Wywiad konserwatyzm.pl z ppłk dr Edwardem Kotowskim – funkcjonariuszem SB, rezydentem polskiego wywiadu w Watykanie, doradcą gen. Wojciecha Jaruzelskiego (cz. I)

8 maja 2014 | Formacyjne Wywiady Historia

Pan się zdziwi moją odpowiedzią, ale ja kontrolowałem sytuację na moim odcinku i ją zmieniałem. Nie machałem flagami na ulicy i nie stawiałem barykad, bo miałem coś ważniejszego do wykonania i robiłem to samotnie.

Jak mam się do Pana zwracać? Jaką formę Pan woli: Panie Doktorze czy Panie Podpułkowniku?

Jeśli to istotne i konieczne, to proszę do mnie zwracać się w tej pierwszej formule. Jakoś nigdy nie przepadałem za stopniami wojskowymi i za służbą w formacjach o charakterze militarnym, czy paramilitarnym. Jestem bowiem z natury pacyfistą. W dodatku z niezrealizowanymi w pełni aspiracjami naukowymi. A więc formuła „panie doktorze” bardziej mi odpowiada, tym bardziej, że rozmawiam również z panem doktorem i gratuluję zdobycia tego stopnia naukowego w tak młodym wieku. Ja byłem nieco starszy, gdy obroniłem doktorat, bo miałem lat 33. A więc byłem, jak na tamte czasy, młodym doktorem nauk humanistycznych, promowanym na Wydziale Filozoficzno- Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Był to rok 1974.

Trafił Pan do Służby Bezpieczeństwa, bo w wyniku „afery freskowej” w Lidzbarku Warmińskim otrzymał Pan zakaz zatrudnienia na terenie całego województwa. Czy może Pan przybliżyć naszym Czytelnikom okoliczności tej „afery”, która zaważyła na dalszym Pana życiu?

Jak wiadomo z licznych publikacji mass-medialnych z lat 1969-1971, jako doktorant piszący pracę doktorską o tytule „Malarstwo na Warmii w XVIII wieku”, pewnego zimowego popołudnia, w lutym 1969 roku, odwiedziłem Bibliotekę Pedagogiczną w Lidzbarku Warmińskim, aby wypożyczyć sprowadzone mi publikacje naukowe z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

Biblioteka mieściła się w XVIII-wiecznym pałacyku biskupa warmińskiego Ignacego Krasickiego, który w jego czasach pełnił funkcję oranżerii, usytuowanej w obrębie parku biskupiego. Biblioteka była przygotowywana do remontu, który miał się rozpocząć następnego dnia, a ja byłem świeżo po lekturze listów Ignacego Krasickiego do swojego przyjaciela Kajetana Ghiottiego, który pełnił funkcję  sekretarza króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W jednym z listów prosił o wyjednanie u króla, aby się zgodził na przyjazd  Szymona Mańkowskiego, jednego z malarzy nadwornych, celem zrealizowania zamówienia artystycznego biskupa i ozdobienia dekoracjami malarskimi kilku pomieszczeń. Będąc pod wrażeniem tej lektury zapytałem kierownika biblioteki o zakres remontu i czy ktokolwiek przeprowadził badania ścian pałacyku na ewentualną obecność polichromii pod warstwami współczesnej nam pobiały. Stwierdził, że remont odbywa się za zgodą Wojewódzkiego  Konserwatora  Zabytków w Olsztynie i nikt nie wie o jakichkolwiek zabytkowych polichromiach oranżeryjnych. Coś jednak mnie podpowiadało, że jednak muszą tu być jakieś  malowidła ścienne. Niektórzy moi znajomi żartują, że to podpowiadał mi sam duch biskupa, znanego bajkopisarza i fraszkopisarza, wielką postać polskiej literatury. Zacząłem więc ostrożnie opukiwać odstający tynk i po jego odpadnięciu na niewielkiej powierzchni ujrzałem fragment pięknego malowidła. Wiedziałem, że jestem na tropie ważnego odkrycia naukowego. Następnego dnia kontynuowałem już odsłanianie na większą skalę,  z użyciem odpowiednich narzędzi i w oparciu o swoją wiedzę i praktykę w tym zakresie, bo pomagałem studentom UMK z Torunia w konserwacji malowideł gotyckich w krużgankach lidzbarskiego Zamku, gdzie pełniłem funkcję kierownika Muzeum.

Rzecz jasna zaraz potem zawiadomiłem o odkryciu Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Zaraz wtedy zrozumiałem, że nie czekają mnie pochwały, ale nękania  bo jednocześnie  odkryłem, że osoba sprawująca tę funkcję, 7 lat wcześniej wydając pozwolenie na generalny remont, bez przeprowadzenia odpowiednich badań naukowych, doprowadziła do skucia niemal 95% tynków z zabytkowymi malowidłami, co dzisiaj już dokładnie wiadomo, bo trwają prace renowacyjne tego obiektu. Automatycznie stałem się jego wrogiem osobistym, bo mass media, tak lokalne, jak i centralne mocno nagłośniły nie tylko samo odkrycie, ale i te zniszczenia. Powiem szczerze, że sam wiele zrobiłem, aby to zainteresowanie  mass-medialne utrzymywało się jak najdłużej, bo to dawało szansę na to, że sprawa nie zostanie wyciszona ze szkodą dla zabytku.

Niedawno dowiedziałem się, że byłem pierwszym mieszkańcem Lidzbarka Warmińskiego, który wystąpił w TVP w programie pierwszym, co było nie małą sensacją. Rozgłos i popularność mi jednak nie pomogła. Zaczęto mnie uciszać  różnymi sposobami, bo w opinii władz wojewódzkich działałem na szkodę regionu, ponieważ przy okazji odkrycia fragmentu malowideł ukazały się też uszkodzenia z owego sławetnego remontu. Pamiętam, że sekretarz propagandy KW PZPR w Olsztynie, Michał Atłas, w czasie naszego okazjonalnego spotkania to mnie straszył, to wizjami szybkiej kariery muzealnej zachęcał do zaprzestania kontaktów z mass-mediami.

