„Mój kraj mnie zranił” – tak napisał młody poeta w roku 1944, w czasie czystki1,
gdy zwierzchnik państwa [Karol de Gaulle] nieugięcie prowadził
złowieszcze zadanie, przygotowane ponad cztery lata wcześniej. Mój kraj
mnie zranił – to nie jest coś, co chciałoby się ogłosić całemu światu.
Jest to raczej sekret, o którym szepcze się samemu sobie z wielkim
smutkiem, mimo wszystko próbując zachować nadzieję. Będąc w Hiszpanii w
latach 50. XX wieku, zapamiętałem ogromną rezerwę, z jaką moi
przyjaciele, niezależnie od swej przynależności politycznej, wypowiadali
się na temat pewnych aspektów wojny domowej. Ich kraj ciągle ich ranił.
Ale co począć, gdy nie jest to już tylko sprawa doczesnej ojczyzny, ale
sprawa Kościoła – oczywiście nie samego w sobie, ponieważ pozostaje on
zawsze święty i bez cienia błędu, tylko Kościoła reprezentowanego przez
jego widzialną głowę; gdy jest to sprawa tego, kto obecnie dzierży
prymat św. Piotra?2
Jak powinniśmy się do tego odnosić, jaki ton głosu należy przyjąć, gdy
przyznamy się sami sobie w sekrecie: „Ach! Rzym mnie zranił!”?
Niewątpliwie publikacje tzw. dobrej prasy nie przestaną nas
informować, że w ciągu minionych 2000 lat Kościół nigdy nie miał tak
wspaniałego pontyfikatu. Ale kto mógłby traktować poważnie te chóralne
pieśni pochwalne establishmentu? Gdy obserwujemy, co jest nauczane i
praktykowane w łonie Kościoła w czasie obecnego pontyfikatu, a raczej
gdy obserwujemy, co w nauce i praktyce zostało zaniechane, oraz to, że
legalna hierarchia kościelna, która mieni się prawdziwym Kościołem, nie
wie, jak chrzcić dzieci, grzebać zmarłych, ważnie sprawować Mszę św.,
odpuszczać grzechy w czasie spowiedzi; gdy z przerażeniem widzimy
rozprzestrzenianie się wpływów protestanckich niczym brudnej fali
powodziowej, a najwyższa władza nie wydaje zdecydowanego rozkazu
zamknięcia tamy; jednym słowem, gdy stajemy wobec tego, co się dzieje,
musimy wręcz powiedzieć: „Ach! Rzym mnie zranił”.
Wszyscy wiemy, że chodzi o coś innego niż grzeszność, w pewnym sensie
prywatną, której dzierżawcy prymatu Piotrowego aż nazbyt często ulegali
w historii. W tamtych przypadkach ich ofiary, mniej lub bardziej
skrzywdzone, mogły się bronić względnie łatwo, zachowując większą
czujność w zakresie osobistego uświęcenia. Musimy zawsze zważać na nasze
uświęcenie. Jednakże – i to jest coś, czego nigdy w przeszłości nie
widziano w takim stopniu – niegodziwość, na którą zezwala człowiek,
który dzisiaj zajmuje tron Piotrowy, polega na tym, że porzuca się
najważniejsze środki uświęcenia pod wpływem zręcznych manewrów
innowatorów i dysydentów. Papież pozwala na systematyczne podkopywanie
autorytetu słusznej doktryny, sakramentów i Mszy św. Stawia nas to w
wielkim niebezpieczeństwie. Jeśli nawet uświęcenie dusz nie stało się
całkowicie niemożliwe, to z pewnością jest o wiele trudniejsze – a
przecież jednocześnie jego potrzeba jest o wiele bardziej nagląca.
Czy jednak w tym niebezpiecznym i kluczowym momencie wciąż jest
możliwe, by prosty wierny – mała owieczka z ogromnej trzody Jezusa
Chrystusa i Jego wikariusza – nie stracił ducha, by nie padł łupem
potwornego aparatu, który sukcesywnie zmusza do zmiany wiary, kultu,
zwyczajów religijnych, pobożności – innymi słowy: do zmiany jego
religii?
