Adam Wielomski

Putinowska "inna rzeczywistość"

23 marca 2014 | Publicystyka

Spór Rosji z Zachodem o Krym i, szerzej, o Ukrainę, jest nie tylko sporem politycznym, ale także i światopoglądowym. Z jednej strony mamy waszyngtońskich i brukselskich postmodernistów manifestujących przeciwko wojnie z tęczowymi chorągiewkami; z drugiej strony mamy Męża Stanu wielkiego formatu.

Kilka dni temu, po rozmowie telefonicznej z Władimirem Putinem, kanclerz Angela Merkel stwierdziła, że rosyjski prezydent żyje w "innej rzeczywistości". Wypowiedź te powtarzały potem wielokrotnie demoliberalne media uważając, że jest to drastyczna nagana, znak potwierdzonego oficjalnie szaleństwa. Tymczasem to wielka pochwała Rosji. Faktycznie bowiem zachodnie demokracje i Rosja bytują w "innych rzeczywistościach". Pytanie brzmi: która z tych rzeczywistości jest prawdziwa, a która wirtualna?

Weźmy najpierw rzeczywistość liberalnych demokracji, które w tej chwili tak bardzo krytykują Rosję. Dosyć łatwo nam tę rzeczywistość zrozumieć i pojąć, gdyż od 1989 roku w niej żyjemy. Wydaje się, że demokratyczna i liberalna "rzeczywistość" jest dosyć odległa od rzeczywistości empirycznej. Media i klasa polityczna zajmują się problemami abstrakcyjnymi, które nie interesują ogółu społeczeństwa: równość płci, przywileje dla gejów, akceptacja osób transseksualnych, walka o "Wolny Tybet", poszerzanie tolerancji, walka o demokrację w Syrii, propagowanie praw człowieka III generacji etc. Cechą charakterystyczną tejże "rzeczywistości" jest także jej specyficzne pojęcie polityki. Zauważmy, że w świecie demokratycznym nie prowadzi się już klasycznych wojen, które zastąpiły "interwencje pokojowe", "misje stabilizacyjne" etc. Społeczeństwa zachodnie nie są zresztą zdolne do prowadzenia wojen z przeciwnikami na podobnym czy nawet na niższym poziomie militarnym, o ile prowadziłoby to do poważnych strat własnych, gdyż tzw. opinia publiczna nigdy ich nie zaakceptuje. Dlatego społeczeństwa zachodnie - same nazywające się chętnie mianem "społeczności międzynarodowej" (kto to taki?) - nie są psychicznie zdolne do prowadzenia wojen pociągających nie tylko poważne straty własne w ludziach, lecz nawet poważniejsze koszta ekonomiczne. Dlatego ulubioną bronią Zachodu są sankcje polityczne i gospodarcze, blokowanie kont oficjeli wrogiego państwa, a przede wszystkim falowe ataki medialne, mające za zadanie moralnie zohydzić wroga, odebrać mu status człowieczeństwa. Pogrążeni w pacyfizmie zachodni konsumpcjoniści nie są zdolni do prowadzenia działań o charakterze autentycznie politycznym i militarnym, preferując rolę ratlerków obszczekujących niedźwiedzie.

Przez ostatnie ćwierć wieku tak pojęta postmodernistyczna polityka międzynarodowa pozwalała krajom zachodnich demokracji dominować nad światem, ponieważ nie posiadały godnych siebie przeciwników. Wobec Iraku, Libii czy krajów Trzeciego Świata nie trudno było stosować politykę sankcji i "operacji pokojowych", głównie za pomocą lotnictwa. Jednak sytuacja ta poczyna się zmieniać i coraz prężniejsze stają się dwie nowe potęgi, które pojmują politykę w sposób klasyczny. Mam tutaj na myśli Rosję i Chiny. Po spustoszeniach komunistycznych obydwa te kraje rosną dziś w siłę jak na drożdżach, odbudowując swoją gospodarkę i siły zbrojne.