Miałem wtedy 28 lat i sporą popularność w województwie z uwagi na moje dokonania muzealne i kulturalne. Wystarczy zajrzeć do tamtejszej prasy i zobaczyć, że nie rzucam słów na wiatr. Wytworzyłem wokół siebie środowisko młodej inteligencji zainteresowanej wyższą formą życia kulturalnego powiązanego z oddziaływaniem obiektu muzealnego, którym kierowałem. O moim odkryciu pisał m.in. Andrzej Brycht, znany literat, z którym zaprzyjaźniłem się i który był moim częstym gościem zamkowym.

Świetny artykuł śledczy w sprawie fresków napisała później bardzo szeroko znana dziennikarka Ewa Nowakowska. Najpierw pracowała w „Kierunkach” a potem wiele lat w „Polityce” i w TVP. Na podstawie jej artykułu mogliby i dzisiaj uczyć się adepci sztuki dziennikarskiej. Gdy pisała ten artykuł miała zaledwie 25 lat, a stał się on potem początkiem jej wielkiej kariery. I tutaj duch biskupa I. Krasickiego zadziałał. Dysponuję obszerną dokumentacją prasową z tamtego czasu, częściowo ją opublikowałem na Facebook-u.

Moje odkrycie zostało wysoko ocenione przez profesora Stanisława Lorentza, znanego historyka sztuki i dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie. Mam jeden list od niego, w którym wyraża ubolewanie z powodu wypaczeń i złej polityki kulturalnej władz olsztyńskich. To stanowisko zajął w obliczu ataku na mnie olsztyńskich władz partyjnych i administracyjnych. To zwalczanie  mojej osoby nabrało tak wielkiego rozmiaru, że wysłano list do władz uniwersytetu poznańskiego, aby przeszkodzić mi w kontynuowaniu doktoratu. Mój promotor jednak i inni profesorowie (historycy sztuki) mieli jednak odmienne zdanie i uchronili mnie przed tym. Tak więc mogę odpowiedzialnie stwierdzić, że decyzja o zatrudnieniu się w spec. służbach, w sensie moralnym,  została wymuszona na mnie. Nie miałem żadnej innej możliwości zatrudnienia, a małe dzieci jeść chciały. Byłem kompletnie osamotniony.

Prof. Zbigniew Mikołejko, w swoich wspomnieniach, które może Pan zna, napisał wprost, że zostałem „zmiażdżony”[1].Gdybym nie miał rodziny, to pewnie płonąłbym na dziedzińcu lidzbarskiego Zamku, bo ten zamiar już mocno funkcjonował w moim mózgu. Teraz wszyscy są mądrzy, ale wtedy nie było żadnej opozycji zorganizowanej, a Lech Wałęsa obiecał świeżo Edwarodwi Gierkowi, że „pomoże!”. Jedna dziennikarka (Ewa Butrym-Nowakowska) i jeden literat (Andrzej Brycht) ujęli się za mną („Kierunki” – pismo PAX-u) i jeden uczony (prof. Stanisław Lorentz – dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie). Reszta, przyłączyła się do nagonki, w tym i przyjaciele – muzealnicy.

Tak to było wtedy! Nie było silnych na prowincji, bo cała władza była w rękach kacyków partyjnych. Gdy dano szansę mi żyć biologicznie, to przycichłem, ale tego, co zrobiono ze mną nie zapomniałem do tej pory i pamiętałem cały czas. To zdecydowało też i o tym, że cały czas, w pojedynkę, bo znałem możliwości kontroli mojej osoby, jednak coś robiłem, co można było, aby system zmienić. Znajdzie Pan pewne przykłady w moich „Wspomnieniach....”, a jeden z nich bardzo niebezpieczny. Podjęty tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Jeśli jedyny żyjący jeszcze świadek nie „straci pamięci” to znajdzie to potwierdzenie przed  sądem.

Pan się zdziwi moją odpowiedzią, ale ja kontrolowałem sytuację na moim odcinku i ją zmieniałem. Nie machałem flagami na ulicy i nie stawiałem barykad, bo miałem coś ważniejszego do wykonania i robiłem to samotnie. Realizowałem coś, co zrodziło się z pragnienia zemsty, to przyznaję, ale potem było już wynikiem pragnienia zmian. Mój ojciec, a nie dziadek, jak napisał Cezary Gmyz, był jeńcem wojennym w Kozielsku II. Wiem, co przeszedł, ale ja nie winię za to wszystkich Rosjan i z nimi też potrafiłem nawiązać pożyteczne inicjatywy na rzecz Polski i nie tylko („otwarcie katyńskie”).

Aby zrobić to, co zrobiłem musiałem być najlepszym z najlepszych i wyrobić sobie pozycję szarej eminencji w otoczeniu gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Nie cenił on mnie bezpodstawnie, ale nie wiedział, że jest przedmiotem mojej inspiracji w zakresie polityki i praktyki wyznaniowej państwa. Pośrednio, z lektury książki Pawła Kowala to wynika. Z innej jego pozycji też – zamieszczonej w „Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym”. Nie o wszystkim jeszcze można pisać i mówić. Ujawniam pewne sprawy stopniowo, w miarę, jak czas zabiera spośród żywych najbardziej zaciekłych, ale też wiem, że to trzeba powiedzieć kiedyś, bo lada moment zabierze i mnie. Nauczyłem się żyć i działać podwójnie, dwutorowo i dlatego mi się wiele rzeczy udało.

Jedno mnie zastanawia – jak to się stało, że osoba, która otrzymała zakaz zatrudnienia i była znana niemal w całej Polsce z racji „afery” nagle została zatrudniona w Milicji Obywatelskiej?

Ja sam nie wiem dlaczego mnie zatrudniono? Może było zapotrzebowanie na kadry z wyższym wykształceniem? Może ktoś miał wobec mnie jakieś długofalowe plany? A może zwyczajnie uznano, że zatrudnienie mnie w resorcie, gdzie obowiązują określone regulaminowe rygory, doprowadzi do wycieszenia medialnego „afery freskowej”? To ostatnie uznaję za najbardziej prawdopodobne.

