„Powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet
zbrodnią”.
(gen. Władysław Anders)
„Burza w szklance wody”
W ciepły sobotni wieczór, 29
lipca 1944 r., doszło w Warszawie do niecodziennego spotkania. Gen. Tadeusz
Bór-Komorowski zobaczył się z przybyłym z Londynu emisariuszem Rządu Polskiego,
Zdzisławem Jeziorańskim ps. „Jan Nowak”. „Kurier z Warszawy” uzmysłowił wówczas
Komendantowi Głównemu AK sytuację geopolityczną, jaka zarysowała się po
konferencji w Teheranie, tj. podział stref wpływów i carte blanche dla Stalina w Europie Wschodniej. Przedstawił także
twarde fakty, iż na żadną pomoc ze strony aliantów w razie „bitwy o Warszawę”
liczyć nie będzie można. Pomoc Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen.
Stanisława Sosabowskiego także była wykluczona. Wypowiedział wówczas także
znamienne słowa: „akcja „Burza” nie
będzie miała żadnego wpływu na decyzję aliantów, a dla opinii publicznej świata
zachodniego będzie burzą w szklance wody”.
Dzień wcześniej wizytę gen.
Bór-Komorowskiemu złożyło dwóch wysokich rangą oficerów: płk Emil Fieldorf-Nil
i ppłk Ludwik Muzyczka, którzy na piśmie złożyli swój sprzeciw wobec
wszczynania powstania w stolicy. Swoją postawę argumentowali czynnikami
zewnętrznymi – niechęcią przywódcy ZSRR i dowództwa Armii Czerwonej do
jakiejkolwiek pomocy AK – oraz wewnętrznymi – słabości kadrowe, organizacyjne,
braki w uzbrojeniu i sprzęcie wojskowym.
Wszyscy politycy i oficerowie
Armii Krajowej, którzy podjęli decyzję o wybuchu powstania, mieli pełną świadomość,
jak skończyła się akcja „Burza” na Kresach. Wiedzieli, co się stało z
żołnierzami, którzy zajęli Wilno czy Lwów i zdekonspirowali się przed Armią
Czerwoną.
29 i 30 lipca 1944 r. Radio
Moskwa i Radiostacja im. T. Kościuszki (polscy komuniści) nadawały prowokacyjne
audycje z apelem o rozpoczęcie walk w stolicy…
Naczelny Wódz, gen. Kazimierz
Sosnkowski 3 lipca 1944 r. pisał: „powstanie
bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie
nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią
Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”.
W obliczu powyższych faktów, wszelka próba
usprawiedliwiania (argumentem niewiedzy o sytuacji zewnętrznej) sprawców
wybuchu powstania, takich jak generałowie: Kazimierz Sosnkowski, Tadeusz
Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Antoni Chruściel, Tadeusz Pełczyński, czy
Delegat Rządu na Kraj, Jan Stanisław Jankowski, jest albo przejawem
ignorancji, albo po prostu złej woli.
Bez happy endu
Osobna sprawa, która schodzi
nieco w cień przy omawianiu zasadności decyzji o wybuchu powstania, to pytanie,
dlaczego nie przerwano tej rzezi? W kilka dni po rozpoczęciu walk – w obliczu
braku jakiejkolwiek pomocy – było już wiadomo, że powstanie nie ma
najmniejszych szans powodzenia. Komenda Główna AK miała już także świadomość,
że na pomoc „dobrego wujka Stalina” nie ma co liczyć. Wykrwawienie polskich
oddziałów było mu po prostu na rękę. Walka z punktu widzenia wojskowego i z
punktu widzenia politycznego stała się całkowicie bezzasadna. Stała się
irracjonalna.
Na jedyną rozsądną decyzję
potrafił się zdobyć – niesłusznie nieco zapomniany dziś – płk Antoni Żurowski,
dowodzący walkami na Pradze. W szóstym dniu powstania, w sytuacji braku broni,
amunicji, widząc niepotrzebne cierpienie ludności cywilnej, podpisał akt
kapitulacji. I dzięki temu zaoszczędził życie tysiącom ludzi i uchronił Pragę
od wielkich zniszczeń.
Zamiast iść w ślady praskiego dowództwa
i skończyć niepotrzebną rzeź cywilów, 12 VIII 1944 r. gen. Bór-Komorowski
podpisuje rozkaz przyjścia stolicy z pomocą, skierowany do oddziałów spoza
Warszawy. Wydał tym samym wyrok na żołnierzy. Ani jeden oddział AK nie dotarł
do stolicy, za to doprowadził tysiące ludzi do dekonspiracji przed NKWD.
Ponad 200 000 ofiar w ciągu 63
dni. Więcej niż we wszystkich polskich powstaniach od 1794 do 1863 r. Więcej
niż ofiar bomby atomowej, zrzuconej na Hiroszimę. Dziennie więcej niż ofiar
ataku na World Trade Center…
Świętowanie klęski
Od kilkunastu lat mamy w naszym
kraju do czynienia ze swoistym, arefleksyjnym kultem powstania warszawskiego.