Jest swoistym uśmiechem historii, że to byłe kraje komunistyczne jako jedyne jeszcze pojmują politykę w sposób klasyczny, gdzie wojna jest - jak mawiał niemiecki klasyk - przedłużeniem polityki. Sytuacja na Ukrainie pokazuje, że w odróżnieniu od przywódców zachodnich Władimir Putin jest zdolny do podjęcia decyzji stricte politycznej i jej egzekucji za pomocą sił zbrojnych. Wszyscy spodziewali się, że na modłę zachodnich postmodernistów, prezydent Rosji obłoży zbuntowaną Ukrainę sankcjami dyplomatycznymi i ekonomicznymi, podniesie ceny gazu, a rosyjska kontrola weterynaryjna wykryje jakieś robactwo w ukraińskim mięsie. Wszyscy tak myśleli, gdyż to są narzędzia polityczne salonowym Makiawelów z europejskich bawialni. Tymczasem Putin pokazał, że nie będzie bawił się w takie podchody, lecz wysłał do akcji komandosów, aby zbrojnie zajęli Krym i przeprowadził gigantyczne manewry wojenne u granic Ukrainy. Dobrze wie jak zareagują salonowcy z Brukseli: pogadają, pozbierają się, utworzą stoliki do negocjacji, wydadzą 72 deklaracje z poparciem dla Kijowa, uchwalą sankcje dyplomatyczne. Nikt za Krym nie będzie umierał, nie będzie drugiej Wojny Krymskiej, gdyż zachodnie rządy nie są zdolne do podjęcia radykalnej decyzji politycznej, a zachodnie społeczeństwa nie są gotowe do poniesienia kosztów ludzkich i ekonomicznych działań wojennych. Gdyby taka wojna wybuchła, to łatwo możemy sobie wyobrazić, że zachodni sztabowcy nadali by jej kryptonim "Tęczowa Wolność" lub podobny.

Trudno nie zgodzić się więc z Angelą Merkel, że Władimir Putin faktycznie żyje w "innej rzeczywistości", a mówiąc ściślej, w rzeczywistości realnej, empirycznej, charakteryzującej się niezwykle silnym związkiem z rzeczywistością taką jaką ona autentycznie jest, wynikłą z pesymistycznie pojętej natury ludzkiej. W tej rzeczywistości - której nie zawaham się określić mianem "konserwatywnej", a może wręcz "reakcyjnej" - nie panują abstrakcje wolności, równości, tolerancji, praw człowieka. Najważniejszymi jej elementami są kategorie interesu i siły, czyli racja stanu państwa. Oczywiście, rosyjska propaganda posługuje się także jakimiś bełkotliwymi hasłami o "prawie narodów do samostanowienia" i przestrzeganiu praw człowieka rosyjskiej mniejszości. Różnica jest jednak taka, że są one dorabiane do uprzednich kategorii interesu państwa. Zachód nie umie już w ten sposób myśleć o świecie, gdyż cały widok zaciemniają mu ideologie. Na zachodnich uniwersytetach nie wykłada się już geopolityki, a zajęcia z tej ważnej dziedziny zostały zastąpione przez wykłady z teorii genderyzmu.

Spór Rosji z Zachodem o Krym i, szerzej, o Ukrainę, jest nie tylko sporem politycznym, ale także i światopoglądowym. Z jednej strony mamy waszyngtońskich i brukselskich postmodernistów manifestujących przeciwko wojnie z tęczowymi chorągiewkami; z drugiej strony mamy Męża Stanu wielkiego formatu, który odbudowuje imperium i myśli o świecie oraz o stosunkach międzynarodowych w konserwatywnych kategoriach państwa, interesu, siły i słabości. Cóż, "Bóg jest po stronie silniejszych batalionów".

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas!





pobierz artykuł jako PDF

| komentarzy: 0

| odsłon: 2541

|

 



Musisz być zalogowany i zweryfikowany by dodawać komentarze.
















RSSRSS FacebookFACEBOOK COPYRIGHT © 2011 KONSERWATYZM.PL