Proszę zważyć, że moja sytuacja w resorcie spraw wewnętrznych była wyjątkowo nietypowa. Służbę rozpocząłem 16 maja 1971 r., a zakończyłem 20 marca 1990 r. .Ściślej, w instytucjach sensu stricte resortowych pracowałem bardzo krótko, bo zaledwie od 16 maja 1971 r. do wiosny 1977 r. Potem pracowałem już tylko „na zewnątrz”. Od wiosny 1977 r. do jesieni 1978 r. byłem szkolony wywiadowczo w trybie indywidualnym, a więc wyjątkowo elitarnym. Od jesieni 1978 r. do końca lipca 1979 r. pracowałem już w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i prowadziłem tam tylko sprawy watykańskie. Z dniem 1 sierpnia 1979 r. wyjechałem do Rzymu i pracowałem w Zespole Do Spraw Stałych Roboczych Kontaktów Między Rządem PRL i Stolicą Apostolską. W tym przez rok czasu (1981-1982) kierowałem tym Zespołem. Z Rzymu wróciłem w połowie października 1983 r. i przez kilka miesięcy byłem urlopowany, praktycznie do połowy lutego 1984 r., od kiedy podjąłem pracę w Urzędzie Do Spraw Wyznań. A więc od wiosny 1977 r. byłem praktycznie poza „zasięgiem” sztywnego kierowania mną przez struktury MSW, co doprowadziło do tego, że osiągnąłem, w wyniku zbiegu różnych okoliczności dużą niezależność od tych struktur, a więc stałem się rodzajem „wolnego elektronu”. Inni ludzie w takich okolicznościach za bardzo nie wiedzą, co robić. Ja, w tym przypadku nie miałem tego problemu z racji mojego charakteru i podjąłem określone działania pro publico bono z wiadomym skutkiem. Tym bardziej, że moja pozycja zawodowa, także w Urzędzie Do Spraw Wyznań była wysoka, podobnie jak i pozycja doradcy gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Tak było aż do końca mojej pracy na odcinku praktyki i polityki wyznaniowej państwa. Summa summarum, sztywne kierowanie mną to zaledwie 6 lat, a 12 to „wolny elektron”.

Czy zgadza się Pan Doktor z opinią Pawła Kowala, wyrażoną w jego książce „Koniec systemu władzy”, że był Pan „najbardziej tajemniczym człowiekiem epoki”? Czy kiedykolwiek czuł się Pan właśnie w taki sposób?

Skoro ten wybitny badacz, badając liczne wytworzone przeze mnie dokumenty to stwierdził, to uznaję, że musiał mieć jakieś do tego powody. Osobiście uważam, że wynika to też z tego, że odgrywając istotną rolę w kreowaniu nowej praktyki i polityki wyznaniowej państwa działałem w półcieniu, a nawet w cieniu. Nie eksponowałem mojej osoby ponad niezbędne minimum.

Odgrywałem też pewną nieformalną rolę w koordynacji polityki wyznaniowej państw ówczesnego bloku socjalistycznego, na co Paweł Kowal znalazł dowody. Sprawa ta dotyczyła też ogólnoblokowych relacji z Watykanem. We „Wspomnieniach...” mojego autorstwa  znajdzie Pan informacje o mojej misji do Moskwy (czasy Michaiła Gorbaczowa), z polecenia gen. Wojciecha Jaruzelskiego, której celem  było zasugerowanie władzom tego kraju zmianę dotychczasowego podejścia do Kościoła i Stolicy Apostolskiej. Mój przyjazd do Moskwy pilotowała ambasada PRL w Moskwie, a towarzyszyli mi Adam Szymczyk (z MSZ) i Andrzej Habrajski (z Wydziału Społeczno-Prawnego KC PZPR). Te osoby jeszcze żyją i jeśli z jakichś względów nie „utraciły” z pamięci tego faktu, to ten fakt pewnie potwierdzą. Nie jestem megalomanem, ale i pewnie pod wpływem moich rozmów moskiewskich pewne treści znalazły jakieś echo i w „pierestrojce” Gorbaczowa. Można sądzić,  że to wystarczyło, aby mi przypisać atrybut „najbardziej tajemniczej postaci epoki”. Czy się czułem „najbardziej tajemniczą postacią epoki?”. Odpowiem, że nie i także, że teraz mi ten osąd  nie przeszkadza. Ważne, że coś mogłem zrobić pro publico bono, tak w skali polskiej i nieco szerzej. I to zostało. Wystarczy spojrzeć jak sie zmieniły relacje z Watykanem w końcu lat 80. ubiegłego wieku. I w tym miejscu pytanie: „Czy da się wytłumaczyć twierdzenie niektórych »badaczy«, że generalnym celem, tak wywiadu PRL, jak i innych służb specjalnych, w latach 1986-1989, było zniszczenie Kościoła w Polsce, jak i Stolicy Apostolskiej, skoro 11 kwietnia 1989 roku, papież Jan Paweł II, wystosował list do Konferencji Episkopatu Polski, o tym, że nadszedł czas na przyjęcie wypracowanej w duchu szczerego dialogu i wzajemnego porozumienia Ustawy o stosunku państwa do Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Polsce, oraz o wznowieniu stosunków dyplomatycznych między PRL i Stolicą Apostolską, co nastąpiło – odpowiednio – w dniu 17 maja i 17 lipca 1989 r.?”.

Co przesądziło o tym, że osoba, taka jak Pan Doktor, wywodząca się z religijnej podlaskiej rodziny, znalazła się w departamencie MSW zajmującym się walką z Kościołem. Jak Pan godził pracę w Służbie Bezpieczeństwa  z wiarą (chyba, że odszedł Pan od katolicyzmu jeszcze przed podjęciem pracy w SB)?