Ach! Rzym mnie zranił! Byłoby czymś naprawdę słusznym i sprawiedliwym
powtarzać samemu sobie z łagodnością słowa prawdy, proste słowa
nadprzyrodzonej prawdy zaczerpnięte z katechizmu, tak by nie powiększać
istniejącego zła, lecz raczej pozwolić dać się głęboko przekonać nauce
zaczerpniętej z objawienia, że pewnego dnia Rzym zostanie uleczony, a
fałszywy „Kościół” zostanie zdemaskowany i nagle obróci się w proch.
Jego siła bierze się bowiem przede wszystkim z faktu, że jego kłamliwa
nauka, prezentowana jako prawda, nie została odrzucona przez hierarchów.
W samym centrum tego nieszczęścia chciałoby się przemawiać słowami,
które współbrzmią z tajemniczym, bezsłownym szeptem Ducha Świętego w
samym sercu Kościoła.
Ale od czego zacząć? Bez wątpienia przywołując pierwszą prawdę
dotyczącą zwierzchnictwa Jezusa Chrystusa nad Kościołem. Zechciał On, by
Jego Kościół miał swoją widzialną głowę w osobie Biskupa Rzymu, który
jest Jego ziemskim zastępcą i jednocześnie biskupem wszystkich biskupów,
całej trzody Pańskiej. Przekazał mu prerogatywę Skały, tak by gmach
Kościoła nigdy nie runął. Modlił się, by przynajmniej on, spośród
wszystkich innych biskupów, nie doprowadził wiary do ruiny; aby,
nawróciwszy się po wszystkich upadkach, które musiały mu być
oszczędzone, utwierdzał swoich braci w wierze – lub jeśli on sam tego
nie uczyni, aby z pewnością dokonał tego jeden z jego najbliższych
następców.
Jest to niewątpliwie pierwsza pocieszająca myśl, którą Duch Święty
podaje nam w tych smutnych dniach, w których Rzym – przynajmniej
częściowo – doświadcza najazdu sił ciemności: nie ma Kościoła bez
nieomylnego, obdarzonego prymatem wikariusza Chrystusowego. Co więcej,
bez względu na nędzę – nawet w sferze religijnej – swego widzialnego i
tymczasowego zastępcy to Pan Jezus jest Tym, który wciąż rządzi
Kościołem, Tym, który rządzi swoim zastępcą w rządzeniu Kościołem, Tym,
który tak mądrze rządzi, by Jego zastępca nie mógł włączyć swego
nadrzędnego autorytetu we wstrząsy ani nie współdziałał w zmienianiu
religii. Przez zasługę dobrowolnej i skutecznej męki Chrystusowej Boska
moc Jego królowania w niebie sięga aż tak daleko. On przewodzi swemu
Kościołowi i od wewnątrz, i z zewnątrz, On też ma władzę nad całym
wrogim Mu światem.
Modernistyczna strategia
Strategia modernistów przewiduje dwa etapy: po pierwsze, tworzy się
równoległą, heretycką hierarchię, której wpływ nakłada się na działania
prawowiernej hierarchii; następnie angażuje się ją w działalność
duszpasterską, zmierzającą ku „wielkiej odnowie”, która przemilcza lub
wypacza prawdy wiary; która odmawia udzielania sakramentów lub sprawuje
je w sposób wątpliwy. Wielką przebiegłością modernistów jest używanie
tego piekielnego duszpasterstwa zarówno przy fałszowaniu świętej
doktryny powierzonej przez Wcielone Słowo Boże hierarchicznemu
Kościołowi, jak i przy zmienianiu bądź nawet destrukcji świętych znaków
łaski, których Kościół jest wiernym szafarzem.
