Istotą ideologii i doktryn lewicowych jest ich emancypacyjny charakter. Celem lewicowych projektów jest stworzenie harmonijnego społeczeństwa, idealnie uporządkowanego i wolnego od przemocy. Emancypacja oznacza wyzwolenie jednostki od stosunków przemocy i panowania we wszystkich dziedzinach życia. Najważniejszym założeniem tych projektów jest myśl, że społeczeństwo takie człowiek może zbudować sam. Emancypatorem jest ludzki rozum, który jest w stanie zaprojektować i skonstruować społeczeństwo wolne od przemocy i panowania ludzi nad innymi ludźmi.
Dialektyka panowania i niewoli to jeden z najważniejszych wątków filozofii Hegla. Wolność dla Hegla to stan, w którym ludzie wolni są od panowania innych ludzi nad sobą. Państwo jest najwyższym wcieleniem rozumu, który „panuje” nad jednostkami, zastępując w ten sposób rządy ludzi nad ludźmi. Historia to urzeczywistnianie się idei wolności w świecie, która początkowo dostępna jest wybranym jednostkom, a z czasem staje się udziałem wszystkich obywateli nowoczesnego państwa. Fundamentem nowoczesnego państwa jest wzajemne uznanie się wszystkich obywateli jako równych sobie podmiotów. Dialektyka panowania i niewoli opisuje proces takiego zrównywania się pana i niewolnika, którego uwieńczeniem jest ich wzajemne uznanie. Historia, w drodze swojego dialektycznego rozwoju, ma rzekomo sama doprowadzić do emancypacji niewolnika i stworzenia społeczeństwa wolnego od stosunków panowania i niewoli. Walka na śmierć i życie jest początkiem tego procesu, jego uwieńczeniem – pojednanie się walczących. Zarówno pan, jak i niewolnik uświadomią sobie swoją wzajemną zależność i zrozumieją konieczność wzajemnego uznania. Zrozumienie faktu wzajemnej zależności to moment przebłysku rozumu, który musi skutkować zakończeniem walki i wzajemnym uznaniem. Zarówno pan, jak i niewolnik podporządkują się prawu stanowionemu przez państwo, które stoi na straży interesu ogólnego i nie jest podporządkowane żadnej partykularnej woli.
Problemem filozofii heglowskiej jest jej pewna ezoteryczność. Dlatego też u Hegla nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, jak konkretnie ma przebiegać proces stanowienia prawa, tak by rzeczywiście żadna partykularna wola nie stała się ostatecznie wolą powszechną. Hegel był monarchistą, oświeconą pruską monarchię uważał za cel historii powszechnej. Stąd należy wysnuć wniosek, że pruscy władcy byli dlań niejako wcieleniem rozumu, swoistym medium, które nie przemawia w swoim własnym imieniu, lecz samego rozumu. Aby więc heglowski mechanizm zadziałał, potrzebny jest taki obiektywny duch-rozum, wolny od własnego partykularnego interesu. I tu właśnie leży pies pogrzebany. Idea społeczeństwa opartego na formalnej równości wszystkich jej członków, podporządkowanych uniwersalnym prawom, za którymi nie stoi żadna partykularna wola reprezentująca swój partykularny interes, to podstawa nowoczesnych koncepcji państwa i prawa. Należy jednak postawić pytanie, czy jest ona możliwa do zrealizowania.
Dokładnie to zagadnienie było głównym przedmiotem krytyki heglowskiej filozofii, dokonanej przez Marksa. Zdaniem Marksa, prawdziwa wolność i równość wszystkich obywateli jest możliwa tylko wtedy, kiedy będą spełnione pewne warunki materialne. Marks bardzo słusznie podkreślał, że władza jest ściśle powiązana ze stanem posiadania. Nierówność podziału dóbr materialnych skutkuje brakiem równości w dostępie do władzy. Dlatego też zniesienie własności prywatnej miałoby, według Marksa, skutkować stworzeniem społeczeństwa, w którym zniknie podział na rządzących i rządzonych. Wszyscy będą posiadać wszystko i w związku z tym wszyscy będą jednocześnie rządzącymi i rządzonymi. Zwolennicy marksizmu wierzą, że idea ta jest jak najbardziej słuszna, a przyczyną porażki systemów komunistycznych było niewłaściwe wcielenie jej w życie. W tej drugiej kwestii, w pewnym sensie autorzy ci mają rację. Według Marksa, komunizm może rozwinąć się tylko w społeczeństwach, w których kapitalizm osiągnął pewien poziom rozwoju. Zważywszy na to, że głównym eksporterem ideologii komunistycznej była Rosja, która na dobrą sprawę w epokę kapitalizmu wkroczyła dopiero jakieś dwadzieścia kilka lat temu, można stwierdzić, że na gruncie założeń samego marksizmu eksperyment ten nie miał prawa się udać. Nie da się bowiem przeskoczyć bezpośrednio od feudalizmu do komunizmu..