 „Łaskę wiary” straciłem wiele lat wcześniej przed podjęciem pracy w MSW, ale szanowałem przekonania ludzi wierzących, wierzących w ten lub inny sposób. Tolerancja to nieodłączny atrybut mojej osobowości. Co do pojęcia „walka z Kościołem”, to uważam, że stosowanie tego określenia w odniesieniu do lat 70. i 80. nie jest adekwatne. W tym czasie było to raczej moderowanie działalności pozaduszpasterskiej bardzo niewielkiej części przedstawicieli duchowieństwa (dotyczy kilkudziesięciu kapłanów, w tym kilku biskupów), zaangażowanych w działalność opozycyjną. Z tym wyjątkiem, Kościół jako całość, innymi metodami wpływał na rozwój sytuacji społeczno-politycznej w Polsce i z tą częścią nie było walki, ale kontynuowano dialog w różnej postaci. W tym i operacyjnej.  Pojęcie „walki z Kościołem” można stosować do okresów wcześniejszych: stalinowskiego i gomułkowskiego. Warto o tym pamiętać.

Z pewnych oczywistych względów nie może Pan Doktor tego ujawnić, ale czy o Pana błyskotliwej karierze nie przesądziło wartościowe pozyskania duchownych jako tajnych współpracowników?

 Nie nazwałbym tego jakąś błyskotliwą karierą. Pewnie dostrzegano jakieś moje zalety i próbowano je jakoś spożytkować w działaniach resortu. Pewnie też dobrze oceniano nawiązywanie przeze mnie kontaktów operacyjnych i ich prowadzenie. A pewnie zadecydowało o tym i wiele innych przypadkowych przyczyn. Któż to wie dokładnie?  

Czy doktorat z historii sztuki, który obronił Pan w 1974 roku był „odskocznią” od Pana pracy zawodowej? Czy praca w służbach specjalnych w jakiś sposób ułatwiała czy też raczej utrudniała Panu pracę nad rozprawą doktorską?

W momencie gdy rozpocząłem pracę w służbach specjalnych miałem już zgromadzone wszelkie materiały do jej napisania. Trzeba było tylko ją zredagować. Przełożeni ułatwiali mi ten proces odciążając od bieżących zadań i udzielając koniecznych urlopów naukowych.  

Twierdzi Pan Doktor, że w swojej pracy przy pozyskiwaniu informatorów nie posługiwał się Pan takimi metodami jak wynajdywanie informacjami „kto z kim spał, kto pije, kto nie, kto ma jakie preferencje seksualne, kto kradnie”. Wobec tego w jaki sposób nakłaniał Pan do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa?

Odpowiem krótko: przyjazną, miłą i kulturalną rozmową oraz życzliwością i wykazywaną kompetencją.  Radzę to stosować i we wszelkich innych sytuacjach.

Na podstawie własnego doświadczenia zawodowego, jak Pan Doktor może ocenić postawę duchowieństwa wobec Służby Bezpieczeństwa? Czy pozyskanie tajnych współpracowników z tego grona należało do łatwych czy też trudnych zadań?

Mogę odpowiedzialnie stwierdzić, że w opinii oficerów operacyjnych nie był to zbyt trudny problem. Tam, gdzie pojawiały się nadmierne  trudności i wątpliwości, a nie były to zjawiska częste, rezygnowano z dialogu operacyjnego z daną osobą, bo można go było prowadzić z inną z podobnymi możliwościami uzyskiwania informacji. Moje własne doświadczenia to potwierdzają.

W ramach swojej pracy w MSW prowadził Pan Doktor sprawę „ZNICZ”. Czy mógłby Pan przybliżyć Czytelnikom na czym ona polegała i czy w jej ramach pozyskał Pan specjalne źródła informacyjne?

Potwierdzam, że w ramach moich obowiązków w MSW  prowadziłem tzw. obiektową sprawę kontrolną o kryptonimie „ZNICZ” w odniesieniu do Katolickiego Uniwersytetu Ludowego. Oznaczało to w praktyce kontrolowanie i ogólny nadzór działalności operacyjnej na tym odcinku prowadzonej przez Wydział IV Służby Bezpieczeństwa w Lublinie. Rzecz jasna, temu celowi służyło też osobiste prowadzenie pewnych źródeł informacyjnych, także tych pozyskanych przeze mnie, ale nie ujawniam szczegółów, bo lustratorem nie jestem. Z natury rzeczy mój wgląd w sytuację na KUL-u nie mógł być zbyt szczegółowy. Teczka obiektowej sprawy kontrolnej o kryptonimie „ZNICZ” najpewniej nie zachowała się, a w moich czasach zawierała naprawdę niewiele materiałów i to o charakterze ogólnym. W tym czasie na ten problem nie poświęcałem wiele czasu z uwagi na to, że od 1975 r. intensywnie przygotowywałem się do mojej misji watykańskiej. W Departamencie IV pracowałem, w zasadzie, w latach 1973-1977, z tym, że nie była ona zbyt intensywna z uwagi na przygotowywanie się do zadania głównego, jakim była ta misja, a także inne, bardziej priorytetowe, moje zadania. Gdyby więc chodziło o jakieś bardziej szczegółowe informacje na temat KUL-u, w aspekcie działań operacyjnych, to musiałby Pan jednak sięgnąć do materiałów wytworzonych przez Wydział IV SB w Lublinie.

Ostatnio, za sprawą książki Dariusza Rosiaka, głośno stało się o KUL-u w okresie PRL-u. Jak Pan Doktor ocenia reakcję części środowiska tzw. lubelskiej szkoły filozoficznej na książkę „Wielka odmowa”?