W rzeczy samej Głowa Kościoła zawsze jest nieomylna, zawsze bez
zarzutu, zawsze święta, bez żadnych zakłóceń i zastojów w Jej trudzie
uświęcania. I ta Głowa jest jedyną władzą dla wszystkich innych, nawet
najwyższych, które jedynie dzierżą władzę przez Nią i dla Niej. Ale tą
świętą Głową, bez żadnej skazy, całkowicie odłączoną od grzeszników i
wyniesioną ponad niebiosa, nie jest papież! Jest nią Ten, o którym List
do Hebrajczyków mówi tak doniośle; jest nią Najwyższy Arcykapłan – Jezus
Chrystus.
Władza papieska
Jezus, nasz Odkupiciel, zanim wstąpił do nieba i stał się
niewidzialny dla naszych oczu, zechciał poprzez krzyż ustanowić dla
swojego Kościoła ponad i poza licznymi szczególnymi posługami jedną
posługę powszechną – widzialnego wikariusza, który samotnie dzierży
naczelną jurysdykcję. Nadał mu niniejsze prerogatywy:
„Ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go” (Mt 16, 18).
„Panie, ty wszystko wiesz; ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu: Paś owce moje” (J 21, 17).
„Ale ja prosiłem za tobą, aby nie ustała wiara twoja; a ty kiedyś, nawróciwszy się, utwierdzaj braci twoich” (Łk 22, 32).
Jeśli zatem papież jest widzialnym zastępcą Jezusa Chrystusa, który
wstąpił do niewidzialnych niebios, nie jest nikim więcej, jak tylko
wikariuszem, vices gerens (‘pełniący zastępstwo’); pełni czyjś urząd,
ale pozostaje sobą. Łaska, która nadaje życie Mistycznemu Ciału, nie
pochodzi od papieża. Ta łaska, tak samo dla papieża, jak i dla nas,
pochodzi od jedynego Pana – Jezusa Chrystusa. Tak samo ma się rzecz ze
światłem Objawienia. Papież ma swoją szczególną rolę jako strażnik
środków łaski – siedmiu sakramentów – podobnie jak objawionej prawdy.
Otrzymuje specjalną pomoc, żeby być strażnikiem i wiernym sługą. Ale
jeśli papież ma otrzymywać to specjalne wsparcie w wykonywaniu swej
władzy, nie może zaniedbywać jej wykonywania. Ponadto, chociaż jest
chroniony przed popadnięciem w błąd, gdy angażuje nieomylność, może się
mylić w innych przypadkach. Ale nawet błąd popełniony przez papieża w
sprawach, które nie angażują jego nieomylności, nie powstrzymuje jedynej
Głowy Kościoła, niewidzialnego Arcykapłana, od nieustannego rządzenia
swym Kościołem; nie pozbawia też Jego łaski skuteczności ani Jego prawa
słuszności. Pomimo tego błędu Chrystus może przecież ograniczać miarę
upadków swego widzialnego zastępcy lub też powołać, bez zbędnej zwłoki,
nowego, godnego papieża, który naprawi zepsucie lub zniszczenie
dopuszczone przez jego poprzednika. Dzięki temu nieudolność, słabość czy
nawet jakaś zdrada ze strony papieża nie trwają dłużej niż jego ziemska
egzystencja.
Pan Jezus po swym wniebowstąpieniu wybrał i ustanowił 263 papieży.
Niektórzy, niezbyt wielu, byli tak wiernymi wikariuszami, że wzywamy ich
świętego wstawiennictwa jako przyjaciół Boga. Jeszcze mniejsza jest
liczba tych, którzy dokonali bardzo poważnych nadużyć. Większość jednak
wiernie wypełniała swe obowiązki, ale żaden z nich, piastując urząd
papieski, nigdy nie zdradził i nie mógłby zdradzić [Chrystusa] do tego
stopnia, by na mocy swego autorytetu wprost nauczać herezji. Biorąc pod
uwagę, że jest to prawdziwe w przypadku każdego papieża z osobna i
wszystkich ich razem w relacji do królującej w niebie Głowy Kościoła, w
obliczu słabości konkretnego papieża nie wolno nam zapominać o trwałości
i świętości władzy naszego Zbawiciela ani o Jego mądrości i mocy.