Co gorsza, kultem zinstytucjonalizowanym. Miejsce należnej zadumy i głębokiej
refleksji, także – a może przede wszystkim – politycznej, zastępuje
emocjonalno-sentymentalna propaganda. Wśród haseł – „oceny zostawmy historykom”
– królują komercyjne wykwity tandetnej kultury masowej w postaci „powstańczych
gadżetów”. Czasem można odnieść wrażenie, że te wszystkie koszulki, kubki,
breloczki, przypinki, sprzedawane w akompaniamencie hip-hopowych melorecytacji,
nie stanowią tylko mass-kulturowego dopełnienia każdej rocznicy, ale z
łatwością stają się tanim substytutem poważanej debaty. Swoją drogą, warto
zadać pytanie, czy rocznice naszych narodowych klęsk powinniśmy świętować tak hucznie
i uroczyście, czy raczej cicho i refleksyjnie?
Nikt nie odmawia powstańcom
bohaterstwa. Jest to sprawa oczywista. Nie chodzi jednakże o ocenę skali
poświęcenia powstańców, lecz o ocenę decyzji politycznej, jaką podjęli politycy
i dowódcy AK. Każdy naród ma nie tylko prawo, ale i obowiązek wyciągać wnioski
z nietrafionych decyzji i poniesionych klęsk. Prawo to jednak w sposób rażący
jest naruszane we współczesnej Polsce. Mamy oto bowiem do czynienia z sytuacją,
kiedy część środowisk politycznych i intelektualnych chce nie tylko zawłaszczyć
sobie pamięć o tamtych wydarzeniach, ale także narzucić „moralny” kaganiec
myślącym inaczej. Każdemu, kto próbuje w przestrzeni publicznej rozpocząć
debatę nt. politycznego sensu tej insurekcji, natychmiast zarzuca się, iż
„godzi w pamięć o powstaniu”, czy wręcz „podważa sens heroicznego zrywu”.
Warto pamiętać, że wśród krytyków
decyzji politycznej, jaka legła u genezy powstania, byli i są sami uczestnicy
tamtych walk. By wymienić tylko Jana Ciechanowskiego, Janusza Kazimierza
Zawodnego, czy Jana Kurdwanowskiego, walczących piórem o sprawiedliwą ocenę
tamtych wydarzeń. Jak się ma próba kneblowania ust przeciwnikom powstania, przy
pomocy argumentu o „powtarzaniu propagandy PRL-u”, wobec twórczości takich
postaci jak Władysław Pobóg-Malinowski, Jerzy Łojek, czy Paweł Wieczorkiewicz?
W stronę mitu
Osobna sprawa to próba tworzenia
przez niektóre kręgi intelektualne obrazu „powstania zwycięskiego”. „I to nie
tylko moralnie, ale materialnie i politycznie” – jak napisał jeden z czołowych
mitotwórców tej insurekcji. Zabieg to niebezpieczny, uciekający od świata
realnego, w miejsce faktów stawiający symulakry. Pokrętna filozoficzna
argumentacja, odwoływanie się do zbiorowych emocji, granie na narodowych
nastrojach stopniowo zaciera granicę między światem rzeczywistym, a jego
przedstawieniami. Wyobrażenie i mit stają się bytem realnym. W tym momencie
bezzasadna staje się jakakolwiek rzetelna debata. Mitologizacja zbiorowej pamięci,
jaka dokonuje się na naszych oczach, zastępuje potrzebę narodowej refleksji nad
własną przeszłością, która jest niezbędna dla podejmowania właściwych decyzji w
przyszłości. Mit staje się blokadą nie tylko w odniesieniu do przyszłości, ale
i przestaje pozwalać na czerpania z bogactwa przeszłości. A przecież chodzi o
to, aby „zakończonej tradycji dać
ostatnie słowo i zachować klucze do spalonych domów”, parafrazującReinholda Schneidera.
Na koniec trudno także nie
poruszyć kwestii swoistego dyktatu ortograficznego, jaki rozprzestrzenił się w
większości mediów. Nazwa insurekcji warszawskiej musi być pisana obowiązkowo majuskułą.
Koniec kropka. Inaczej to „obraza pamięci”. A przecież zasady języka polskiego
są w tej sprawie jasne. Nazwy powstań piszemy z małej litery. W wyjątkowych
sytuacjach, chcąc nadać formie pisanej szczególny patos, można je pisać literą
wielką. Patos staje się wszechobecny…
Sens dyskusji
Dyskusja o sensie powstania
warszawskiego jest potrzebna. Dyskusja rzetelna. Odrzucająca łatwy sentymentalizm
i fałszywy ultramoralizm. Tylko taka postawa, która dąży do rzetelnej oceny powstania,
w tym sensu jego wybuchu, może stać się prawdziwym kluczem do prowadzenia
polityki realnej. W przeciwnym razie dostaniemy do ręki co najwyżej wytrych i
nie do polityki realnej, a co najwyżej polityki życzeniowej.
Leszek Sykulski
Tekst
pochodzi ze strony http://politykarealna.wordpress.com/
Autor
jest prezesem Instytutu Geopolityki w Częstochowie (www.geopolityka.org.pl)
a. me.