Środowisko KUL-u ma prawo sądzić, że istnieje za mało podstaw, aby przypisać o. Mieczysławowi Albertowi Krąpcu świadomą współpracę z Służbą Bezpieczeństwa. W tej sytuacji autor książki, w pewnym sensie może być ofiarą oceniania  informacji  osoby TW „Józefa” w kontekście braku dostępu do najważniejszych materiałów, tj., teczki personalnej i teczki pracy (nie zachowały się). Te informacje gen. Konrad Straszewski mógł od niego wyciągać na przykład pod przykrywką urzędnika Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i pod „lewym” nazwiskiem. Mam pewną wiedzę na ten temat, ale jej nie mogę ujawnić. Ostrzegałem Dariusza Rosiaka dość wyraźnie, ale on postępował zgodnie z regułami-schematami interpretacji owych dokumentów wypracowanymi przez lustratorów i przez pracowników IPN. Patrząc z tej perspektywy dostosował się do tej praktyki, aczkolwiek, co trzeba podkreślić, zaznaczył wyraźnie swój dystans do  kwestii, czy o. Krąpiec był, czy nie był tajnym współpracownikiem. Wiadomo, że od reguły są wyjątki, i to była sytuacja wyjątkowa, z uwagi na format osoby o. Krąpca i gen. Konrada Straszewskiego. Ten ostatni, na pewno, znając jego kulturę osobistą i wrażliwość, oraz ocenę, że ujawnienie się, gdzie faktycznie pracuje, nigdy z o. Krąpcem nie prowadziłby dialogu z pozycji MSW, bowiem musiałby wyciągnąć wniosek, że o dialog operacyjny z tej pozycji byłoby bardzo trudno. Nic dziwnego, że nie przekazał go nikomu na kontakt i mimo, że pracował już na zupełnie innym odcinku resortu, spotykał się z  rektorem KUL-u. To jest fakt bardzo istotny w wyciąganiu wniosków. Mało który pracownik Departamentu działał pod swoim prawdziwym nazwiskiem i w imieniu rzeczywistej instytucji. Ja także, chociaż w dokumentach, jakie zachowały się w IPN , tego nie widać.

Czy można uznać, że KUL pełnił rolę pewnego rodzaju „wentylu bezpieczeństwa” dla władz lub stwierdzić, że pozwalano na niezależność KUL-u z tej racji, iż sytuacja na uczelni była w pełni kontrolowana przez władze i SB?

Chciałbym na początku stwierdzić, że władze zdawały sobie doskonale sprawę z tego, że KUL, jako uczelnia przygotowująca kadry dla Kościoła musi istnieć i jej zwalczanie nie ma sensu. Chodziło jedynie o to, aby jej kadra i studenci nie angażowali sie w otwarte zwalczanie systemu. Jeśli taka działalność nie przekraczała umownych granic uczelnia mogła liczyć na swobodny rozwój naukowy i organizacyjny. I to znakomicie odczytał o. Krąpiec. To przecież za jego kadencji rektorskich KUL osiągnął gigantyczny rozwój. Wystarczy przytoczyć tylko jeden wskaźnik. Liczba studentów wzrosła 10-krotnie (z 1500 do 15 000)! Stało się to dzięki temu dobremu klimatowi wzajemnych relacji władz z kierownictwem uczelni.

Spotkania oficjalne władz z kierownictwem KUL-u odbywały się  na trzech szczeblach: w sprawach zezwoleń itp. (sprawy bieżące) to spotkania z dyrektorem i pracownikami wydziału ds. wyznań urzędów wojewódzkich; w sprawach bardziej ogólnych i perspektywicznych z wojewodą lub jego ówczesnym odpowiednikiem, a także i z sekretarzami komitetu wojewódzkiego PZPR; w sprawach nominacji naukowych i poszerzania struktur naukowych uczelni z kierownictwem (szeroko) pojętym Urzędu ds. Wyznań oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W innych kwestiach, wymagających decyzji innych resortów, z kierownictwem tych resortów. Na ogół inicjatywa tych rozmów wychodziła od kierownictwa KUL-u, bo ono rozwiązywało swoje bieżące problemy na co dzień. Były też spotkania władz wojewódzkich z Wielkim Kanclerzem KUL-u, którym, jak wiadomo, zawsze był biskup ordynariusz lubelski. Po tych spotkaniach, ale nie zawsze, jakieś notatki spływały i do mnie. Dlatego teraz wiem, jaki był zakres tych kontaktów.

Jednak nie można stwierdzać, że sytuacja na KUL-u była w pełni kontrolowana agenturalnie, bo takich możliwości nie było i nie zachodziła taka potrzeba. Sama kadra naukowa wiedziała, gdzie są granice, których nie wypada przekraczać. Generalnie rzecz biorąc nie widziałbym tego problemu tylko poprzez optykę jakiejś długofalowej wizji strategicznej w odniesieniu do tej uczelni. Bardziej to była jakaś reakcja na bieżące problemy, jakie podnosiło jej kierownictwo. Nie interesowało władz to, co jakoś mieściło się w profilu naukowo-dydaktycznym KUL-u, a raczej to, co wykraczało poza ten zakres. W latach 70., gdy ja miałem wgląd w ten problem, tych przekroczeń było jednak mało. Nie pamiętam jakichś konkretnych i drastycznych zdarzeń w tym zakresie, co o czymś też świadczy.

I kilka uwag ogólniejszych. W stosunkach państwo-Kościół warto odnosić się do tego, co działo się w nich w latach 1986-1989, bo to też był jakiś wynik procesów, które wcześniej zachodziły i na KUL-u i miały odłożone w czasie swoje pozytywne konsekwencje dla tego dialogu. Co do lat wcześniejszych, a zwłaszcza tych stalinowskich, to chyba nikt nie ma wątpliwości o co chodziło i w żaden sposób, ja nie bronię ani metod, ani celów, ani rezultatów, jakie wynikły. Trzeba jednakże zauważyć, że od czasów epoki gierkowskiej, następowało stopniowe przewartościowywanie tego wszystkiego, gdyż nastąpiło uświadomienie, przez obie strony, że istnieje konieczność osiągnięcia jakiegoś modus vivendi, gdyż wzajemne wyniszczanie się nie służyło społeczeństwu.