Trzyma On bowiem w swojej prawicy nawet niegodnych papieży i który
utrzymuje ich niegodziwość w ściśle określonych granicach.
Aby jednak pokładać tę ufność w najwyższą, niewidzialną Głowę
Kościoła, nie usiłując równocześnie negować poważnych upadków, od
których, pomimo swych prerogatyw, Biskup Rzymu, widzialny zastępca
[Chrystusa], dzierżca kluczy do królestwa niebieskiego, nie jest
bynajmniej wolny; aby pokładać w Panu Jezusie to realistyczne zaufanie
nie usiłujące obejść jakoś tajemnicy następcy Piotra obdarzonego
specjalnymi przywilejami, ale też podlegającego ludzkim słabościom; aby
ten przytłaczający nas niepokój mógł zostać ukojony teologiczną cnotą
nadziei, jaką pokładamy w Najwyższym Kapłanie – jest oczywiste, że nasze
życie wewnętrzne musi być skoncentrowane na Jezusie Chrystusie, a nie
na papieżu. To oznacza, że nasze życie wewnętrzne – z całym szacunkiem
dla papieża i hierarchii – nie może się opierać na hierarchii i papieżu,
ale na Boskim Kapłanie, Kapłanie, który jest Słowem Wcielonym,
Odkupicielem, od którego widzialny, naczelny wikariusz zależy bardziej
nawet, niż pozostali kapłani. Bardziej niż inni, ponieważ ze względu na
swój wyjątkowy urząd znajduje się on pod szczególną opieką Jezusa
Chrystusa. Bardziej niż inni, w bardziej dostojny i niepowtarzalny
sposób, nie może zaprzestać utwierdzania swych braci w wierze.
Kościół nie jest mistycznym ciałem papieża – Kościół wraz z papieżem
jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Gdy wewnętrzne życie chrześcijan jest
coraz bardziej skupione na Chrystusie, nie popadają oni w rozpacz, nawet
gdy cierpią z powodu upadków papieża, czy będzie to Honoriusz I, czy
rywalizujący ze sobą papieże średniowiecza, czy też – nie daj Boże! –
papież, który ulegnie błędom szerzonym przez modernizm. Jeśli Chrystus
Pan jest zasadą i duszą życia wewnętrznego chrześcijan, nie muszą oni
oszukiwać samych siebie w kwestii upadków papieża, by nadal być pewni
jego władzy; wiedzą, że te grzechy nigdy nie osiągną takich rozmiarów,
by Jezus Chrystus zaprzestał rządzić swoim Kościołem, ponieważ błędy
Jego zastępcy nigdy nie będą w stanie pozbawić Go tej władzy. W dalszym
ciągu Pan będzie prowadzić takiego ulegającego błędom papieża, strzegąc
go od zaangażowania jego autorytetu do wypaczania wiary, którą otrzymał z
nieba.
Prawdziwe posłuszeństwo
Życie wewnętrzne skoncentrowane na Jezusie Chrystusie, a nie na
papieżu, nie ignoruje bynajmniej papieża: w przeciwnym razie przestałoby
być chrześcijańskim życiem wewnętrznym. Wewnętrzne życie skupione na
osobie Pana Jezusa uwzględnia urząd wikariusza Jezusa Chrystusa i
posłuszeństwo temu wikariuszowi, na pierwszym miejscu stawia jednak
Boga. Innymi słowy, posłuszeństwo papieżowi, nie będąc bynajmniej
posłuszeństwem bezwarunkowym, jest zawsze praktykowane w świetle wiary i
prawa naturalnego.
Żyjemy przez i dla Jezusa Chrystusa, dzięki Jego Kościołowi,
rządzonemu przez papieża, któremu podlegamy we wszystkim, co leży w jego
kompetencjach. Nie żyjemy przez i dla papieża, tak jakby wysłużył on
dla nas wieczne zbawienie – dlatego chrześcijańskie posłuszeństwo nie
zawsze i nie we wszystkim może utożsamiać papieża z Jezusem Chrystusem.
