Tak naprawdę jest ona elementem realizacji tego samego celu, czyli podporządkowawania Europejczyków władzy Unii Europejskiej.
Co przemawia za prawdziwością tej tezy?
Największym przeciwnikiem UE są oczywiście państwa narodowe. Koncepcja Unii jako luźnej federancji suwerennych państw została w pełni pogrzebana wraz z przyjęciem europejskiej kryptokonstytucji czyli Traktatu Lizbońskiego. Aktualnie realizowana wizja UE nie jest już nawet specjalnie ukrywana: UE ma stać się superpaństwem, z europejskim prezydentem, rządem, parlamentem, sądownictwem itp.
Warunkiem realizacji tego celu jest odesłanie do lamusa państw narodowych. Niszczenie państw suwerennych dokonuje się niejako dwutorowo. Pierwszym sposobem jest powolne przejmowanie przez UE kompetencji, które tradycyjnie przysługiwały suwerennym państwom. Drugim sposobem natomiast jest tworzenie autonomicznych regionów, które także mają powoli przejmować kompetencje, które tradycyjnie były zarezerwowane dla suwerennych państw.
Można by rzec, obie te drogi wykluczają się wzajemnie. Ale dzieje się tak tylko pozornie. UE prowadzi intensywną politykę regionalną, między innymi poprzez przekazywanie środków finansowych na rozwój poszczególnych regionów. Co oznacza, że de facto to UE decyduje o tym, jaka polityka będzie prowadzona w regionie. Jeśli Komisja Europejska uzna, że dany region ma być ekologicznymi płucami Europy, to jego mieszkańcy będą mogli tylko pomarzyć np. o autostradach. Jeśli Komisja Europejska uzna, że wydobywanie gazu łupkowego stanowi zagrożenie dla środowiska naturalnego, to dany region również będzie sobie mógł tylko pomarzyć o nowych miejscach pracy, itd. Ten, kto daje pieniądze, ten również decyduje, na co mogą być one wydane. Regiony mają stać się więc głównymi jednostkami podziału administracyjnego UE. A o transferach kapitału między tymi regionami coraz silniej decydować będzie właśnie Komisja.
Zacieraniu granic narodowych służą liczne euroregiony, które kiedyś być może staną się regularnymi regionami, obok tych „czystych narodowo”. Regionalizacja sprowadza się więc do wysysania przez UE kompetencji przysługujących suwerennym państwom. Nominalnie część tych kompetencji będzie przysługiwać regionom, de facto jednak to UE będzie wywierać coraz silniejszy wpływ na kształt polityki w nich realizowanej. Przypomijmy, UE zachęca władze regionów do wysyłania swoich przedstawicieli zagranicznych do Brukseli, co ma zapewnić silniejszą łączność między nimi a instytucjami europejskimi.
Państwa narodowe są więc systematycznie pozbawiane swoich kompetencji. Na końcu staną się zwykłymi politycznymi wydmuszkami, które w odpowiednim momencie po prostu zostaną zgniecione.
Na marginesie trzeba wspomnieć, że warunkiem realizacji tego celu jest wprowadzenie jednolitego europejskiego systemu podatkowego, jak również europejskiej instytucji odpowiedzialnej za ściąganie podatków. Tylko w ten sposób państwa narodowe mogą zostać w pełni wyeliminowane z gry. O tym, że eurokracji dążą do wprowadzenia właśnie takiego rozwiązania, świadczą wypowiedzi wielu polityków towarzyszące akcji ratowania euro. Przyczyn aktualnego kryzysu upatruje się właśnie w tym, że ciągle „mamy za mało Europy”. Jednym słowem, bankructwo Grecji traktowane jest jako pretekst do wprowadzenia jeszcze ściślejszej współpracy między państwami członkowskimi UE. A Grecja cóż, de facto straciła swoją suwerenność, stając się właśnie „superregionem” zarządzanym przez eurokratów...