Tak się złożyło, że wraz z rozpoczęciem tej epoki, na skutek szczególnego zbiegu okoliczności, miałem okazję z bliska zapoznawać się z tym procesem i brać w nim udział. Brak wzajemnego zaufania ten proces utrudniał. W tym przypadku spec. służby brały na siebie pewne zadania, aby klimat nieufności, poprzez te kontakty zmieniać, co nie było łatwe. Aby coś zmieniać trzeba to najpierw rozpoznać. To zawsze, w każdym państwie, jest rolą tych służb. Wiadomo, że z racji prowadzenia przez nie tajnych działań rodzi to wiele okazji do nadużyć i dlatego nie cieszą się one specjalną sympatią. Co prawda, w kraju, takim jakim jest Anglia,  było (a może i jest?) inaczej, ale to wynika z wielkomocarstwowych tradycji tego kraju, bo wiadomo było, że dla utrzymania imperium, coś takiego, jak współpraca ze spec. służbami było sprawą powszechnie zrozumiałą i honorową koniecznością. Na tej drodze (w PRL) były różne turbulencje, zawirowania i nadużycia, czego też nie kwestionuję. Jak można stwierdzić, nawet na podstawie najnowszych doświadczeń, w obecnej RP też nie brakuje przykładów, że te służby i obecnie nie są wolne od grzechów. Takie jest życie i trzeba to widzieć we właściwych proporcjach. „Inwigilacja” (wg mnie: rozpoznanie informacyjne) duchowieństwa miała służyć nie tylko politycznemu rozpoznawaniu środowiska, ale też i poszerzaniu kontaktów informacyjnych, co jest zasadą powszechną w spec. służbach. I będzie istnieć tak długo, jak będą istnieć państwa. Rzecz jasna będą się zmieniać cele i obiekty tego rozpoznania. To jest jeden z najstarszych zawodów świata i pewnie nie da się przewidzieć, kiedy stanie się on zbędny. Nie znam szczegółowo informacji uzyskiwanych od  rektora, ale chyba jest w nich wszystko, co możliwe, a co było przydatne na wówczas i na później; w tym lub innym celu. Myślę, że w historii spec. służb angielskich znalazłoby się wiele najsłynniejszych nazwisk jako tajnych współpracowników, ale w trosce o dobro tych służb nikt tego nie ujawnia, co zdarzyło się u nas na masową skalę i co szkodzi i będzie szkodzić obecnym naszym służbom przez całe dziesięciolecia.

Pewnie i o. Krąpiec tego nie spodziewał się, że coś takiego wydarzy się u nas. W innym przypadku, jako inteligentny człowiek, na pewno nie podjąłby kontaktów z przedstawicielem tamtejszych władz, niezależnie od tego, co one miałyby znaczyć wprost lub pośrednio. Pewnie obecny nasz wywiad i spec. służby krajowe, których namnożyło się, co nie miara, mają wielkie problemy z pozyskiwaniem źródeł. Dzisiaj o. Krąpiec, gdyby żył, widząc co się dzieje, a miałby takową propozycję ze strony tych służb, na pewno odwróciłby się do nich plecami. Gdyby nie było tego ujawniania, to o. Krąpiec nadal byłby autorytetem dla wielu pokoleń. Jaka racja przemawia za tym, aby to wszystko odsłaniać? Na tak postawione pytanie słyszy się na ogół odpowiedź: „W imię prawdy historycznej”. Tę prawdę mogłyby ogłosić, jeśli byłoby warto, pokolenia bardziej odległe in futuro. Teraz to przynosi ewidentne szkody. I to we wszechstronnym wymiarze.

Skoro w wyniku (także) pracy operacyjnej spec. służb PRL doszło do wiarygodnego rozpoznania intencji Kościoła i Stolicy Apostolskiej w kwestii normalizacji tych stosunków w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym i na tej podstawie kierownictwo ówczesnego państwa podjęło decyzję o ich normalizacji, to te służby, poprzez swe działania do tego się przyczyniły z całą pewnością. Czy można  wyobrazić, że byłby możliwy inny rozwój sytuacji, gdyby te służby dostarczyły informacji diametralnie odmiennych? Zwłaszcza w tamtym systemie. Przecież ta normalizacja nie spadła niespodzianie z nieba ani jej nie wymusiły demonstracje na ulicach. Wiem, co mówię, bo pracowałem nad tym przez wiele lat. Dodam więcej, ta normalizacja była pomyślana jako dźwignia przemian ustrojowych, co wtedy dla władz było już oczywistą koniecznością, do czego impuls dała „pierestrojka” Michaiła Gorbaczowa. A przecież mogło być zupełnie inaczej i dojść do przelewu krwi na wielką skalę. Może i w tym aspekcie należy widzieć pozytywny wpływ na to tych wszystkich informatorów, których dzisiaj stawia się pod pręgierzem? Kto wie, czy kiedyś w takiej sytuacji nie postawi się jeszcze ówczesnych nauczycieli, piekarzy, hydraulików i ludzi innych zawodów, których praca też służyła systemowi, a w końcu i orędowników takiego rozwiązania, jeśli cokolwiek wtedy robili? Ale to rodzi też pewne precedensy obusieczne, bo za jakiś czas wraz ze zmianą ekip rządzących przyjdzie chęć na rozprawy tego samego typu z obecnymi spec. służbami. Funkcjonariusze już to czują i profilaktycznie odchodzą na emerytury. Z natury mają niezły węch i wyczuwają niebezpieczeństwo. Czy to nie jest odroczony w czasie skutek rozprawy z funkcjonariuszami spec. służb tamtego systemu? Na ogół, jak wiadomo, chociażby z historii Francji, w razie radykalnej zmiany rządzących zmieniano jedynie szefów tych służb. To wystarczyło, aby funkcjonariusze dalej wykonywali swoje zadania na rzecz „nowych panów”. To jest oczywista praktyka cywilizowanego świata. U nas musiał być w użyciu ideologiczny sos. Widać to nasza odmienność. Czy rozumna? Co do sformułowania o „zabójstwach”, „pobiciach”, „torturowaniach” itp., to niech każdy odpowiada, za to co zrobił, zgodnie obowiązującym prawem. Tu nie ma obrony takich czynów! Ale rozciąganie tej odpowiedzialności, jako zbiorowej, na wszystkich funkcjonariuszy zaprzecza istocie demokratycznego państwa

Czy Pana Doktora zdaniem osoba, taka jak ojciec Krąpiec, która chciała cokolwiek znaczyć w PRL, była z góry zmuszona do utrzymywania kontaktów z SB?