Ostatni kryzys finansowy przyczynił się do coraz żywszego zainteresowania marksizmem. Problematyka ta nie ma więc znaczenia tylko historycznego; wręcz przeciwnie, starcie liberalizmu z marksizmem to sprawa jak najbardziej aktualna.
Główną ideą liberalizmu jest wiara, że rynek zastąpi wszystkie stosunki władzy i panowania w społeczeństwie. (W tekście tym pod pojęciem liberalizmu rozumiem ideologię, zgodnie z którą państwo i społeczeństwo można sprowadzić do rynku. Nie chodzi więc o koncepcje ekonomiczne zakładające istnienie obiektywnych praw rynkowych). Niewidzialna ręka rynku ma doprowadzić do stworzenia stanu harmonii wszystkich interesów. Zgodnie z liberalizmem każda jednostka zna swój interes i jest w stanie skutecznie go zabezpieczyć w drodze zawierania umów z innymi, równie racjonalnymi jednostkami. Projekt liberalny mógłby zakończyć się sukcesem, ale tylko po spełnieniu kilku warunków. Po pierwsze, w punkcie wyjścia wszyscy rzeczywiście musieliby mieć po równo, tak żeby nikt na starcie nie miał nad innymi przewagi, którą potem mógłby odpowiednio wykorzystać. Po drugie, wszyscy musieliby mieć dokładnie ten sam profil antropologiczny, czyli dokładnie takie same preferencje i taką samą wiedzę. Po trzecie, wszyscy musieliby mieć takie same umiejętności, wolę walki, inteligencję, kondycję fizyczną i emocjonalną, itp. A ponieważ żaden z tych warunków nie jest, i nigdy w historii nie był spełniony, system liberalny musi prowadzić do nierówności. Ponadto, państwa i społeczeństwa nie da się sprowadzić wyłącznie do rynku, gdyż rynek nie będzie funkcjonował np. bez prawa cywilnego i sądownictwa, stojącego na straży świętej zasady umów. Tak więc nawet w liberalizmie potrzebne są pozarynkowe struktury normotwórcze. Nierówności ekonomiczne przekładają się w efekcie na nierówny dostęp do procesów tworzenia prawa, co współcześnie manifestuje się w postaci lobbizmu i kupowania ustaw poprzez korumpowanie funkcjonariuszy państwowych i partyjnych. Liberalizm nie jest więc w stanie stworzyć harmonijnego społeczeństwa, w którym znikną stosunki panowania jednych jednostek nad innymi. Z formalnego punktu widzenia wszystkie jednostki są równe wobec prawa, a dodatkowo, poprzez mechanizmy demokratyczne, formalnie w równy sposób uczestniczą w sprawowaniu władzy. Faktycznie jednak procesy normotwórcze są prawdziwym polem walki między ścierającymi się grupami nacisku, przy czym lobby gospodarcze – w tym przede wszystkim międzynarodowe – odgrywa najważniejszą rolę.
Czy w takim razie projekt marksistowski jest w stanie zrealizować lewicowy ideał społeczeństwa wolnego od stosunków panowania i przemocy? Jak już zostało wyżej wspomniane, nie jest to bynajmniej pytanie wyłącznie o znaczeniu teoretycznym. Jakie znaczenie ma bowiem własność prywatna w państwach opiekuńczych i demokratycznych, w których państwo niemalże w dowolny sposób decyduje o wysokości podatków, czyli o wywłaszczaniu obywateli? Bądźmy szczerzy: prawie żadne. Państwo opiekuńcze i demokratyczne postrzega dochody obywateli jako coś, co właściwie należy do niego i czym może dowolnie dysponować. Jednocześnie państwo dokonuje transferów środków finansowych od „bogatych” do „biednych i potrzebujących”. Tym samym własność prywatna staje się fikcją. Realnie mamy do czynienia z pewnym wspólnym funduszem, którym państwo dysponuje według własnego uznania. Marksizm skrada się wielkimi krokami. Współczesny obywatel to nowoczesny niewolnik, który jest zdany na łaskę swojego pana, czyli państwa decydującego o wysokości jego kieszonkowego. Jak to już zostało wspomniane, Marks bardzo słusznie zauważył, że władza jest powiązana ze stanem posiadania. Własność prywatna jest gwarantem większego lub mniejszego udziału we władzy. Dlatego też powszechne wywłaszczenie to powszechne ubezwłasnowolnienie. Marks widział to oczywiście inaczej: on wierzył w ideę powszechnego uwłaszczenia w drodze zniesienia własności prywatnej. Dzięki temu podmiotem własności miał stać się kolektyw. Tu jednak zaczyna się problem praktyczny marksizmu, czyli sprawa zapewnienia równego i sprawiedliwego dostępu do tych dóbr i