Zazwyczaj wikariusz Chrystusa rządzi godnie, zgodnie z Tradycją
apostolską, nie wywołując znaczących konfliktów w sumieniach posłusznych
katolików. Ale czasami może być i odwrotnie. Może zdarzyć się i tak, że
wierni będą sobie zadawać pytanie: jak mamy pozostać wierni Tradycji,
postępując zgodnie z rozkazami papieża?
Życie duchowe syna Kościoła, który porzuca artykuły wiary dotyczące
papieża, zaniedbuje posłuszeństwo jego prawowitym rozkazom i modlitwę
się za niego, przestaje być życiem katolickim. Z drugiej strony
wewnętrzne życie, które opiera się na bezwarunkowym posłuszeństwie
papieżowi, ślepo, zawsze i we wszystkim, jest wewnętrznym życiem
podporządkowanym z konieczności względom ludzkim, przywiązanym do
stworzeń, życiem narażonym na pokusy kompromisu. Prawdziwy syn Kościoła,
przyjmując całym sercem artykuły wiary dotyczące wikariusza
Chrystusowego, wiernie modli się za niego i okazuje mu posłuszeństwo,
ale jedynie w prawdzie, to znaczy tylko wówczas, gdy papież zachowuje i
przestrzega nietkniętej Tradycji apostolskiej i zasad prawa naturalnego.
Święty Kościół, grzeszni ludzie
Zwróćmy uwagę na wspaniałą modlitwę na początku kanonu rzymskiego, w
której kapłan, błagając z powagą najłaskawszego Ojca przez Jego Syna
Jezusa Chrystusa, by uświęcił nieskalaną ofiarę składaną „pro Ecclesia
tua sancta catholica – za Twój święty Kościół katolicki”, kontynuuje: „una cum famulo tuo Papa nostro... et Antistite nostro... – wraz ze sługą Twoim Papieżem naszym... i Biskupem naszym...”. Kościół nigdy nie wyobrażał sobie, że mógłby się modlić „una cum SANCTO famulo tuo Papa nostro et SANCTO Antistite nostro...
– wraz ze ŚWIĘTYM sługą Twoim Papieżem naszym i ŚWIĘTYM Biskupem
naszym...”, podczas gdy każe mówić kapłanowi: „za Twój ŚWIĘTY Kościół”.
Papież, w przeciwieństwie do Kościoła, niekoniecznie musi być święty.
Kościół jest święty, nawet mając grzesznych członków, do których i my
się zaliczamy; grzesznych członków, którzy niestety nie są święci bądź
też nie dążą do świętości. Może się nawet zdarzyć, że w tej kategorii
znajdzie się również papież. Tylko Bóg to wie. W żadnym razie nie
powinniśmy się gorszyć na widok takiego położenia wikariusza
Chrystusowego, nie powinniśmy się gorszyć, gdy Kościół doświadcza
cierpień – niekiedy bardzo okrutnych – ze względu na kondycję swej
widzialnej głowy. Nie wolno nam się gorszyć, gdyż nawet jako poddani
papieża nie mamy obowiązku podążać za nim na ślepo, bezwarunkowo, zawsze
i we wszystkim.
Prawo świeckich
Chrystus Pan rządzi swoim Mistycznym Ciałem przez papieża i
podporządkowaną mu hierarchię w taki sposób, że Kościół może być zawsze
pewien posiadania i właściwej interpretacji własnej Tradycji. Odnośnie
do prawd katechizmowych, celebracji Najświętszej Ofiary i sakramentów,
zasadniczej struktury hierarchii, stanów życia i powołania do doskonałej
miłości, innymi słowy odnośnie do wszystkich najważniejszych kwestii
Kościół cieszy się asystencją Bożą w taki sposób, że każdy ochrzczony
katolik, posiadający wiarę, dobrze wie, czego musi się trzymać. Dlatego
gdy prosty chrześcijanin, odwołując się do Tradycji w jakiejś kwestii
powszechnie znanej, odmawia posłuszeństwa kapłanowi, biskupowi,
konferencji episkopatu, a nawet papieżowi, którzy w tej kwestii niszczą
Tradycję, nie okazuje w ten sposób – jak niektórzy twierdzą – znamion
charakterystycznych dla pychy czy polegania na własnym osądzie, ponieważ
nie jest bynajmniej oznaką pychy lub niesubordynacji odwoływanie się w
tych sprawach do Tradycji ani też odmowa jej porzucenia. Niezależnie czy
konferencje episkopatów, czy raczej sekretariaty kongregacji rzymskich
są odpowiedzialne za to, że katoliccy kapłani odprawiają Msze bez
jakichkolwiek oznak adoracji, bez zewnętrznych oznak wiary w święte
tajemnice, każdy wierny katolik wie, że nie wolno sprawować Mszy w
sposób jawnie demonstrujący brak wiary. Ten, kto odmawia uczestnictwa w
takiej Mszy, nie kieruje się prywatnym osądem, nie jest buntownikiem.
Jest wiernym katolikiem trwającym przy Tradycji, która pochodzi od
Apostołów i której nikt w Kościele nie może zmienić. Nikt w Kościele,
bez względu na swoje stanowisko w hierarchii, nie ma prawa zmieniać
Kościoła ani Tradycji apostolskiej.
We wszystkich zasadniczych kwestiach Tradycja apostolska jest całkiem
jasna. Nie trzeba analizować jej przez szkło powiększające ani być
kardynałem lub prefektem jakiejś rzymskiej dykasterii, żeby wiedzieć, co
jest z nią sprzeczne. Wystarczy nauka czerpana z katechizmu i udziału w
liturgii z okresu poprzedzającego modernistyczne zepsucie.
Zbyt często, gdy chodzi o kwestię łączności z Rzymem, wierni i
kapłani byli formowani przez obawę, częściowo światową, w taki sposób,
że reagują panicznym lękiem i wyrzutami sumienia, że wolą już niczego
nie analizować, bo pierwszy lepszy ktoś oskarżył ich o brak łączności z
Rzymem. Prawdziwie chrześcijańska formacja, przeciwnie, poucza nas,
byśmy starali się o jedność z Rzymem nie powodowani lękiem i bez
roztropnego rozeznania, ale w prawdzie i pokoju, z synowską bojaźnią w
wierze.
Trzeba bowiem przypomnieć że, po pierwsze, w zasadniczych kwestiach
Tradycja Kościoła jest skrystalizowana, pewna i niezmienna; po wtóre –
że każdy chrześcijanin, pouczony o podstawowych prawdach wiary, poznaje
je bez wahania; po trzecie – to wiara, a nie prywatna interpretacja
sprawia, że rozpoznajemy te prawdy, podobnie jak nasze przywiązanie do
Tradycji wynika z posłuszeństwa, pobożności i miłości, a nie z
niesubordynacji; po czwarte – że działania hierarchii czy też słabość
papieża, które miałyby na celu podważanie Tradycji lub tolerowałyby
próby jej podważania, zostaną pewnego dnia pokonane, gdyż Tradycja
zatryumfuje. Ω
Tekst po raz pierwszy opublikowano w przeglądzie „Itinéraires” w 1973 r.; ukazał się również w antologii Brève apologie pour l’Eglise de toujours
(‘Krótka apologia Kościoła wszech czasów’, 1987). Przetłumaczyła i
skróciła specjalnie dla Angelus Press z wydania francuskiego „SiSiNoNo”
(„Courrier de Rome”, listopad 2005, s. 1–5) Anna Stinnett. Tłumaczenie z
języka angielskiego (poprawione na podstawie oryginału): Tomasz
Maszczyk. Dokończenie w kolejnym numerze Zawsze wierni.
http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/1520
A. ME.