Nie można przyjąć za prawdziwe twierdzenia, że każdy ktokolwiek chciał znaczyć w PRL, był niejako z góry zmuszony do utrzymywania kontaktów z SB. Kontakty te były dobrowolne i jak świadczą odpowiednie badania przymuszanie osób duchownych do współpracy, to przypadki niezmiernie rzadkie i to raczej w czasach stalinowskich, a nie w gierkowskich i następnych. Temu twierdzeniu nie można zaprzeczyć bowiem nawet i wszyscy lustratorzy, którzy badali akta to potwierdzają.  

Jak w Pana pamięci zapisał się gen. Konrad Straszewski – wiceminister MSW, dyrektor IV Departamentu MSW oraz twórca komórki „D”, która to zajmowała się zwalczaniem i dezintegracją Kościoła Rzymskokatolickiego?

Jak zapisał się w mojej pamięci gen. Konrad Straszewski? Gdy go poznałem osobiście, był  wicedyrektorem Departamentu IV MSW. Poznałem go latem 1973 r. i sprawił na mnie jak najlepsze wrażenie. To człowiek o wielkiej wiedzy i kulturze, sprawiający na rozmówcach wrażenie doskonałego dyplomaty. Żaden „kościołożerca”. Ci co tak myślą po półgodzinnej z nim rozmowie całkowicie zmieniliby zdanie o nim. Był dyrektorem tego departamentu już na pewno w roku 1978 (wysłał mnie w tymże roku do Kijowa), ale mógł być nim też i w 1977 r. W 1981 roku, podczas mojego urlopu w kraju, zaprosiłem jego i Fabiana Dmowskiego (dyrektora Departamentu I MSW) na  obiad do pewnej restauracji w Rynku Starego Miasta w Warszawie. Jak wiadomo, Fabian Dmowski mimo, że był  już wtedy dyrektorem Departamentu I MSW, to obaj panowie nie mieli okazji poznać się na gruncie prywatnym. Uzgodniłem, i z jednym i drugim, tę formułę spotkania. W czasie spotkania, w pewnym momencie, nota bene, obaj panowie pogrążyli się w dyskusji „logistycznej”, mającej związek, jak się później okazało, z wprowadzeniem stanu wojennego. Generalna wymowa tego wątku to: „Jesteśmy silni, zwarci i gotowi i opanujemy sytuację”.

W czasach, gdy Konrad kierował departamentem nie istniała Grupa D, ale Sekcja D. Jej działanie było przede wszystkim związane z wydawaniem i kolportowaniem Biuletynu (w formie powielaczowej) o nazwie „ANCORA” i być może, redagowanie anonimów w sprawach konfliktowych duchownych. Redagowaniem tego powielaczowego pisemka zajmowała się grupka autentycznych duchownych, a departament zapewniał jedynie wsparcie logistyczne. W tamtym czasie nie było na pewno akcji tego typu, jakie mogły być w okresie funkcjonowania Grupy D w okresie późniejszym. Nie wolno więc go obciążać, za takowe działania Grupy D, jeśli miały one miejsce później. Podczas naszych kontaktów po 1990 r. Konrad Straszewski bardzo ostro i krytycznie oceniał działania pracowników Departamentu IV MSW, zaangażowanych w zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. Powiedział mi, że gdyby kierował departamentem w tym czasie, to nic takiego nie mogłoby się zdarzyć. Oceniał ten czyn, jako coś idiotycznego i pozbawionego sensu. Rzeczywiście był znany z „ostrej ręki” i pewnie nie dopuściłby do tego typu rozprężenia, jakie w tamtym czasie tam było, a nad którym gen. Zenon Płatek chyba nie zapanował, a wykorzystywał to Adam Pietruszka, jego zastępca, nie tylko do umacniania swojej pozycji. Ktoś powie, że pod koniec lat 80., zdarzały się zabójstwa księży, odpowiem tylko, że ten kto to robił działał przeciwko porozumieniu państwa i Kościoła, które było w fazie finalnej, a w końcowym efekcie dążył do rozbicia dialogu władz z opozycją demokratyczną. To tyle tytułem doprecyzowania.

Czy może Pan Doktor przybliżyć okoliczności tego w jaki sposób powstała cała kampania pomówień bp Ignacego Tokarczuk, iż w czasie II wojny światowej pobierał od Niemców pieniądze?