korzystania z nich. Każdy jest formalnie właścicielem wszystkiego, ale oczywiście nikt nie jest w stanie w realny sposób korzystać ze „swojej” własności. Po pierwsze, w danej sytuacji konkretny obywatel potrzebuje konkretnych przedmiotów, a nie abstrakcyjnej „wszystkości”, po drugie, wszyscy nie mogą na raz realnie korzystać z tych samych dóbr. Formalnie więc obywatel, jako część kolektywu, jest współwłaścicielem wszystkiego. Praktycznie jednak muszą być ustalone reguły decydujące o tym, kto i w jakim zakresie korzysta z konkretnych dóbr materialnych. O regułach podziału powinien decydować kolektyw, czyli wszyscy. I tu wychodzi szydło z worka. Według jakich kryteriów powinien nastąpić taki sprawiedliwy podział korzystania z tych dóbr? Każdemu po równo? Każdemu według potrzeb? Każdemu według zasług? A może każdemu według jego talentów i zdolności rozwojowych? Cóż, jednostka ostatecznie staje się zdana na łaskę kolektywu, który udzieli jej prawa do korzystania z konkretnych dóbr materialnych. Jej realny zakres korzystania z tych dóbr jest wypadkową aktualnej konstelacji decyzyjnej – nigdy nie może być pewna tego, że kolektyw jutro nie zmieni swojej decyzji i nie pozbawi jej prawa do korzystania z tego, co aktualnie posiada. Jednostka jest niczym, całość jest wszystkim. I znowu, formalnie mamy do czynienia z równością i z równym dostępem do procesów decyzyjnych. Faktycznie jednak sprawa podziału dóbr materialnych staje się polem brutalnej walki, którą wygrywa ten, kto potrafi lepiej się bić. Marksowska konstrukcja przypomina więc dużo bardziej stan natury niż stan prawa i porządku: nie ma nikogo, kto by chronił jednostkę przed ezoterycznym kolektywem, czyli po prostu przed innymi jednostkami. Jednostka, pozbawiona własności prywatnej, zostaje w pełni uzależniona od woli innych jednostek, staje się niewolnikiem jednostek de facto silniejszych. Zgodnie z Marksem, proletariat miał przyczynić się do emancypacji kapitalisty od swojej fałszywej świadomości pana. Proletariat i kapitaliści mieli wyzwolić się ze wszelkich stosunków panowania i niewoli, ich prawdziwą formą świadomości miał stać się uniwersalny, bezinteresowny rozum. Filozofia marksowska to tak naprawdę szczyt cynizmu: żaden system filozoficzny nie lekceważy tak bardzo realnych potrzeb jednostki jak marksizm. Żaden inny system filozoficzny nie czyni ją tak bezbronną w stosunku do innych jednostek jak marksizm. To, co oficjalne było punktem wyjścia dla marksizmu, de facto jest dokładnie jego punktem dojścia. Panem jest ezoteryczna całość, za którą kryją się silniejsze jednostki, niewolnikiem – cała reszta.
I dokładnie tak wygląda nasza rzeczywistość polityczno-społeczna. Ustrój UE oraz jej państw członkowskich to mieszanka liberalizmu i marksizmu. Aż chciałoby się powiedzieć: dialektyczna synteza i pojednanie liberalizmu i socjalizmu w społecznej gospodarce rynkowej. Po stronie produkcji znajduje się liberalizm, po stronie redystrybucji socjalizm. Podmiotem władzy oczywiście jest lud, formalnie uczestniczący w procesach decyzyjnych poprzez mechanizmy demokratyczne. Czy jednak lud de facto uczestniczy w tej władzy? Sprawa referendów w sprawie konstytucji europejskiej dobitnie pokazała, że głos oświeconych elit politycznych jest wszystkim, natomiast głos rzekomego suwerena niczym.
Kwestię tę literacko przedstawił Dostojewski w „Biesach”, opisując system społeczny stworzony przez Szygalewa: „Zaczynam od nieograniczonej wolności, lecz kończę na nieograniczonym despotyzmie. Muszę jednak zaznaczyć, że innego rozstrzygnięcia zagadnień społecznych nie ma i być nie może. (...) Ludzkość musi być podzielona na dwie nierówne części. Dziesiąta część otrzymuje wolność osobistą i nieograniczoną władzę nad pozostałymi dziewięcioma dziesiątymi. Tamci zaś zatracają osobowość, stają się stadem i bezgraniczne posłuszeństwo doprowadza ich w drodze przekształceń do niewinności pierwotnej, do jakiegoś raju przedhistorycznego, w którym jednak będą musieli pracować. (...) To co ja proponuję, (...) nie jest podłością, lecz rajem. Rajem na ziemi”.
Tak, lewica was wyzwoli.
Magdalena Ziętek
[aw]