Przeszkodą do stworzenia europejskiego superpaństwa jest także tożsamość narodowa Europejczyków. Tworzenie regionów jest więc środkiem mającym na celu zniszczenie ich tożsamości. Europejczycy mają otrzymać nową świadomość: regionalną i europejską. Tym samym narodowe kultury pamięci będą ulegać powolnej dekonstrukcji. Regionalizacji UE potrzebuje jeszcze z jednego powodu: promując tę ideę, UE może pozować na wyzwoliciela uciśnionych Europejczyków z jarzma narodowych państw. A państwa narodowe to ciągłe wojny i ofiary, no i niedogodności związane z istnieniem granic, różnic w przepisach itp. Weźmy, tak na przykład, Dolny Śląsk. Region ten należał do Polski, Czech, Austrii, Prus, Niemiec, a teraz ponownie znajduje się w granicach Polski. Jaką więc tożsamość regionalną mogą mieć mieszkańcy Dolnego Śląska? Ano taką, że dzięki UE nie będzie już przesuwania granic, „wypędzeń”, że będzie można wygodnie pojechać pociągiem na zakupy do Berlina czy Pragi. A Wrocław nie będzie już ani polski, ani niemiecki, tylko po prostu europejski. Bratobójcze walki Europejczyków wynikające z istnienia państw narodowych staną się historią, a UE ogłosi siebie instytucją, która przyniosła Europie pokój.
Jan Engelgard w tekście pt. „Regionalizacja jako instrument likwidacji państw narodowych” (http://www.polishclub.org/2011/03/06/regionalizacja-jako-instrument-likwidacji-panstw-narodowych/) zwraca uwagę na to, że ideolodzy regionalizmu piętnują państwo narodowe jako instytucję zniewalającą narody, narodowości i jednostki: „Posługując się hasłami wolnościowymi, regionaliści głoszą postulat „wyzwolenia” ludzi spod ucisku państwa narodowego. Ma to się dokonać poprzez zbuntowanie obywateli przeciwko własnym państwom. Ten bunt związany jest ściśle z propagowaniem innej, niż narodowa, świadomości – obywatelskiej, regionalnej, etnicznej, kulturowej. W tym celu najbardziej znaczące zadanie otrzymują narodowości zamieszkujące poszczególne państwa narodowe. (...) Regionaliści dążą więc do zbuntowania narodów lub wspólnot etnicznych, które nie mają w tej chwili własnych państw, przeciwko państwom, w których zamieszkują“. Engelgard cytuje także poglądy czołowego ideologa regionalizmu, Denisa de Rougemonta: „Ktoś może powiedzieć, że niesłusznie wyostrzam sprzeczność pomiędzy Państwem Narodowym a federacją - sprowadzając ją do dylematu: władza albo wolność, pojmowanych jako cel zjednoczenia. Nie sądzę jednak, aby dało się utrzymać istnienie jakiejś trzeciej drogi. Nie wierzę w tę „potężną konfederację”, o której mówił general de Gaulle, a która składałaby się z Państw Narodowych, zazdrośnie upierających się przy pretensjach do absolutnej suwerenności. Nie wierzę w takie Towarzystwo Przyjaciół składających się z mizantropów. Wierzę natomiast w konieczność dekompozycji naszych Państw Narodowych. Albo raczej w konieczność ich odrzucenia, zdemistyfikowania ich sakralności; ich granice powinny być przepuszczalne jak sito, te granice na ziemi, pod ziemią i w powietrzu powinny być zakwestionowane i przy każdej okazji należy wykazywać, jak są absurdalne”.
Regionalizacja jest więc drogą prowadzącą do całkowitej dekonstrukcji państw narodowych. W ich miejsce mają powstać nowe struktury polityczne, na skutek czego zmieni się tożsamości Europejczyków. Staną się obywatelami Europy oraz bedeficjentami wspólnego rynku, czy to jako przedsiębiorcy, czy też konsumenci. Konsumpcja będzie obejmować także kulturę, ale oczywiście tę regionalną... Obywatele europejscy będą mogli więc żyć w prawdziwym dobrobycie i swobodnie robić zakupy w swoim albo sąsiednim regionie.
W świetle powyższych rozważań należy przypatrzeć się reformie samorządowej rządu Jerzego Buzka. Cóż, reforma ta była krokiem do wcielania w życie naszkicowanego wyżej planu. Nominalnie miała ona służyć wzmacnianiu roli samorządności w Polsce. De facto, stworzyła struktury, którymi w przyszłości UE będzie mogła się posługiwać do realizacji swoich własnych celów.
W wyniku reformy powstały duże województwa, które są podwaliną pod przyszłe regiony UE. W wywiadzie niedawno udzielonym dla TV RP, Jerzy Buzek wprost stwierdza, że chodziło o stworzenie regionów, które będą mogły ubiegać się o środki z europejskich funduszy strukturalnych (http://tv.rp.pl/video/Ekonomia,Rozmowy/Jerzy-Buzek-Samorzadnosc-zrobilismy-perfekcyjnie). Pomysł stworzenia dużych województw wynikał więc z chęci dopasowania polskiego podziału administracyjnego do wytycznych europejskiej polityki regionalnej.
Idźmy dalej. Podstawowe założenia reformy są następujące. Stworzone zostały dwa piony administracji: rządowa i samorządowa. Administracja rządowa to administracja na szczeblu centralnym oraz wojewódzkim. Administracja samorządowa realizowana jest na poziomie gmin, powiatów i województw. Na szczeblu województwa mamy więc do czynienia ze współistnieniem administracji rządowej (wojewoda) i samorządowej (marszałek województwa). Administracja samorządowa realizuje zadania własne i zlecone. Głównie chodzi tutaj o powiaty, które przejęły wiele zadań wcześniej realizowanych przez urzędy rejonowe. Dla wykonywania swoich zadań, własnych i zleconych, jednostki samorządowe otrzymują pieniądze od państwa. Państwo także decyduje o obarczaniu tych jednostek dodatkowymi zadaniami. Tym samym, jednostki samorządu terytorialnego pełnią funkcję organów wypełniających polecenia płynące „z góry”. Tą „górą” w tej chwili jest administracja rządowa państwa polskiego, w przyszłości może to być Komisja Europejska albo inne urzędy europejskie. Reforma stworzyła więc nową hierarchiczną strukturę, która ułatwi UE zarządzanie poszczególnymi regionami.
W swoim poprzednim tekście pisałam o tym, że prawdziwa decentralizacja oznacza silne gminy. Jak wygląda kwestia gmin w świetle reformy samorządowej? We wspomnianym wyżej wywiadzie Jerzy Buzek nazywa problem po imieniu: obecna konstelacja stworzyła sytuację, w której to gminy rywalizują z powiatami, zamiast z nimi współpracować dla osiągania wzajemnych korzyści. Jest to więc sytuacja na wskroś patologiczna, która tak naprawdę osłabia jedność lokalnych wspólnot, a tym samym – osłabia wspólnoty lokalne jako takie! Dla Jerzego Buzka jest to jednak mało znaczący problem, gdyż jak sam stwierdza, „samorządność zrobiliśmy perfekcyjnie!”. Kolejnym skutkiem reformy jest obarczanie gmin czy powiatów kolejnymi dodatkowymi zadaniami, bez przyznawania im odpowiednich środków finansowych na ich realizację. Jerzy Buzek także porusza ten problem. Wskazuje na to, iż samorządy obarczane są głównie realizowaniem zadań zleconych, co niekorzystnie odbija się na realizowaniu przez nie zadań własnych. Także i to jednak nie wytrąca Buzka ze stanu prawdziwego samozadowolenia. Wręcz przeciwnie, wielokrotnie podkreśla on, jak to UE nas chwali za tę reformę!
Przesłanie słów, jakie płyną z ust Jerzego Buzka, jest następujące: jeśli chodzi o samorządność, jesteśmy prawdziwym europejskim przodownikiem. Wreszcie mamy też poważny powód do dumy: Unia nas chwali. Na marginesie należy dodać, że Jerzy Buzek także może być dumny z samego siebie. W końcu nie bez powodu został Przewodniczącym PE...
Prowadząca wywiad nie podzielała entuzjazmu swojego interlokutora. Między innymi zwróciła mu uwagę na to, że w tej chwili mamy do czynienia z samorządem zadań, a nie potrzeb. Jest to bardzo dobre podsumowanie wspomnianej reformy: samorząd został stworzony właśnie w celu realizacji zadań płynących z góry. Paradoks? Nie, to tylko Unia Europejska. Natomiast mentalny „klimat” eurokołchozu bardzo dobrze oddaje fragment wywiadu, w którym Jerzy Buzek odpowiada na podnoszony przez prowadzącą zarzut, iż frekwencja w wyborach samorządowych jest bardzo niska. Otóż, pan przewodniczący PE stwierdza, że świadczy to o .... bardzo wysokim poziomie zadowolenia ludzi z władz samorządowych. Ludzie wiedzą, że rozwiązywanie problemów lokalnych zależy od nich, i dlatego właśnie nie chodzą na wybory...
Przeprowadzenie reformy samorządowej było pierwszym etapem rozbijania państwa polskiego na regiony. Obecnie wkraczamy w kolejną fazę realizacji planu. Głównymi aktorami odpowiedzialnymi za jego wykonanie są PO oraz RAŚ. W tej chwili chodzi o to, by województwa powoli przekształcać w autonomiczne regiony.
Jan Engelgard wskazuje na to, iż Donald Tusk należy do najbardziej zagorzałych propagatorów idei regionalizacji: „W Polsce propagowaniem idei regionalnej zajmuje się najdłużej i najbardziej zaciekle środowisko gdańskich liberałów, które tworzyło przez pewien czas Kongres Liberalno-Demokratyczny. Już na początku lat 90. w wydawanym przez to środowisko periodyku „Przegląd Polityczny” zaczęły pojawiać się artykuły kwestionujące rolę państw narodowych i gloryfikujące regionalizm. Było i jest to ściśle związane z propagowaniem swoistego kultu historii Gdańska – jako antytezy narodowego (nacjonalistycznego) patrzenia na historię. Wielokulturowość, wieloetniczność i wielowyznaniowość – to jest ideał historycznej propagandy gdańskich liberałów. (...) Donald Tusk już w roku 1995 nawoływał do „buntu prowincji”. Pisał: „Polacy nadal myślą w kategoriach państwa scentralizowanego i unitarnego, a każda próba dyskusji nad zmianą ustrojową traktowana jest przez wielu jak zamach na jedność państwową. O ile w jakimś stopniu aprobowana jest prywatyzacja i samorząd gminny, o tyle nieufność, szczególnie wśród elit politycznych, budzi idea regionalizacji”. Dalej Tusk przekonuje: „Bunt prowincji nie jest irredentą. Jakże często w Polsce aspiracje do autonomii terytorialnej przedstawia się jako chęć uniezależnienia któregoś z regionów od reszty kraju, gdy tymczasem chodzi o uniezależnienie się kraju od stołecznego centrum. (...) I wreszcie najbardziej istotna część tego wywodu: „W interesie polskiej prowincji leży więc radykalne ograniczenie centralnej redystrybucji, obniżenie podatków i zmiana ich charakteru z państwowego na lokalny oraz ustanowienie dużych samodzielnych województw samorządowych z szerokimi kompetencjami (ze stanowieniem prawa lokalnego włącznie). Tylko silny i zdeterminowany ruch polityczny jest w stanie sprostać temu wyzwaniu, ruch będący autentycznym buntem prowincji (...)”.
Jak widać, Kaszub Donald Tusk i Ślązak Jerzy Gorzelik posługują się dokładnie to samą retoryką. RAŚ ma stworzyć w Polsce dogodny klimat polityczny dla dalszego przeprowadzania regionalizacji. (Jakiś czas temu krążyła plotka, że Angela Merkel szykuje Tuska na kolejnego Przewodniczącego Komisji Europejskiej. Być może najpierw musi on wywiązać się z jakiegoś zadania...) W ten sposób Polacy mają być odpowiednio urabiani, tak by istniejący w polskim społeczeństwie opór przeciwko takiej regionalizacji powoli słabł. Na stronie internetowej Inicjatywy Autonomii Śląska (Initiative der Autonomie Schlesiens e.V.), która jest niemieckim partnerem strategicznym RAŚ, znajduje się taki oto tekst: „Naszym zaangażowaniem chcemy zainspirować model i proces myślowy na temat możliwego autonomicznego Śląska. Historia Śląska jest ściśle powiązana ze federalnymi europejskimi strukturami. W śląskiej mentalności na czołowych miejscach porządku społecznego znajduje się myślenie lokalne, federalne i autonomiczne”. Jak widać, przynależność do Polski nie odgrywa w historii Śląska zupełnie żadnej roli. Bycie regionem UE będzie natomiast ukoronowaniem jego historii. Cytowany tekst skłania do postawienia pytania o to, czy inne regiony Polski także historycznie ściśle powiązane są z „federalnymi strukturami europejskimi”? Może także Dolny Śląsk, Ziemia Lubuska, Pomorze jak również Warmia i Mazury? Cóż, prawda nie odgrywa tu żadnej roli: odpowiednia propaganda stworzy nową „prawdę” i zadba o to, by Polacy w nią uwierzyli.
Regionalizacja jest więc częścią strategii realizowanej przez UE, mającej na celu osłabianie państw narodowych. Stosunek do regionalizacji to tak naprawdę stosunek do wizji przyszłej Europy. Czyli: czy będzie to Europa suwerennych państw i narodów, czy też regionów administrowanych przez UE. Nie chcę nikogo przekonywać do instytucji suwerennego państwa narodowego. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że należy być konsekwentnym: kto popiera regionalizację, tym samym popiera scentralizowaną UE. Nawet jeśli teraz jeszcze nie rozumie tej zależności.
Magdalena Ziętek
[aw]