W tej sprawie powiem tylko to, co wiem. A wiem tyle, że Departament IV uzyskał od źródła informacyjnego, które rodzinnie powiązane było z Tarnopolem i okolicami, informację, że w czasie okupacji niemieckiej na Ukrainie doszło do rozstrzelania kilkunastu partyzantów polskich i radzieckich i że jakiś ksiądz polski wydał Niemcom tych ludzi. Gen. Konrad Straszewski wydał mi polecenie, abym poleciał do Kijowa i tam, w różnych archiwach poszukał dokumentacji na ten temat. Najpierw były poszukiwania w Kijowie. Nic tu nie znaleziono poza informacją, że to zdarzenie mogło mieć miejsce w okolicach Tarnopola i tam poleciałem małym samolotem, a ten lot zakończył się tzw. miękkim lądowaniem w błocie, bo samolot zjechał z pasa w błotną ziemię. Tam nawiązałem kontakt z małżeństwem, które pracowało  na miejscowej uczelni wyższej w charakterze historyków archiwaliów. Udzieli mi wskazówek, jak należy przeszukiwać tarnopolskie zbiory, aby trafić na jakiś ślad. Przez dwa lub trzy dni przeglądałem posegregowane i ustawione na półkach dokumenty niezbyt wielkiego archiwum. Gdy już byłem znudzony swoją pracą, zobaczyłem, że pod kaflowym piecem leży spora kupka dokumentów leżących w bezładzie. Po kilku godzinach przeglądania tych akt znalazłem dokumentację dotyczącą śledztwa w sprawie tej masakry, jakie odbyło się tuż po wojnie. Między innymi były tam protokoły przesłuchań miejscowej ludności, w tym i polskiej. Zeznający szczegółowo opisywali przebieg zdarzenia i typowali winnych donosu. Padało ciągle to samo nazwisko, które odczytałem z oryginalnego dokumentu, ozdobionego pieczątką gestapo. Na dokumencie osoba o danych: „Ignacy Tokarczuk – Kuna” kwitowała odbiór pewnej sumy pieniędzy z tytułu współpracy. Pamiętam podpis tej osoby o tym brzmieniu wykonany pięknym równym pismem pochylonym lekko w prawo. Do wykonania tego podpisu użyto pióra i czarnego atramentu. Ten dokument, wraz z innymi, przekazano mnie, celem dostarczenia do Warszawy, co uczyniłem, przekazując go generałowi, a on wydał dyspozycję przekazania go do wydziału I. I tyle mam do powiedzenia w tej sprawie. Niedługo potem już nie pracowałem w resorcie, a zacząłem pracę w MSZ, aby jakiś czas potem wyjechać na misję do Rzymu. Nie wiem, czy ten podpis należał do późniejszego arcybiskupa, czy do kogoś innego o tym samym nazwisku i imieniu.  


[1] Kiedy byłem młodym chłopcem, chodziłem na zamek lidzbarski i pracowałem z panem doktorem Edwardem Kotowskim przy odgruzowaniu piwnic. Kotowski miał niebywałą zasługę. Mianowicie w oranżerii Krasickiego, po robotach konserwatorskich, umieszczono bibliotekę pedagogiczną. Przesuwano regał, regał uderzył w tynk położony przez konserwatorów i ukazał się kawal fresku. Bo pracownia konserwacji zabytków z Olsztyna zniszczyła z trzystu metrów osiemnastowiecznych fresków tak ze dwieście metrów, a pozostałe odsłonił na własną rękę nielegalnie doktor Edward Kotowski. Został wtedy dosłownie zmiażdżony za samodzielne przeprowadzenie robót archeologicznych. Nie mógł znaleźć żadnej pracy, był zagrożony więzieniem. Rzucił więc to wszystko w diabły, nawiązał współpracę z milicją i SB, i wyjechał do Rzymu (na dwa dni przed wyborem Karola Wojtyły na papieża!) gdzie funkcjonował jako agent „Pietro”, specjalizując się w sprawach Kościoła)” – tyle znany szeroko filozof religii - prof. Zbigniew Mikołejko, w pewnym sensie mój „uczeń zamkowy”.

Jutro zostanie opublikowana druga część wywiadu.

Zdjęcia przedstawia pana Edwarda Kotowskiego podczas spotkania św. Jana Pawła II z korpusem dyplomatycznym w 1983 roku.





pobierz artykuł jako PDF

| komentarzy: 3

| odsłon: 5376

|

 



Musisz być zalogowany i zweryfikowany by dodawać komentarze.


| 2014-05-08 18:19:06
Mam bardzo konkretne pytanie do Plk Kotowskiego i prosilbym o udzielenie mi odpowiedzi na tyle, na ile to mozliwe. Bardzo mi to potrzebne. Czy jest prawda, ze KGB stworzylo siec agentow wplywu, ktorych jedynym zadaniem bylo promowanie wsrod wiernych modlitwy ustnej ( np. odmawiania ltanii, koronek, recytowania psalmow etc.) ponad miare: tylko i wylacznie w tym celu, zeby sie zmeczyli, jakby usatysfakcjonowali takim typem poboznosci i zeby w ten sposob nie dopuscic do tego, aby rozmyslali prawdy wiary. Pytam, gdyz znam osobe, ktora tu, w FR studiowala dzialalnosc KGB na swoj prywatny rachunek i utrzymuje ona, ze KGB robilo wszystko, zeby odwiesc wiernych od modlitwy myslnej, kierujac ich ku modlitwie ustnej wylacznie, gdyz wiedzialo, ze wtedy ich poziom nadprzyrodzony sie obnizy, lacznosc z Bogiem zmniejszy i w ten sposob opor oslabnie. Czy Plk Kotowskiemu cos o tym wiadomo? Gdyby bylo tak, jak wynika z rezultatow badan tej osoby - znaczyloby to, ze w KGB byli ludzie, ktorzy wierzyli w Boga, w prawde doktryny katolickiej i ze walczyli z Kims, o istnieniu Kogo byli przekonani. Ps.mysle, ze Sp.Wladimir Wolkow byl zwolennikiem tej tezy, ale nie jestem pewien do konca.
| 2014-05-08 18:29:14
Acha! Z gory dziekuje za odpowiedz:)
| 2014-05-09 17:42:42
Dugin pisał gdzieś o gnostyckim duchu przenikającym wierchuszkę żydo-masońskiego proatlantyckiego KGB. Żydo-masoneria gnostycka to przcież lucyferianie. Występuja przeciw Bogu nie z pozycji ateistycznych/agnostycznych, lecz raczej jako "osobisci wrogowie Pana Boga", w którego istnienie i przymioty wierzą gorąco jak jakiś ksiądz z FSSPX, tyle, ze Boga i Jego przymiotów nie mniej goraco nienawidzą. To dlatego m. in. wierchuszka KGB stosunkowo łatwo przewerbowała się na ko-operację z CIA, podobnie jak wierchuszki polskich "specsłużb", wychowane przez KGB-owców. I stąd u tych "służb" taka nienawiść do Rosji, gdzie duch Imperium przetrwał wsród "średnich i dolnych" warstw KGB oraz w GRU, od zawsze znienawidzonym przez wywodzące sie z CzeKi - KGB.















RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL