jest skoncentrowana przede wszystkim na kwestiach moralności seksualnej?
Częstym
zarzutem, jaki stawiany jest mej publicznej działalności stanowi
twierdzenie, iż głównym poruszanym przeze mnie tematem są sprawy
moralności seksualnej. Nierzadko w domyśle tego zarzutu czai się
sugestia, jakoby wynikało to z jakichś moich seksualnych obsesji bądź
zahamowań. Cóż mogę na to odpowiedzieć? Przede wszystkim, czuję się
niejako wyróżniony tym, że kolejny z tradycyjnie lewicowych i
wolnomyślicielskich argumentów wysuwanych przeciw Kościołowi i
chrześcijaństwu jest stosowany także w opozycji do mej publicystyki. To
bowiem Kościołowi katolickiemu nieraz różni jego wrogowie i krytycy
przypisywali i wciąż przypisują obsesję na punkcie seksu i tropieniu
grzechów z tym związanych.
Co
do siebie, to nie mogę zaprzeczyć, iż rzeczywiście niemała część mych
wypowiedzi jest poświęcona tej tematyce. Nie widzę w tym nic dziwnego,
gdy zważy się na to, iż główny atak sił antychrześcijańskich najczęściej
jest kierowany właśnie przeciw zasadom chrześcijańskiej moralności
dotyczących życia seksualnego. Naturalne jest więc to, iż w ramach
reakcji na owe działania, dużo sił poświęca się obronie VI i IX
Przykazania. Mimo to, nie sądzę jednak, by większość mych artykułów i
innego rodzaju wypowiedzi dotyczyła tych kwestii. Jeżeli już, to
zdecydowana mniejszość z nich bezpośrednio poświęcona jest sprawom
seksu. Na przykład, na prowadzonej przeze mnie witrynie: www.salwowski.msza.net
zamieściłem (podaję stan z dnia 19 czerwca 2011 r.) 35 artykułów,
spośród których 8 (czyli niecałe 23 procent) skupionych poświęconych
jest, w głównej mierze tejże tematyce (tańcom damsko-męskim, skromności
strojów, mieszanym plażom, obronie zasadności delegalizacji i
penalizacji nierządu oraz cudzołóstwa). Pozostałych 27 tekstów
opublikowanych tam przeze mnie, w sposób bezpośredni dotyczy innych
spraw, a więc np. zawodowego boksu, kary śmierci, obronie moralności
stosowania kar cielesnych, kompromisu aborcyjnego, potrzebie
politycznego wsparcia dla działalności p. Marka Jurka, ekumenizmu,
paleniu Koranu, modlitwie przed jedzeniem, obecności Bożych kar w
najnowszej historii, katolickiego nauczania o bogobójstwie i moralnej
odpowiedzialności zań żydów oraz chrześcijan, twórczości i postaci Mela
Gibsona. Owszem w części spośród tych 27 artykułów także znajdowały się
jakieś nawiązania do moralności seksualnej, ale to nie one stanowiły ich
główny temat. Na przykład w tekście pt. „Mel Gibson – pytania, które
trzeba postawić” krytykowałem twórczość owego aktora i reżysera nie
tylko za celebrację wolnego seksu widoczną w filmach z jego udziałem,
ale także za czynienie z przemocy rozrywki (seria „Zabójcza Broń” jest
tego dobrym przykładem), apoteozę buntu względem prawowitej władzy
(„Waleczne serce”, „Patriota”) oraz przedstawianie w pozytywnym świetle
spirytyzmu (miało to miejsce w filmie „Pocahontas”, gdzie Gibson
udzielał głosu postaci kapitana Johna Smitha). Jeśli chodzi zaś o
artykuły publikowane przeze mnie w innych miejscach, to jeszcze mniej z
nich dotyczy seksualności. Można mieć więc zatem uzasadnione wątpliwości
co do tego, czy rzeczywiście większość z mych wypowiedzi koncentruje
się na seksie. To raczej te z mych wypowiedzi, które są dotyczą VI i IX
Przykazania cieszą się największym zainteresowaniem i wywołują najwięcej
kontrowersji - stąd powstaje mylne wrażenie, jakoby większość mej
pisarskiej twórczości dotyczyła tych spraw.
12. Skupianie się na kwestiach trzeciorzędnych, mało ważnych z pomijaniem rzeczy fundamentalnych i najważniejszych.
„Nie czas ratować róże, gdy płoną lasy”
- to powiedzenie jest niejednokrotnie przywoływane w kontekście mej
działalności publicystycznej. Twierdzi się zatem, iż nawet jeśli w
kwestiach, które poruszam, mam dużo racji i słuszności, to w obecnym
czasie, nie są to sprawy najważniejsze, które należałoby nagłaśniać i
akcentować. Oczywiście zgadzam się z tym, że np. sprawa obrony
nienarodzonych dzieci jest dużo ważniejsza od przypominania tradycyjnych
przestróg przed tańcami i balami. Tak naprawdę jednak, nie ma takich
kwestii moralnych, które można by uznać za nieważne czy zupełnie
nieistotne. Podobnie jak wiara i moralność są ze sobą ściśle połączone,
tak poszczególne zasady moralności chrześcijańskiej choć różnią się
rzecz jasna pomiędzy sobą stopniem ważności i doniosłości, są ze sobą
bardzo mocno powiązane. Przykładowo, zabicie nienarodzonego dziecięcia
jest znacznie gorszą obrzydliwością aniżeli współżycie przedmałżeńskie
(czyli „nierząd”), jednak nie zmienia to faktu, że pomiędzy oboma tymi
nieprawościami zachodzą nieraz bliskie związki. Grzechy nierządu często
wszak owocują grzechami aborcji. Czy można więc powiedzieć, iż skoro
zabijanie nienarodzonych dzieci jest znacznie większym złem od nierządu,
to należy dać sobie spokój z piętnowanie tego drugiego? Na podobnej
zasadzie, można oczywiście powiedzieć, iż jawna pornografia jest
znacznie większym złem, niż erotyzowane teledyski w MTV i Vivie, ale czy
rzeczywiście uprawnionym stąd wnioskiem jest stwierdzenie, że należy
dać sobie spokój z przestrzeganiem przed tymi drugimi? Nie przeczę wcale
temu, iż stopień gorliwość jaką wkłada się w zwalczanie poszczególnych
niebezpieczeństw, powinien być proporcjonalnie dostosowana do skali
zagrożenia z nimi związanych. Tyle tylko, że różni ludzie mogą być w
różnym stopniu powołani do zajmowania się poszczególnymi tematami.
Szczególnym powołaniem i misją jednego może być zwalczanie rozpusty,
pornografii czy prostytucji. To, iż człowiek taki będzie w związku z tym
znacznie mniej czasu spędzał na antyaborcyjnych pikietach niż inni, nie
oznacza wszak, że uważa zabijanie nienarodzonych za coś mniej złego.
Jeszcze komuś innego Bóg może w sposób specjalny powołać do
przestrzegania przed pijaństwem i pracy nad nawracaniem pijaków.
Z
pewnością, dużą nieprawidłowością byłaby sytuacja polegająca na tym, iż
– w sensie generalnym – instytucje powołane do zwalczania zła, w sposób
zupełnie nieproporcjonalny traktowałyby poszczególne grzechy. Co
najmniej dziwaczna sytuacja zachodziłaby np. w wypadku nakładania
ekskomuniki przez władze kościelne za niepłacenie podatków przy
jednoczesnym zniesieniu tejże sankcji za aborcję. Podobnie
niezrozumiałym byłoby postępowanie władz cywilnych karzących chłostą
nierząd i cudzołóstwo (co samo w sobie jest oczywiście dobre i wskazane)
przy równoczesnym karaniu zabijania niewinnych ludzi za pomocą
pieniężnej grzywny. W sprawach o których piszę teraz nie należy jednak
mylić płaszczyzny bardziej ogólnej i społecznej z wymiarem działań
indywidualnych ludzi. Poszczególne osoby mogą być po prostu, w sposób
szczególny powołane do zwalczania pewnych niebezpieczeństw bardziej niż
inne. I należy to uznać oraz uszanować. Osobiście, czuję się w sposób
szczególny powołany przez Boga do przypominania tych spośród zasad
tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, które współcześnie zostały
niemal zupełnie zapomniane. Co więcej z perspektywy czasu, coraz
bardziej widzę, iż np. przypominanie odwiecznego nauczania katolickiego
na temat tańców i balów ma wymiar jak najbardziej praktyczny stanowiąc
odpowiedź na aktualne problemy i wyzwania. Czyż bowiem od kilku lat nie
mamy do czynienia z wielką modą na praktykowanie i uczenie się tańców
damsko-męskich? Czy miliony ludzi nie jest łowionych w sidła rozpusty i
rozwiązłości właśnie za pomocą różnego rodzaju imprez z tańcami (np.
dyskotek)? Może więc, w dzisiejszych czasach, tym bardziej aktualne są
krytyki, jakie przez wiele wieków, najwybitniejsze autorytety
kościelne,kierowały w stronę tańców i balów?
Poza tym warto pamiętać o słowach Pana Jezusa, iż wierność w małych rzeczach jest gwarancją wierności w wielkich sprawach: „Kto
w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w
drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łuk 16:10). Nie możemy też zapominać o tym, że „Ktokolwiek
by tedy rozwiązał jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak
ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios, a ktokolwiek by
czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios” (Mt. 5,17.19).
13. Chwiejność w poglądach, częste wolty ideowe, „rzucanie się od ściany do ściany”
Niektórzy
z mych oponentów twierdzą, iż jestem osobą, która często w sposób
radykalny zmienia poglądy, np. z lefebrysty miałem się rzekomo stać
modernistą i „wojtylianistą” zaś popieranie antysemickiego pisma
„Szczerbiec” podobno zastąpiłem skrajnym „filosemityzmem”. Powyższa
opinia jest złośliwa i nieprawdziwa. Oczywiście nie przeczę temu, iż w
ciągu kilkunastu lat mej publicystycznej aktywności w ogóle nie
zmieniłem żadnych ze swych poglądów. Cechą każdego człowieka jest
omylność i w związku z tym wszyscy ludzie powinni być otwarci na
korygowanie tych ze swych przekonań, które mogą okazać się błędne. I ja
więc swe dawniejsze stanowisko w niektórych kwestiach zmieniłem,
złagodziłem, a co do pewnych innych spraw stałem się nieco bardziej
surowy (np. przed laty podchodziłem w sposób dość luźny do
chrześcijańskiej powinności jaką jest okazywanie posłuszeństwa władzom
cywilnym, płacenie podatków, etc). Nie sądzę jednak, by owe zmiany można
było nazwać „radykalnymi”. Wszystkie korekty, jakie przez lata
dokonałem w swych przekonaniach mieszczą się w ramach konserwatywnie
katolickich i prawicowych poglądów. Radykalnego tradycjonalizmu nie
zamieniłem bynajmniej na modernizm, ale stałem się po prostu bardziej
umiarkowanym tradycjonalistą katolickim. Z konserwatysty i prawicowca
także nie przeobraziłem się w jakiegoś lewicowca, liberała czy
libertarianina.
Jeśli chodzi zaś o me
kontakty z pismem "Szczerbiec" to owszem w l. 1996-1997 na prośbę mego
znajomego podjąłem luźną współpracę z tym pismem. W tym czasie
"Szczerbiec" opublikował pięć tekstów mego autorstwa. Czy moje artykuły
miały coś wspólnego z historycznym rewizjonizmem, będącym domeną tego
pisma? Nie, albowiem były one poświęcone zupełnie innej tematyce. Czy
moja współpraca z "Szczerbcem" oznaczała podpisywanie się pod radykalnym
antysemityzmem uprawianym przez to czasopismo? Kolejne pudło. Nigdy nie
utożsamiałem się z jadowitą antyżydowskością "Szczerbca", a co więcej,
jeszcze w trakcie trwania mojej współpracy z tym pismem, wystosowałem do
p. Adama Gmurczyka (redaktora naczelnego owego periodyku) prywatny, acz
stanowczy protest wobec promowanego przez niego radykalnemu
antysemityzmowi. Nie jest więc tak, jak to insynuują pewne osoby, że w
krótkim czasie przeszedłem od żarliwego antyizraelityzmu do gorliwego
filosemityzmu. Osobiście uważam, że judaizm ma w sobie silne pierwiastki
antychrześcijańskie, zaś udział Żydów w różnych niemoralnych i
bezbożnych przedsięwzięciach często nieproporcjonalnie wyższy w stosunku
do ich procentowego udziału w danym społeczeństwie. Dostrzeganie jednak
tych faktów nie oznacza, iż będę popierał kwestionowanie
człowieczeństwa Żydów (tak jak w swoim czasie czyniło to pismo
„Szczerbiec”); życzył Żydom wszystkiego co najgorsze i złe; twierdził,
że Żydów nie da się ani ucywilizować ani nawrócić, dlatego też najlepiej
jest ich bić, ograbiać z majątków, pozbawiać praw obywatelskich czy
zabijać.
14. Czy uważam wszystko za „bliską okazję do grzechu”?
Wbrew często powtarzającym się sugestiom nie uważam wszystkich życiowych sytuacji za „bliską okazję do grzechu”
i w związku z tym praktyczne zastosowanie zasady, iż takich okazji
należy unikać czyniłoby z życia nieznośną mękę polegającą na ciągłym
lęku przed zgrzeszeniem. Wraz z tradycyjną moralistyką katolicką
rozróżniam pomiędzy „bliskimi okazjami do grzechu” a tzw. dalszymi
okazjami do grzechu. „Dalszymi okazjami do grzechu” są sytuacje, w
których sporadycznie i rzadko popadamy w grzech. Pozostawiania w takich
sytuacjach nie jesteśmy zobowiązani unikać, gdyż praktycznie byłoby to
niemożliwe. Wystarczy wówczas zachować pewne podstawowe zasady
ostrożności, by nie upaść w grzech. Czymś zdecydowanie innym są jednak
tzw. bliskie okazje do grzechu. Tym mianem zwie się „te
wszystkie okoliczności czasu, miejsca, osoby albo rzeczy, w których czy
to z ich natur, czy też z naszej słabości, zwykle popadamy w grzechy”
(Katechizm św. Piusa X, cz. IV, p. 67). Tych właśnie okoliczności
chrześcijanie winni gorliwie i pilni unikać, a pozostawianie w nich może
być usprawiedliwione tylko koniecznością zachowania odpowiednio ważnych
dóbr. Obowiązek unikania „bliskich okazji do grzechu” nie oznacza
jednak na przykład praktycznego wycofania się z życia społecznego,
zawodowego czy rodzinnego i prowadzenia życia pustelniczego. W
rzeczywistości bowiem „bliskie okazje do grzechu” nie stanowią
większości sytuacji w naszym życiu i da się je omijać prowadząc w miarę
„normalny” żywot.
http://salwowski.msza.net/pub/odpowiedz-na-rozne-zarzuty-watpliwosci-i-kontrowersje.html
a. me.